Aisu
Długo stałam przy oknie, obserwując zachód słońca i
pojawiający się księżyc. Niebo było zachmurzone, ale piasek, unoszony
przez wiatr, skrząc się zastępował gwiazdy.
Chciałam się położyć, zasnąć, lecz znów byłabym świadkiem tych samych
koszmarów, koszmarów nawiedzających mnie każdej nocy. Leżąc spokojnie,
walcząc ze zmorami, jak w pułapce. Właśnie dlatego wybierałam ucieczkę w
samotność, bezczynność, ucieczkę w towarzyszący mi strach i pustkę. Koło
północy ruszyłam się od okna, by wyjść z pokoju. Korzystając z tego, że
w siedzibie był tylko Kisame, Itachi, Pain, Hidan i mężczyzna, którego
imię było wymienione na spotkaniu, Deidara. Wcześniej był jeszcze jeden.
Czerwonowłosy lalkarz, mistrz marionetek, Sasori, jednak opuścił
siedzibę kilka godzin temu, wiedziałam dokąd się skierował, wiedziałam
co robił. Wszystko było pod moją kontrolą, ale wcale jej nie
potrzebowałam. Przez chwilę analizowałam obraz przesyłany przez śnieg,
by uniknąć kolejnego nieprzyjemnego spotkania. Czułam, jak na samo
wspomnienie oczu starszego Uchihy dopada mnie strach. Tak mroczny, tak nienawistny, tak niebezpieczny. Skierowałam
się w kierunku ukrytych schodów, które prowadziły na wyższe piętra.
Wiedziałam, że wszyscy oprócz tej głupiej, małej dziewczyny, słyszą moje
kroki. Zupełnie jakby stali tuż obok mnie, patrzyli na każdy mój ruch.
Wyższe piętro niczym nie różniło się od tego, na którym miałam swój
pokój. Jeden, dwa, trzy... Gwałtownie zatrzymałam się przy
czwartych drzwiach. Coś było nie tak. Zapach, który się zza nich
wydobywał był mi tak znajomy. Przez chwilę stałam wpatrując się przed
siebie, jednak w końcu to zrobiłam. Spojrzałam na obraz tworzący się w
mojej głowie. Nie myliłam się. Była tam krew, cała masa krwi, Hidan i
jakaś kobieta, która niewątpliwie była ofiarą. Wspomniał o nich, gdy po
mnie przyszli. Ruszyłam dalej. Byłam już zobojętniała na śmierć. Tak się
musiało dziać, słaby przegrywa z silnym, silny pożera słabego. Dalej,
oprócz małego okna, nie było już niczego. Podeszłam do niego i zrobiłam
to samo co ostatniej nocy, bez namysłu wyskoczyłam, ale nie opadłam na
ziemię, używając lodu wzbiłam się w powietrze lądując na szczycie skały.
Przez chwilę przyglądałam się okolicy, ziarenkom piasku unoszonym przez
wiatr, jaśniejącemu na niebie księżycowi i ciemności, która nadciągała z
oddali. Zastanawiałam się, w którym momencie do tego wszystkiego, w
którym momencie zostałam sama, w którym momencie się zatraciłam, w
którym momencie inni mnie znienawidzili, w którym momencie stałam się
osobą godną wstąpienia w progi Akatsuki. Z daleka wyglądałam na wysoką,
ciemną i samotną postać odcinającą się od rozjaśniającego się nieba, a
kim na prawdę byłam?
Ludzie
zaczynają się ciebie bać, a wkrótce nienawidzić jeżeli cię nie
rozumieją, jeżeli się wyróżniasz, jeżeli masz siłę, jednak aby zapanować
nad człowiekiem trzeba sprawić żeby się bał. Gdy już to osiągniesz
zostajesz samotny, tak musi być. Siła rodzi się z przymusu. Nie ma
nikogo kto w ciebie wierzy, nie ma nikogo kto cię kocha, to boli, ale
tylko przez pewien czas, bo przywiązując się do innych ograniczasz sam
siebie. Wkrótce te przeszkody znikają, po raz pierwszy dotykasz potęgi, a
gdy już raz to robisz, chcesz więcej. Przestaje się liczyć cena jaką
płacisz, przestaje się liczyć to ile tracisz, przestaje się liczyć to
kim jesteś, bo już jesteś blisko, prawie na szczycie. Nikt cię jednak
nie ostrzegł, że gdy już na niego dotrzesz tam niczego nie będzie, bo to
właśnie jest to do czego zmierzałeś, nicość. Jesteś tylko ty, ty i nic
więcej, a ty choć tak potężny jesteś nikim. Nikim w nicości.
Zaakceptowanie
tego przez pewien czas było trudne, bo w końcu ta wspinaczka była
długa, pełna bólu, cierpienia i śmierci, ale bycie nikim w nicości to
koniec tylko dla niektórych. Są jeszcze inni, tacy jak ja, którzy na
górze zrozumieli, że coś jednak na niej czekało. Najpierw była tylko
pustka, ale wkrótce zrozumiałam, że ona też tam była, cały czas. Ukryta w
ilości ofiar zostawionych na mojej drodze, w myślach uwolnionych od
udręk, w ciele pozbawionym ran i duszy.
To właśnie jest potęga. Osiągając ją sama się nią stałam. Potęga.
Stałam
tam do wschodu słońca, nie ruszając się, nie zmieniając pozycji, nie
wykonując zbędnych ruchów. Nie otwierając oczu obserwowałam pierwsze
promienie przedzierające się przez mrok. Byłam wypoczęta, medytacją i
spokojem zastępowałam sen. Lata temu nauczyłam się tego oszustwa. Było
ono trudne, ale działało. Przy okazji koncentrując się na śniegu
używałam absorpcji na pojawiających się shinobi, dzięki czemu
powiększałam swoje zasoby chakry. Wróciłam do swojego pokoju, wzięłam
krótki prysznic, przebrałam się w czyste ubrania i nałożyłam płaszcz
Akatsuki. Mimo wszystko było to dziwne, choć łatwo przyzwyczajałam się
do zmiany otoczenia, stylu życia i otaczających mnie ludzi na to ciężko
mi się było przestawić.Wzięłam głęboki wdech, napawając się zapachem
śniegu, zapachem, który towarzyszył mi w Yukigakure. Chwilę później
stałam już na szczycie skały. Nie musiałam czekać długo, by usłyszeć
ciche kroki. Otworzyłam oczy i odwróciłam się w stronę, z której
dochodziły. Kisame szedł w moją stronę z szerokim uśmiechem. Ubrany był
tak jak ja w płaszcz, tyle że do pleców miał przypiętą Samehadę.
-
Witaj, Aisu - rzucił, stając naprzeciw mnie. Wydawał się taki duży,
taki mocny w porównaniu do niego byłam drobna, choć swoim wzrostem
wykraczałam ponad przeciętność. Nie odpowiedziałam. Z naturalną dla mnie
obojętnością i chłodem patrzyłam mu prosto w oczy, czekając na jakiś
ruch. Wyglądał na lekko zirytowanego, jakby w tym miejscu cisza mogła mu
przeszkadzać. Być może liczył na więcej, ale z mojej strony nikt nie
mógł liczyć na więcej niż byłam skłonna od siebie dać.
-
Daj spokój, Śnieżynko. Czyżby bezsenna noc spędzona na skale tak na
ciebie działała?- spytał, pokazując w uśmiechu wszystkie rekinie zęby.
-
Zaczniemy? - Nie miałam ochoty na rozmowę, chyba zauważył to po tonie
głosu jakim go obdarzyłam. Skinął głową, lekko mrużąc oczy. W jednej
sekundzie wzbił się w powietrze, a w drugiej stał kilka metrów przede
mną. Ledwo mogłam dostrzec jego twarz, ale to nie było problemem, biorąc
pod uwagę mikroskopijny śnieg, który unosił się w okolicy. Im bardziej
zwiększał dystans tym korzystniejsze to dla mnie było. Nie lubiłam walki
wręcz, choć nie sprawiała mi ona żadnych problemów.
-
Mam nadzieję, że jesteś gotowa na pękający lód. Nie lubię walczyć, ale
rozkaz to rozkaz, dziecinko.- Po tych słowach zaatakował. Jego wodne
klony znalazły się przede mną, próbując utworzyć wodną klatkę, na marne.
Nie tylko on posługiwał się wodnymi technikami, a atakując w ten sposób
zdecydowanie ułatwił mi zadanie, bo mogłam wszystko zamienić w lód i
obrócić przeciwko niemu. Raczej szybko to sobie uświadomił, bo już
więcej nie użył wodnej techniki. Lot spadającego śniegu, te trzy
słowa wystarczyły, by zerwał się ostry wiatr, który z każdym podmuchem
wyrzucał z siebie lodowe ostrza. Zaczynało mi się to nie podobać, było
tak nieemocjonująco. Żadnej krwi, żadnych jęków, krzyków i błagań o
litość. Uniknął ataku, który sprawił, że wielkie skalne odłamy zaczęły
spadać z góry. Zgięłam dwa ostatnie palce lewej ręki, a wiatr utworzył w
okół niego tunel, który zacieśniając się wbijał ostre sople w ciało
przeciwnika. To również było na nic. Wszystko ucichło, gdy jednym ruchem
Samehady rozproszył skumulowane powietrze. Ku mojemu zdziwieniu jego
broń nieznacznie się powiększyła. Chciałam to przeanalizować, lecz
Kisame pojawił się przede mną w mgnieniu oka. Wziął szybki, duży zamach,
z niesamowitą precyzją zadając cios, który natychmiast zablokował lód.
Czułam, że nieznaczna część mojej chakry znika, a jego broń znów
odrobinę się powiększa. W tamtym momencie zrozumiałam o co chodzi, nie
tylko on posługiwał się absorpcją. Wycofałam lód z miecza i skierowałam
go na jego ciało zwiększając prędkość. Nie był w stanie uniknąć
niektórych ataków, ale mimo to wciąż był nienaruszony, ponadto przy
każdym zetknięciu z moim lodem zyskiwał nową chakrę. Przejął kontrolę,
napierał na moją osłonę, która delikatnie zaczęła się kruszyć. Jego broń
nie cięła, ona rozszarpywała. Jak najszybciej stworzyłam twór, który
wyglądem przypominał zdeformowaną, ludzką postać. To ona odpierała
wszystkie ciosy, gdy ja zastanawiałam się jak rozegrać ten pojedynek.
Nie łatwo było znaleźć sposób, którym mogłam go pokonać nie pokazując
zbyt wiele technik i nie nadużywając siły. Fizycznie był bardzo mocnym
przeciwnikiem, nie męczył się, niewielkim kosztem używał niezwykłej
siły, ale to było za mało do pokonania trzech żywiołów.
-
Jeszcze nie rozumiesz, dziecinko? Twój atak niczego nie da, jeżeli
będziesz dalej w ten sposób walczyć, wkrótce zabiorę ci całą chakrę.
Mówiłem ci już, że twoje Kekkei Genkai nie jest niczym wyjątkowym, lód
prędzej czy później się skruszy, a ty razem z nim- powiedział,
uśmiechając się szeroko. Najwyraźniej był zbyt pewny siebie. Chyba nie
wiedział o mnie zbyt wielu rzeczy. Zrobiłam gwałtowny ruch ręką, a lód
oplótł jego nogi i jedną rękę. Drugą zamachnął się i w niego uderzył,
licząc na to, że Samehada pochłonie coś czego tam nie ma i rozbije coś,
czego nie da się rozbić. Przechyliłam głowę na prawą stronę, patrząc na
jego zaskoczoną minę. Wykorzystałam moment, w którym on robił uniki na
zmienienie składu chemicznego wody, którą zamrażałam. Teraz była
twardsza od stali, nie do skruszenia. Nie byłam tylko ostatnią
użytkowniczką Uwolnienia Lodu, było coś jeszcze, co drzemało uwięzione
głęboko we mnie, czekając na swój czas, który nieuchronnie nadchodził,
właśnie dlatego do kontroli nie potrzebowałam chakry. Lód sam mnie
bronił, bez mojej siły, bez uwzględniania mojej woli. To, że tak łatwo
mnie zlekceważył było godne pożałowania. Od najmniejszego uczono nas, że
nie wolno nie doceniać przeciwnika. W chwili, w której miałam zacisnąć
lód, zdołał się uwolnić, ale to nie miało już znaczenia. Chyba o tym
wiedział. Dorwałam go drugi i ostatni raz. Stał kilkanaście metrów ode
mnie. Taniec władcy lodu. Kolce ze wszystkich stron delikatnie
wbijały się w jego ciało. To był koniec tego starcia. Byłam tak
skoncentrowana na walce, że nie zauważyłam kruszącej się góry i
obserwujących nas ludzi. To był mój błąd. W jednej chwili kolce opadły, a
mój klon znalazł się przed Kisame, ledwie dostrzegalnie, ale z całej
siły, uderzając go w brzuch.
-
Może kiedyś poznasz prawdziwą potęgę lodu, na razie na to nie
zasługujesz - oznajmiłam, patrząc na mężczyznę upadającego kilka metrów
od miejsca, w którym stał mój klon. Przez całą walkę nie ruszyłam się z
miejsca, to mi się podobało, choć w pewnym stopniu już się do tego
przyzwyczaiłam. Wciąż brakowało mi tryskającej krwi, cudownego zapachu
śmierci, ale to jeszcze nie był ten moment. Kisame podniósł się z ziemi i
otrzepał, posyłając mi uśmiech.
- No,
no. Całkiem nieźle, dziecinko. Chyba dalsze treningi będą zbędne, ale z
rozkazu Lidera masz poćwiczyć walkę wręcz ze swoją partnerką. Mam
nadzieję, że przed misją jeszcze porozmawiamy. - Patrzyłam jak odchodzi,
pewnym, dumnym krokiem. On nie przegrał, a ja nie wygrałam. Wszystko to
było tylko pozorami, oboje wiedzieliśmy, że nie jest to nawet pierwszy
stopień naszych umiejętności, ale o to w tym wszystkim chodziło. Poznać
się bliżej, ale budzić drzemiących w nas demonów, zaczekać z nimi do
ostatecznego pojedynku, który być mógł mieć kiedyś miejsce. Mimo
wszystko podobał mi się przebieg walki, wiele się dowiedziałam, wiele o
sobie i o nim. Czułam, że muszę wrócić do swojego pokoju, by nie pragnąć
krwi. Zabijanie mi się podobało, było obiektem moich fascynacji.
Śmierć, mogłam tylko marzyć, że kiedyś czeka mnie tyle bólu. Szybko
sprowadziłam się na ziemię, uświadamiając sobie, że dziś mogę zadać choć
trochę cierpienia tej małej, głupiutkiej Kunoichi. Uświadomiłam sobie,
że nie pamiętałam nawet jej imienia, albo raczej nie chciałam pamiętać.
Była po prostu nic nieznaczącym, niewartym uwagi natrętem.
Kisame
i przyglądający się nam członkowie organizacji już zniknęli. Sama
również przeniosłam się do siedziby czując narastające odrętwienie.
Użyłam zbyt słabych technik, by doprowadzić do paraliżu, ale mimo
wszystko czułam, że moje ciało robi się mniej posłuszne niż dotychczas. W
każdej chwili mogłam stracić nad nim panowanie i runąć na podłogę, ale
stałam na korytarzu, zauważając, że znajduję się w przyjemnym półmroku.
Nikłe światło świec sprawiało, że moje oczy mogły odpocząć od rażącego
słońca. To była dobra odmiana, w chwili, w której miałam zacząć szukać
drogi do pokoju zostałam sparaliżowana. Poskromiłam przekleństwa
dotyczące skutków ubocznych mojego Kekkei Genkai. Byłam przygotowana na
upadek, ale ktoś przyszpilił mnie do ściany. Jego chłodna dłoń była
zaciśnięta na moim gardle. Itachi Uchiha. Wypowiadając jego imię
poczułam strach, a lód słuchając moich myśli posłusznie oplótł jego
rękę, bardzo mocno ją ściskając. Nie mogłam sobie pozwolić na atak
paniki, ale patrząc w te czerwone oczy nie potrafiłam być spokojna.
Budził we mnie najgorszą z emocji, przerażenie. Jego wygląd, dotyk
zimnej skóry na moim policzku, zapach i głos sprawiały, że nie mogłam
zapanować nad paraliżem. Byłam pokonana.
-
Jeżeli jeszcze raz dostrzegę śnieg w swojej okolicy to cię zabiję. -
Jego niski, głęboki ton sprawił, że przez chwilę nie mogłam dojść do
siebie. Już go nie było. Leżałam na podłodze w swoim pokoju, pozbawiona
czucia w rękach i nogach. Gdy Uchiha mnie wypuścił, lód jednej sekundzie
przeniósł moje ciało do miejsca, które uznawał za bezpieczne. Jeszcze
długo pozostawałam unieruchomiona, ale nie wiele pamiętałam, bo
towarzyszące mi utraty przytomności na to nie pozwalały. Wspomnienia
były tylko strzępkami. Itachi, śnieg, śmierć, strach, groźba, sharingan, Uchiha. To
właśnie było prawdziwe Akatsuki, brutalność, nienawiść, śmierć i
potęga, bo każdy z nich, z nas dotarł na szczyt swoich możliwości.
Pasowałam do tego miejsca, bo zawsze byłam mordercą, pozbawionym
sumienia, duszy, wszelkiej moralności. Splamionym krwią mordercą z
Yukigakure.
Podniosłam
się. W końcu miałam jeszcze kilka spraw do załatwienia. W jednej chwili
przeanalizowałam siedzibę, a w następnej przeniosłam się do pokoju Mei.
Leżała na swoim łóżku z twarzą schowaną w poduszce. Nie zorientowała
się, że była obserwowana. Wątpiłam w to, że była aż w takim stopniu
żałosna, ale wszystko stało się jasne.
-
Trening - powiedziałam, a ona uniosła się do góry i spojrzała na mnie
zupełnie zaskoczona, jednak ze zrezygnowaniem wróciła do poprzedniej
pozycji. Miałam ochotę ją zabić. Nie, nie byłam zła. Wciąż nie
odzyskałam ludzkich uczuć, ale chciałam zobaczyć jej śmierć, moment, w
którym jej serce przebijane jest nieskazitelnie czystym lodem i pustą
głowę toczącą się po ziemi. Przecież nikt niczego nie straciłby na
śmierci takiego śmiecia. Więc czemu? Wyciągnęłam do przodu swoją
nienaturalnie chłodną, kościstą i trupiobladą dłoń i oplotłam wokół jej
szyi, po czym uniosłam jej nic nie warte, słabe ciało do góry i
przyszpiliłam do ściany tak, jak Uchiha moje. Strach w jej oczach mnie
fascynował, sprawiał, że chciałam, by było go jeszcze więcej.
-
Idziemy. - Wypuściłam ją i skierowałam się do wyjścia, pewna, że tym
razem posłucha. Nie myliłam się, jak prawie zawsze. Dziewczyna,
poruszając się niezwykle niezgrabnie i głośno, pozbierała się z podłogi i
ruszyła za mną. Więcej się nie odezwałam. Szłam prosto do wyjścia z
siedziby. Wielki właz odsunął się, a fala światła, o dziwo, nas nie
zalała. Zdałam sobie sprawę, że nastał już wieczór, a zachodzące słońce
schowało się za górą, na której szczyt przeniosłam nas w ułamku sekundy.
Gdyby mały natręt miał się na nią wspinać pewnie trwałoby to o wiele
dłużej. Mei chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z tego co zrobiłam,
bo rozglądała się dookoła zupełnie zbita z tropu. Potwierdzało to tylko
moje przypuszczenia. Kolejny śmieć. Stanęłam tyłem do słońca, które
musiało ją w tamtej chwili razić w oczy, ale tak właśnie miało być.
Każdy element, nawet tak zwyczajny powinien być przeciwko niej.
Rozpięłam płaszcz, sprawiając, że jego czarne poły łomotały na wietrze.
Dla niej było to ułatwienie, przez ten dźwięk bardzo łatwo mogła
zorientować się, z której strony nadchodzę. Była zbyt głupia, by dojść
do tego wniosku.
-
Atakuj. - Przez chwilę patrzyła na mnie zdezorientowana, jednak widząc
moje chłodne spojrzenie zacisnęła dłoń w pięść i wycelowała w moją
twarz, wykonując najprymitywniejszy cios jaki widziałam. Chwyciłam jej
rękę i w ułamku sekundy kopnęłam ją w brzuch. Dziewczyna chciała się
zgiąć, ale na to nie pozwoliłam. Utrzymałam ją w pozycji pionowej, a
potem uderzyłam w bok głowy, dbając przy tym o siłę, bo nie mogła
stracić przytomności. Odruchowo chciała wyrwać rękę, by dotknąć bolącego
miejsca. To był błąd. W jednej chwili leżała na ziemi, a ja walczyłam z
chęcią spuszczenia z niej odrobiny krwi. Była tak potwornie słaba, choć
zauważyłam u niej oznaki zmęczenia, które niewątpliwie wynikały z
kradzieży chakry, której dopuściłam się poprzedniego dnia. Mimo wszystko
instynkt samozachowawczy powinien dodać jej siły, ale nic z tych rzeczy
nie nastąpiło. Przypomniały mi się moje pierwsze treningi. Lata temu,
również leżałam jako pokonana, pierwszy i ostatni raz w życiu. Właśnie
wtedy wola walki jaką mi wszczepiono, siła, która we mnie rosła i lód,
nieodłączny towarzysz, sprawiały że się podniosłam i po raz pierwszy
dokonałam tego w czym później się pławiłam. Zabiłam. Teraz wszystko było
tylko odruchem, nie dopuszczałam do siebie przeciwnika, nie upadałam,
zwyciężałam niosąc ze sobą śmierć. Mei w przeciwieństwie do mnie nie
miała żadnej z niegdyś tak ważnych dla mnie rzeczy, dlatego leżała na
ziemi wijąc się z bólu. Jednym szarpnięciem podniosłam ją do góry.
Ledwie trzymała się na nogach.
-
Atakuj - powiedziałam ostrzejszym tonem. Tym razem zaczęła od
niepewnego ciosu w brzuch połączonego z uderzeniem w kolano. Ta
kombinacja nie miała szans, na pewno nie ze mną. Za każdy nieudany atak,
odpłacałam jej potężnym uderzeniem, po którym znów musiałam ją zbierać
do kupy. Wątpiłam w sens tych ćwiczeń, ale nie zamierzałam sprzeciwiać
się rozkazom, więc posłusznie odpierałam jej ciosy i uderzałam tak, by
widziała jak naprawdę powinny wyglądać. Nie zdawałam sobie sprawy z
upływającego czasu. Dopiero widok księżyca wznoszącego się wysoko za
moimi plecami i krew Mei, która stworzyła już niewielką kałużę,
sprawiła, że to sobie uświadomiłam. Spojrzałam obojętnym wzrokiem na
wykrzywioną bólem, zakrwawioną i poobijaną twarz dziewczyny.
-
Idź do Sasoriego. Ja z tobą skończyłam. W południe na tej skale, misja -
powiedziałam, po czym przeniosłam się do swojego pokoju. To już nie był
mój problem.
Mei
Powoli zaczynałam się budzić. Po raz kolejny nie miałam, żadnych
snów. Zaczynało mnie to przerażać. Odkąd pamiętam, co noc coś mi się
śniło. Często były to koszmary. Stanowczo zbyt często. Jak byłam mała,
rodzice często byli zmuszeni wstawać około północy i uspokajać swoją
wrzeszczącą wniebogłosy córeczkę. Potem nauczyłam się tłumik krzyki i
rodzina myślała, że wszystko jest już w porządku. Nie było. Aż do teraz.
Od kilku dni nie przyśniło mi się absolutnie nic. I choć powinnam być z
tego zadowolona, martwiłam się.
Otworzyłam oczy.
Dlaczego leżę na podłodze? Mama i tata będą źli, jeśli mnie tutaj zobaczą.
Spróbowałam się podnieść. Nie mogłam. Kończyny
miałam dziwnie odrętwiałe, gardło ściśnięte, a pulsujący ból w głowie
nie pozwalał logicznie myśleć. Przymknęłam powieki i chciałam głębiej
wciągnąć powietrze. To był zły pomysł. Poczułam, że gula w krtani
powiększa się, w dłoniach i stopach straciłam czucie, a przed oczami
pojawiły się ciemne plamy. Po chwili ogarnęłam mnie ciemność.
Budziłam
się jeszcze kilka razy. Za każdym przypominałam sobie jakiś ważny
szczegół, który pomógł mi zorientować się, że nie jestem już w domu, że
już nawet nie uciekam, że jest gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
W
końcu ocknęłam się na dobre. Byłam całkowicie świadoma wszystkiego, co
się wydarzyło i nie miałam pewności, czy jestem z tego zadowolona.
Chciałam powrócić do świata, gdzie moim największy zmartwieniem była
kłótnia z rodzicami czy wściekłość Kinji'ego. Kinji... Jak ja za nim
tęskniłam. Był moim jedynym przyjacielem, jedyna osobą, która
akceptowała mnie taką jaką byłam i nie chciała zmieniać. Często
kłóciliśmy się, o byle drobiazgi, ale za to właśnie tak go uwielbiałam.
Wiedział, że potrzebuję czasem się wykrzyczeć. Uwielbiałam, kiedy się
złościł, ale gdy wpadał wściekłość, wiedziałam, że usze go przeprosić.
Wściekał się tylko wtedy, gdy zrobiłam coś ryzykownego, gdy naraziłam
siebie albo kogoś z wioski na niebezpieczeństwo. A zdarzało mi się to
dość często. Tylko ja wpadałam na takie głupie pomysły, żeby skakać z
klifu do rzeki, albo wspinać się po spróchniałym drzewie. On zawsze był
przy mnie. Krzyczał, żebym tego nie robiła. Zawsze sprzątał bałagan,
który zrobiła.. Kilka razy odnosił mnie do domu na rękach, gdy za mocno
się poobijałam, naprawiał łopatę sąsiada, po tym jak próbowałam nią
wykopać tunel w skale, bronił mnie przed mamą, kiedy pocięłam jej
płaszcz, żeby zrobić z niego linę... To był cały Kinji. A ja go tak po
prostu zostawiłam. Jak wszystkich innych. bez słowa. Bez wyjaśnienia.
Bez przeprosin. Bez marnego dziękuję.
Dość! Roztrząsanie przeszłości nie miało sensu. Liczyło się tylko tu i teraz. Liczyło się tylko przeżycie. A żeby przeżyć musiałam być posłuszna. Musiałam...być na treningu z Sasorim.
Gwałtownie
usiadłam. Poczułam przeszywający ból w każdym mięśniu i mój umysł znów
zaczęła zalewać ciemność. Powstrzymałam ja jedynie siłą woli.Wiedziałam,
że to będzie koszmarny dzień. Przez Aisu byłam osłabiona. A dzięki
mojemu kochanemu duchowi na moim ciele pojawiły się kolejne siniaki, nie
wspominając o tym, że policzek miałam pewnie cały czerwony i dziwnie
pulsował. Kiedy zbliżyłam do niego dłoń wyczułam rozcięcie biegnące
wzdłuż kości policzkowej.
- O cholera - jęknęłam. - Po tym na pewno zostanie blizna.
Zacisnęłam
zęby i podniosłam się z podłogi. Całe moje ciało krzyczało, żebym tego
nie robiła, ale rzadko go słuchałam. Podeszłam w stronę zwojów,
wypróbowując sprawność swoich nóg. Strasznie bolało, ale poza tym nie
było tak źle. Musiałam jeszcze sprawdzić, czy mam jeszcze chociaż tyle
chakry, żeby przywołać ducha. Przy okazji mogłam go trochę wykorzystać.
Chwyciłam zwój, w którym była zamknięta dusza jedynej kobiety w mojej
kolekcji. Za życia sama potrafiła stać się niewidzialna, a teraz
ukrywała dla mnie przedmioty albo mnie samą. jej umiejętności bardzo by
mi się w tej chwili przydały. Potrzebowałam kawy, a nie miałam zamiaru
błąkać się po siedzibie Akatsuki, szukając jakiejś kuchni i przez to
jeszcze bardziej spóźnić się na trening.
Po chwili duch był już w
drodze, a ja schylałam się pod łóżko, aby wyciągnąć czyste ubranie. Pod
powiekami zbierały mi się łzy, na samą myśl, że będę musiała zejść po
schodach. Nogi drżały mi przy minimalnym wysiłku, a ręce nie mogły nawet
przesunąć przesunąć pudła.
Uch! To będzie ciężki dzień.
Chwyciłam
swoje rzeczy i weszłam do łazienki. Ciepła woda uśmierzyła na chwilę
ból. Zmyłam z siebie całą krew. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że
duch zranił mnie tak mocno.
Umyłam się najszybciej, jak mogłam.
Jednak ciągle za wolno. Chwyciłam kubek gorącej kawy i nakazałam duchowi
zaprowadzić mnie na zewnątrz. Najpierw szłam powoli, starając się
przyzwyczaić nogi do ruchu. Co jakiś czas podnosiłam kubek do ust i
piłam gorzki płyn. Z każdą sekundą odzyskiwałam jasność umysłu, a moje
myśli stawały się płynniejsze, bardziej poukładane.
On mnie zabije! Zabije! Zabije!
Przyśpieszyłam. Resztki kawy wylewały się z naczynia, patrząc mi dłonie. Nie zwracałam na to uwagi.
On mnie zabije!
Była
to jedyna myśl krążąca po mojej głowie. Nie wiedziałam, która jest
godzina, ale na pewno byłam spóźniona. Powinnam zostać w pokoju i udawać
wariatkę. Może wtedy zginęłabym szybko i bezboleśnie. Teraz czeka mnie
powolne umieranie na skutek braku chakry. Byłam pewna, że Sasori nie da
mi chwili wytchnienia. Odrzuciłam na bok kubek nie zwracając uwagi,
gdzie poleci.
W końcu znalazłam się w ślepym zaułku. Czyżby duch
się pomylił? Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie nie dostrzegłam
kobiecej sylwetki. Co jest? Może moja chakra, była już na całkowitym
wyczerpaniu i nawet nie poczułam, kiedy dusza mi się wymknęła... Czy
byłam w gorszym stanie niż podejrzewałam? Nie... Ona ciągle tu była.
Czułam jej obecność. Podeszłam dwa kroki bliżej i... ściana przede mną
zaczęła się ruszać.
Chciałam się cofnąć, ale moje obolałe ciało
odmówiło posłuszeństwa. Stałam więc i patrzyłam, jak wielki kamień unosi
się do góry. Przede mną ukazało się wyjście z siedziby Akatsuki. Miałam
ochotę zostać tu i gapić się bezmyślnie przed siebie, ale nie miałam
pewność, że za chwile kamień znów nie opadnie w dół, odgradzając mnie od
reszty świata. Z westchnieniem, ruszyłam przed siebie.
Było około dziewiątej rano. Przynajmniej tak wnioskowałam po położeniu słońca. Ale nie mogłam być pewna.
Wyszłam
na zewnątrz. Musiałam zmrużyć oczy przed zbyt ostrym światłem. Przede
mną rozciągała się ogromna pustynia. Wszędzie, gdzie nie spojrzałam,
oprócz kamieni i piasku, była pustka. Nużący krajobraz. Zakręciło mi się
od niego w głowie. Jak można żyć w takim miejscu? Przecież tu można
zwariować... Hm...Patrząc na to z tej strony, to wszyscy członkowie
Akatsuki już są szaleni, więc im nie robi to pewnie zbytniej różnicy.
Odetchnęłam
głęboko gorącym, suchym powietrzem i wyciągnęłam zwój, aby
zapieczętować ducha. W odróżnieniu od innych moich broni, ta kobieta
była raczej milcząca. Nie rzucała się na mnie, nie wrzeszczała, że mnie
zabije, nie szarpała się, nie próbowała uwolnić. Patrzyła tylko na mnie
tymi pełnymi smutku, bólu, nienawiści oczami. Przy niej uświadamiałam
sobie, że jestem podła i słaba.Spojrzałam na nią ostatni raz.
- Przepraszam - szepnęłam, spuszczając głowę i zamykając przed jej twarzą zwój. Po chwili byłam już sama.
Pora
spotkać się z Sasorim. Ruszyłam przed siebie. Mój zasób wiedzy na temat
członków Akatsuki był niewielki, ale jednego byłam pewna - potrafią
znaleźć każdego. Więc niezależnie od tego, w którą stronę się udam, on
tam będzie przede mną. Oczywiści jeżeli ciągle zależy im na moich
umiejętnościach. Schodziłam powoli w dół. Teren był strasznie nierówny i
kilka razy niemal się przewróciłam, bo potknęłam się o jakiś wystający
kamień.
W końcu go zobaczyłam. Przynajmniej miałam nadzieję, że to
on. Stał w cieni rzucanym przez duży głaz. Nie widziałam go wyraźnie.
Postanowiłam podejść bliżej. Zamknęłam na chwilę oczy, a kiedy je
otworzyłam, był kilka metrów przede mną. Jak? Rozejrzałam się na boki.
licząc że piasek odpowie na moje nieme pytanie.
Znów na niego
spojrzałam. Ubrany był w płaszcz Akatsuki. Ale nie wyglądał, jak
człowiek, którego oczy tak mnie zafascynowały. Był znacznie niższy, miał
zasłoniętą twarz, a spod płaszcza wystawał ogon skorpiona. Ale to na
pewno była ta sama osoba. Czułam to. Co on ze sobą zrobił? Dręczyło mnie
jeszcze sporo pytań, odezwała się moja ciekawość, która zawsze pakowała
mnie w tarapaty. W końcu nie wytrzymałam.
- To coś potrafi chodzić po schodach?
Od
razu pożałowałam, tego że się odezwałam. Za późno dotarło do mnie, że
nie powinnam go wkurzać. Był członkiem Akatsuki, mógł mnie zabić jednym
skinieniem palca. A ja zamiast okazać jakąkolwiek skruchę, posłałam mu
radosny uśmiech. Nie zareagował, jeszcze przez chwilę stał z
nieodgadnionym wyrazem twarzy, a potem odwrócił się do mnie plecami i
zaczął schodzić w dół. Chyba musiałam iść za nim. Czułam się strasznie
głupio. Nie lubiłam tego uczucia. Szliśmy w całkowitej ciszy. Po kilku
minutach zrobiło się przeraźliwie gorąco. Jak długo będziemy musieli
jeszcze iść? Ledwie zdołałam się powstrzymać przed wypowiedzeniem swoich
myśli na głos. Na pewno nie pomogłoby mi to w przeżyciu, ale z natury
byłam osobą, niepotrafiącą trzymać gęby na kłódkę. Czułam jak żołądek
ściska się z głodu, oczy zamykają ze zmęczenia, a przy każdym kroku ból
przenika moje wyczerpane ciało. Miałam dość!
Usiadłam na ziemi w
tej samej chwili, w której Sasori zatrzymał się przed wielką stertą
głazów. Byliśmy na miejscu. Ciekawiło mnie, co przygotował na trening.
No bo coś przygotował. Prawda? Nie ciągnąłby mnie taki kawał drogi,
tylko po to, żeby mnie zmęczyć.
Poczułam nagły zawrót głowy,
jęknęłam i oparłam ją na kolanach. Starałam się wyrównać oddech, ale nie
było to łatwe. Miałam wrażenie, ktoś dźga moje płuca ostrym nożem.
Trochę to trwało zanim zdołałam dojść do siebie.
Zacisnęłam zęby i
podniosłam się. Stał w tym samym miejscu co wcześniej, nie ruszył się
ani o krok, ale tym razem wyglądał, jak przy naszym pierwszym spotkaniu,
patrzył na mnie tymi samymi brązowymi oczami, a ja nie mogłam się nie
wyszczerzyć jak głupia, na sam jego widok.
- Tak wyglądasz znacznie mniej przerażająco - palnęłam.
Nie odpowiedział. Znowu. Czułam się jakbym gadała do ściany. To było denerwujące.
Odwrócił
się do mnie plecami i obszedł stertę głazów. Poszłam za nim. Moim oczom
ukazał się wielki, warczący pies. Stanęłam jak wryta i bezmyślnie
gapiłam się jak Sasroi wyciąga kunai. Dopiero w ostatniej chwili zdałam
sobie sprawę z tego, co zamierza zrobić. Rzuciłam się na przód, ale było
już za późno. Ostrze wbiło się w bok zwierzaka. Padł na ziemię.
Chciałam coś powiedzieć, ale wiedziałam co. Otworzyłam tylko usta i
przeniosłam wzrok na Sasoriego. Moje pełne wyrzutu spojrzenie nie
zrobiło na nim żadnego wrażenia.
- Ulecz go - powiedział wyzutym z emocji głosem.
Po raz pierwszy się przy mnie odezwał.
- Ja? - pisnęłam, zerkając na warczące zwierzę. - Mam do niego podejść?
Skinął głową.
Zrobiłam
krok w stronę rannego psa. Potem następny. Kolejny. Zwierze podniosło
swój wielki łeb zawarczało wściekle i szczeknęło ostrzegawczo.
Krzyknęłam i odskoczyłam do tyłu. Omal nie wpadłam na stojącego tuż za mną Sasoriego.
- To na mnie szczeka! - wrzasnęłam nienaturalnie wysokim głosem.
- Zdziwiłbym się, gdyby zaczął mówić.
Prychnęłam
cicho i podjęłam kolejną próbę zbliżenia się do ofiary. Tym razem udało
się. Był zbyt osłabiony, stracił za dużo krwi, żeby się bronić. Leżał i
czekał na śmierć. Przypominał mi mnie samą. Tylko, w przeciwieństwie do
niego, ja miałam mniejsze szanse na przeżycie.
- Skup się! -
Usłyszałam za sobą hipnotyzujący głos Sasoriego. - Połóż mu dłonie na
ranie. Bądź spokojna. Przelej w niego swoją chakrę.
Łatwo mu było powiedzieć. To nie jemu Aisu zabrała wczoraj większość chakry. Z drugiej strony, on by jej na to nie pozwolił.
Mocniej
przycisnęłam dłonie do rany, starając się przynajmniej zatamować
krwotok. Pies warknął z bólu. Odskoczyłam od niego, niemal się
przewracając.
- Skup się! - Ciągle ten pozbawiony emocji ton.
-
Przecież się staram! - krzyknęłam, za późno zdając sobie sprawę, do
kogo mówię. - Robiłam to już kilka razy. Wiem jak leczyć rany.
Jego
wzrok powędrował w stronę zwierzaka, a potem znów spojrzał na mnie.
Zrozumiałam, że chce żebym pokazała, na co mnie stać. Przyjęłam to nieme
wyzwanie. Znów zbliżyłam się do psa.
Musi się udać, po prostu musi!
Miałam
zamiar udowodnić mu, że do czegoś się nadaję. Zamknęłam oczy i poczułam
przeszywający ból po wewnętrznej stronie dłoni. Coś się działo! Z
nadzieją spojrzałam na swoje dzieło i... nic. Rana wcale się nie
zasklepiła. Co więcej, wydawała się krwawić jeszcze mocniej.
Mam dość!
Zwierzę
popatrzyło na mnie smutnymi oczami, jakby błagało mnie o pomoc. Ukryłam
twarz w jego sierści i z trudem powstrzymałam łzy bezsilności.
Spróbowałam jeszcze raz. Nic! Nie potrafiłam. Nie mogłam. Coś się we
mnie zablokowało. A może miałam za mało chakry, może byłam zbyt
wyczerpana.
- Zrób coś - wyszeptałam łamiącym się głosem, podnosząc głowę i patrząc na Sasoriego. - Proszę...
Miałam
gdzieś to, że się upokarzam. Nie obchodziło mnie, co o mnie pomyśli.
Chciałam po prostu, żeby uratował tego psa. Czułam się winna, widząc
jego cierpienie i doskonale zdawałam sobie sprawę, że gdyby nie ja, w
ogóle by się tu nie znalazł. Teraz liczyło się tylko, aby nic mu się nie
stało.
Odetchnęłam z ulgą, widząc jak lalkarz się do nas zbliża.
Odruchowo odsunęłam się na bok, chcąc zrobić mu więcej miejsca. Niczego
nigdy tak nie żałowałam jak tej decyzji. Znów zbyt późno dostrzegłam
ostrze kunai. Znów nie zdążyłam zareagować. Znów byłam za daleko. Tylko,
że teraz broń nie wbiła się w bok psa, ale w jego serce. Zginął na
miejscu
Nie wierzyłam własnym oczom. Jak on mógł coś takiego
zrobić? Zabił zwierzę tylko po to, żeby mi uświadomić,że jestem słaba,
że nie potrafię nikogo ochronić, że nie nadaję się na członka Akatsuki.
Cała nienawiść jaką do niego żywiłam jeszcze wczorajszego dnia,
powróciła ze zdwojoną siłą.
Cofnęłam się o kilka kroków, zasłaniając dłońmi usta. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Chciałam być jak najdalej od niego.
I
wtedy usłyszałam głośny huk, dochodzący od strony siedziby. Niewiele
myśląc, odwróciłam się i pobiegłam w tamtym kierunku. Im byłam bliżej,
tym coraz mniejszą czułam złość. W jej miejsce pojawiało się
zaciekawienie i strach. Dźwięki stawały się coraz głośniejsze. Nie
zważając na ból, biegłam dalej, aż w oddali zobaczyłam wielkie
wzniesienie, a na nim dwie sylwetki. Podeszłam bliżej, tym razem powoli,
ostrożnie. W końcu byłam na tyle blisko, żeby odróżnić walczące
postacie. Serce mi zamarło na widok stojącej w bezruchu Aisu .
Zrób coś! On cie zabije! - krzyczałam w duchu zbyt przerażona, żeby wykrztusić z siebie słowo.
Kątem
oka dostrzegłam, że tuż obok mnie pojawił się Sasori. Kilkadziesiąt
metrów na prawo, w cieniu stała jeszcze jedna osoba. Wysoka
przerażająca. Z tej odległości widziałam jedynie czarny płaszcz.
Wiedziałam, że tak jak ja przygląda się walczącym.
W tym samym
czasie członek Akatsuki skoczył na dziewczynę, unosząc broń nad głowę.
Pisnęłam przerażona i w jednej chwili znalazłam się za plecami
lalkarza. Znów chowałam się za nim jak małe dziecko. Parę głazów
oderwało się od stromego zbocza i spadło kilkanaście metrów przed nami.
Stanęłam
na palcach i ostrożnie wyjrzałam ponad ramieniem Saroriego.
Spodziewałam się ujrzeć rzekę krwi, porozrzucane wszędzie kawałki ciała
Aisu i jej triumfującego przeciwnika. Ale ona ciągle tam stała. Nie
ruszyła się nawet o milimetr. Dookoła wirowały odłamki rozbitego lodu.
Patrzyłam zafascynowana na jej dumną postać, próbując sobie wyobrazić
siebie w takiej sytuacji. Już bym nie żyła. Ale dla niej odbieranie
ataków zawodowego zabójcy było niczym. Przyglądałam się bitwie z
rosnącym zainteresowaniem. Była przerażająca, ale oboje walczyli z takim
wdziękiem, że nie mogłam wyjść z podziwu dla ich idealnie wytrenowanych
ataków. To było niesamowite wrażenie. Nigdy w życiu nie widziałam nic
piękniejszego niż starcie lodu i wody, starcie dwóch potężnych
wojowników. Poruszali się szybciej niż jacykolwiek ludzie jakich do tej
pory spotkałam. Widziałam tylko zarysy ich ruchów. Reszta rozmazywała
się pod wpływem coraz szybszych ataków. Przed Aisu pojawiła się
karykatura ludzkiej postaci. Przynajmniej przez chwile wydawało mi się ,
że to ludzka postać, bo zaraz dosięgła ja bron. W powietrze wzbijały
się coraz to nowe odłamki lodu i kolejne głazy spadały na ziemię.
Usłyszałam
czyjś głos. Nie potrafiłam rozróżnić słów. Ale ona chyba tak.
Wzdrygnęłam się, kiedy gwałtownie uniosła w górę rękę. To był jej
pierwszy dostrzeżony przeze mnie ruch w ciągu całego pojedynku. W
następnej chwili nogi i jedna ręka jej przeciwnika zostały uwięzione w
lodzie. Uderzył go kilka razy, ale nie zdołał się uwolnić. Aisu
przechyliła głowę głowę na prawą stronę i przyglądała się swojemu
więźniowi. Wyglądała przerażająco. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę,
że tak naprawdę, tylko ja jestem w Akatsuki nowa. Ona od lat zabijała.
Pasowała tu jak nikt inny. To było jej miejsce.
- A ja jutro idę z
nią na misję - wyszeptałam łamiącym się głosem, nieświadomie opierając
policzek o ramię Sasoriego i dalej przyglądając się walce.
Mężczyzna
zdołał się uwolnić. Odskoczył kilka metrów dalej. Otoczyły go lodowe
kolce, które po sekundzie spadły na ziemie wzniecając tuman piasku.
Myślałam, że to w wyniku jakiegoś jego ataku, ale myliłam się. Teraz to
nie on kontrolował ten pojedynek.
W końcu przed nim pojawiła się
osoba wyglądająca identycznie jak Aisu. Uderzyła go w brzuch, a ten
poleciał kilka metrów do tyłu i upadł na ziemię. Chwilę zajęło mu
pozbieranie się, ale gdy wstał na jego ustach igrał pewny uśmiech. Już
po wszystkim. Odetchnęłam głęboko, rozejrzałam się dookoła i wróciłam do
rzeczywistości. Mój wzrok padł na mężczyznę stojącego w cieniu. Przez
cały czas nawet nie drgnął. Przyglądałam mu się jeszcze przez kilak
sekund, zanim zdałam sobie sprawę, że nie bez powodu wybrał miejsce w
ukryciu. Nie chciał zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Jak prawie
każdy członek Akatsuki. Poczułam się jak intruz, tak bezwstydnie się na
niego gapiąc.
Zawstydzona spojrzałam na swoje dłonie i
stwierdziłam, że kurczowo zaciskam palce na płaszczu Sasoriego Stałam na
kamieniu i wychylałam się ponad jego ramieniem, żeby lepiej widzieć.
Zawstydzona cofnęłam się kilka kroków. Nie poruszył się. Obeszłam go
dookoła i stanęłam tuż przed nim. Odchrząknęłam znacząco, żeby zwrócić
jego uwagę. Nie zareagował.
Westchnęłam zrezygnowana.
- Jak
zdążyłeś pewnie zauważyć, niewiele potrafię - zaczęłam. - Nie wiem,
dlaczego tu trafiłam, nie wiem czego ode mnie chcecie, ale wątpię, żebym
potrafiła sprostać waszym oczekiwaniom. Mam do ciebie żal, za to, że
mnie tu sprowadziłeś. Mogłeś od razu mnie zabić, okazać choć trochę
litości, wiedząc, co mnie tu czeka. Teraz Aisu zrobi to za ciebie. Nie
śpieszy mi się zbytnio na tamtą stronę, ale oboje wiemy nie mam szans na
przeżycie. Co nie oznacza, że nie będę próbować.
Uśmiechnęłam się do niego wesoło.
- Mimo wszystko miło było cię poznać. Do zobaczenia w innym życiu.
Nie
potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Nie chciałam widzieć w nich tej
bezwzględnej obojętności. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę siedziby.
Każdy kolejny krok, był coraz trudniejszy. Byłam wyczerpana, ledwo
mogłam ustać na nogach.
Na szczęście siedziba była niedaleko.
Dotarłam na miejsce, akurat w chwili, gdy wielki głaz otwierał się przed
mężczyzna mającym na plecach dziwną kosę z trzema ostrzami. Ignorując
zawroty głowy puściłam się biegiem w jego stronę. Nie wiedziałam, kiedy
znajdzie się kolejna okazja, żeby wejść do środka, a sama nie miałam
pojęcia, jak poruszyć głaz. Zdążyłam w ostatniej chwili. Jeszcze
sekunda, a zostałabym zmiażdżona przez opadający kamień.
- Uch! - sapnęłam.
Mężczyzna
posłał w moją stronę mordercze spojrzenie. Zmarszczyłam brwi,
zastanawiając się, czy chce mnie zabić. Doszłam do wniosku, że lepiej
nie ryzykować.
Przywołałam na twarz pełen sztucznej radości uśmiech i rzuciłam się biegiem przed siebie.
Zatrzymałam
się dopiero przed swoim pokojem. Pchnęłam drzwi. To był najgorszy dzień
w moim życiu. Nigdy jeszcze nie byłam tak wykończona i obolała.
Powlekłam się do łóżka i opadłam na nie. Leżąc, na brzuchu czułam, jak
każdy mięsień w moim ciele pulsuje niewyobrażalnym bólem. Zamknęłam na
chwilę oczy i postarałam się uspokoić oddech. zapadłam w krótką drzemkę.
-
Trening. - To jedno, cicho wypowiedziane słowo zdołało mnie obudzić.
Podniosłam głowę. W moim pokoju stała Aisu! Popatrzyłam na nią, nie
dowierzając własnym oczom. Co ona tu robi? Byłam zbyt zmęczona, żeby się
nad tym zastanawiać, potrzebowałam snu. Znów ukryłam twarz w poduszce,
udając, że jej nie zauważyłam. Może jak nie będę się ruszać, pomyśli, ze jestem martwa i sobie pójdzie. Tak, to był dobry pomysł. Nie miałam najmniejszej ochoty na kolejny trening, a tym bardziej z nią.
Nagle poczułam zimną dłoń na swojej szyi. Po chwili Aisu przyciskała mnie do ściany.
Nie wiedziałam, czy bardziej bałam się jej, czy tego treningu.
- Idziemy.
Wypuściła mnie, a ja bezwładnie osunęłam się po ścianie. Zdusiłam w gardle jęk i podniosłam się.
Aisu
była już przy wyjściu. Ruszyłam za nią. Zacisnęłam zęby i starałam się
nie chwiać. Poruszała się szybko, ledwie mogłam za nią nadążyć.
Wyszłyśmy z siedziby. Był już wieczór. Słońce schowało się zza górami,
tworząc wokół nich złoto-pomarańczową aureolę. Zafascynowana
obserwowałam ten nieziemski widok i nagle zalała mnie fala światła. Nie
rozumiałam, co się stało. Czyżby wzgórze wybuchło. Rozejrzałam się
dookoła i uświadomiłam sobie, że jestem w całkowicie innym miejscu niż
przed chwilą. Ale jak? Co się właściwie stało?\
Spojrzałam
na stojąca tyłem do słońca Aisu. Wyglądała na niewzruszoną,
niepokonaną. Poły rozpiętego płaszcza łopotały wokół niej, sprawiając,
że dziewczyna wyglądała jakby unosiła się w powietrzu. Była taka piękna,
silna, wielka. Nic nie mogło się równać z jej mocą. Mimowolnie
porównałam ja do siebie. Przewyższała mnie we wszystkim.
- Atakuj - powiedziała wyzutym z emocji głosem.
Przez
chwilę żywiłam skrytą nadzieję, że żartuje, ale potem spojrzałam w jej
złote oczy i zdałam sobie sprawę, że ona należy do osób, które nie
wypowiadają zbędnych słów.
Niewiele myśląc zamachnęłam się i
wycelowałam pięścią w jej twarz. Nie było szans aby ten atak dosięgnął
celu, ani ten, ani żaden następny. Każdy mój ruch obracała przeciwko
mnie, z każdą upływającą sekundą, na ziemię spadało coraz więcej mojej
krwi, z każdym uderzeniem byłam coraz bardziej wyczerpana. Co jakiś czas
Aisu musiała chwytać mnie za nadgarstek i stawiać z powrotem na nogi.
Sama nie byłabym w stanie się podnieść. Najlżejszy cios mógł mnie
powalić. Godziny dłużyły mim się w nieskończoność. Niewiele brakowało, a
zaczęłabym błagać, żeby mnie zabiła.
- Idź do Sasoriego. -
Usłyszałam jej głos przebijający się prze ogarniający mój umysł ból i
ciemność. - Ja z tobą skończyłam. W południe na tej skale, misja.
I
już jej nie było. Upadłam na ziemię, łapiąc spazmatycznie oddech. Już
wszystkim. Mogłam odpocząć. Przełknęłam głośno ślinę. Wyczułam w gardle
krew. Z wielkim trudem podniosłam się znów na nogi. Musiałam dojść do
swojego pokoju. Musiałam. Powoli zaczęłam poruszać się w dół zbocza. W
głowie mi się kręciło, raz po raz upadałam, ale nie poddawałam się.
Nie
miałam zamiaru iść do Sasoriego. Wolałabym już umrzeć, niż kolejny raz
narzucać mu się. Poza tym, już się z nim pożegnałam. Gdybym teraz
znalazła się przed drzwiami jego pokoju, musiałabym jeszcze raz z nim
porozmawiać. Nie znosiłam pozostawiać spraw niedokończonych. Chciałam
żyć w całkowitej harmonii, w zgodzie z naturą, otaczającymi mnie ludźmi i
samą sobą. Nie potrafiłam znieść myśli, że odejdę, znienawidzona przez
kogoś. Z moich oczu próbowały wydostać się łzy, na samo wspomnienie
rodziców i tego jak ich potraktowałam. Nie wiedzieli gdzie jestem, co
się ze mną dzieję. Cierpieli. Przeze mnie. I już nigdy nie zdołam tego
naprawić.
Dotarłam do swojego pokoju. Nie wiedziałam jak. Było
zbyt ciemno. Albo to ja miałam zamknięte oczy. Wszystko mi się mieszało.
Miałam mętlik w głowie.
Podeszłam do łóżka i po raz kolejny dzisiaj rzuciłam się na nie, mając nadzieję na odpoczynek.
[Dziękujemy za komentarze i obserwację, to naprawdę wiele dla nas znaczy :) ]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OPUBLIKOWANE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OPUBLIKOWANE. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 lutego 2014
środa, 29 stycznia 2014
Rozdział 2
Mei
Nie wiedziałam, jak znalazłam się w pokoju. Po ostatnich słowach Peina ogarnął mnie tak wielki strach, że mój umysł się zawiesił. Ciało przejęło nad nim kontrolę. Najpewniej wybiegłam z gabinetu lidera Akatsuki i instynktownie znalazłam drogę do pokoju, w którym się obudziłam. Mam nadzieję, że nie krzyczałam po drodze jak opętana.
Teraz leżałam skulona na łóżku i zastanawiałam się, która jest godzina. W południe miałam się wstawić w Sali Cienia. Nie wiedziałam po co. Pewnie w końcu dowiem się, dlaczego zostałam tu sprowadzona. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie czeka mnie nic oprócz śmierci. Albo zostanę zabita, bo nie będę chciała im pomóc, albo bo komuś się narażę. A nawet jeśli uda mi się przeżyć, to i tak zabiją mnie, kiedy przestanę być potrzebna. Już niedługo stanę się jedną z tych duchów, które przez całe swoje życie tak nękałam. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak się na mnie zemszczą, kiedy do nich dołączę.
Duchy... Przypomniałam sobie, że odkąd się obudziłam, nigdzie nie widziałam swoich zwojów. Pewnie mi je zabrali. Zbędne środki ostrożności. Byłam tak przestraszona, że nawet nie pomyślałam, żeby ich użyć. Ale teraz naprawdę by mi się przydały. Nie chodziło o to, że miałam zamiar przy ich pomocy jakoś uciec, czy coś w tym stylu. Po prostu chciałam z kimś porozmawiać. Nawet wyzwiska byłyby lepsze niż ta ogłupiająca cisza. Nie znosiłam ciszy. Sprawiała, że czułam się samotna, niechciana i nic nieznacząca.
Zaklęłam pod nosem i uderzyłam pięścią w poduszkę. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś teraz przy mnie był. Obecność drugiej osoby dawała mi siłę. Natomiast obecność duchów... pokazywała, że przede mną byli lepsi, których droga na tym świecie też się skończyła i nie jestem jedyną, która swoje życie zmarnowała.
Wstałam z łóżka. Musiałam się ruszyć. Gdybym jeszcze przez chwilę poleżała, zwariowałabym. Zaczęłam krążyć po pokoju, jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Tak też się czułam. Potrzebowałam wolności. Tak bardzo chciałam się stąd wydostać. Klaustrofobia tylko pogłębiała to pragnienie.
Moje serce przepełniał strach pomieszany z krystaliczną nienawiścią. Wszystko się we mnie gotowało. Wydawałoby się, że emocje zaraz rozniosą to pomieszczenie w drobny pył. Po co byłam im potrzebna? Nie byłam nikim wyjątkowym. Jak teraz o tym pomyślę to żałowałam, że opuściłam dom. Wolałabym już zostać kurą domową i usługiwać mężusiowi, który do końca życia wypominałby mi, jak to on dla mnie ciężko pracuję i jaka ja jestem niewdzięczna. Rodzice mięli rację. Do niczego innego się nie nadawałam. A teraz, przez swoją głupotę, tkwię w samym sercu piekła na ziemi - w siedzibie Akatsuki. Miałam ochotę krzyczeć. Ale najbardziej na świecie pragnęłam, żeby ktoś przy mnie był.
Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie naznaczyć tego pokoju i nie przywołać duchów ludzi, którzy tu umarli, ale po chwili namysłu stwierdziłam, że wiedza kogo tutaj zabili i w jakich męczarniach zginęła ta osoba nie pomoże mi przetrwać. Sprawiłaby tylko, że jeszcze bardziej bym spanikowała.
Jedynym wyjściem pozostają zwoje. Ale gdzie one do diabła są!
- Spokojnie Mei, uspokój się - powiedziałam, chcąc dodać sobie odwagi. - Histeria w niczym nie pomoże. Myśl logicznie.
Przecież nie mogli mi ich zabrać. Musieli zdawać sobie sprawę, że jeśli na dłużej stracę z nimi kontakt, to więź łącząca mnie z zamkniętymi w nich duchami zostanie przerwana, a dusze uciekną. Skoro byłam im potrzebna, nie mogli pozwolić sobie na taki uszczerbek w mojej sile. One musiały gdzieś tu być. W pokoju nie było prawie żadnych mebli, wątpiłam, żeby chciało im się montować tu jakieś skrytki, czy coś w tym rodzaju, więc nie miałam zbyt wielu miejsc do przeszukania. Najpierw zajęłam się stolikiem. Przewróciłam go do góry nogami i dokładnie obejrzałam. W słabym świetle nie za wiele mogłam dostrzec, więc polegałam na zmyśle dotyku. Kochałam drzewa. Potrafiłam rozpoznać prawie każdy ich rodzaj, ale tego, z którego zrobiony był stolik, nie znałam. Szybko wyrzuciłam te myśli z głowy i skupiłam się na szukania jakiejś szczeliny, wgłębienia, czegokolwiek. Po pięciu minutach znałam każdą rysę mebla, w dłoniach miałam powbijanych co najmniej z dziesięć drzazg, ale zwojów nie znalazłam.
Z niedowierzaniem odwróciłam się w stronę łóżka. Popatrzyłam na nie podejrzliwie i podeszłam bliżej. Czyżby moje zwoje leżały w najbardziej prymitywnej kryjówce jaką zna świat. Przecież to niedorzeczne. O członkach Akatsuki można było powiedzieć prawie wszystko, ale nie to, że są głupi.
A może oni wcale nie chcieli ukryć moich zwojów... A może nie myśleli, że będę ich szukać... A może wcale ich tu nie ma... Przez głowę przeleciały mi setki podobnych myśli. Jednak zmusiłam się, żeby odsunąć je na bok i po prostu schyliłam się. W dzieciństwie zawsze myślałam, że pod łóżkiem jest jakieś przejście do innego świata, i że jeśli tam spojrzę, to za mną pojawi się potwór i wepchnie w inny wymiar. Teraz ten strach powrócił. Wiedziałam, że jestem dziecinna, ale nic na to nie mogłam poradzić. Postanowiłam więc, jak najszybciej rozejrzeć się i wskoczyć na łóżko, żeby nic mnie nie porwało. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z absurdu tej sytuacji. Przecież ja, tak jakby, już zostałam porwana. Nie znajduję się przecież w siedzibie Akatsuki z własnej woli.
Uśmiechnęłam się sama do siebie i spojrzałam pod łóżku. Przez kilka sekund mój wzrok przyzwyczajał się do ciemności. Potem dostrzegłam jakieś ubrania i duże pudło stojące w samym rogu. Spróbowałam go dosięgnąć, ale było za daleko. Musiałam tam wejść. Wiedziałam, że niektóre dzieci uważają to miejsce za najlepsze schronienie na świecie. Nie mogłam pojąć, dlaczego. Przecież pole widzenia jest tu ograniczone i nie masz pojęcia, czy ktoś przypadkiem nie czai się na górze i nie zabije cię, przebijając łóżko mieczem lub nożem. To była czysta głupota. Ja wolałam wiedzieć, co mnie czeka i chciałam patrzeć w twarz swojemu katowi. Ale... gdybym tu została, może członkowie Akatsuki, nie znaleźliby mnie... Skarciłam się za tą niedorzeczną myśl. Oni wiedzą wszystko.
Szybko chwyciłam pudło w dłonie i zaczęłam wycofywać się spod łóżka. Jednak pośpiech nigdy nie działał na moją korzyść. Zbyt szybko podniosłam się i uderzyłam głową w ramę. W efekcie, jak długa z powrotem poleciałam na ziemię. Przed oczami pojawiły się mroczki i byłam pewna, że z tyłu głowy wyrośnie mi ogromny guz. Tylko tego jeszcze brakowało. Po prostu super.
Westchnęłam cicho i na kolanach podpełzłam do pudełka. Kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłam leżące na samym wierzchu zwoje. Złapałam pierwszy z brzegu i przytuliłam do szyi. Niemal słyszałam, jak duch w nim zamknięty, szepcze do mnie słowa obelgi.
Jak najszybciej wyjęłam resztę zwojów i rozłożyłam przed sobą na podłodze. Sam dotyk znajomego przedmiotu mnie uspokajał, leczył poszarpane nerwy. W pudle znalazłam tez całe mnóstwo świec. Nie zastanawiając się długo, złapałam kilka z nich i porozstawiałam po całym pokoju. Możliwe, że później przez wiele dni będę musiała siedzieć w ciemnościach, ale w tej chwili potrzebowałam otuchy jakiej może udzielić tylko światło. Potem usiadłam z powrotem przed zwojami i z obłąkanym uśmiechem na ustach parę razy przesunęłam po nich dłonią, zanim zdecydowałam, którego przywołać. Wybrałam tego, którego jako pierwszego wyjęłam z pudełka. Był to duch mogący wykonywać techniki w oparciu o chakrę natury wiatru.
Nie wiedziałam, jakie nosił imię za życia. Nigdy nie pytałam. Uznawałam to za zbyt wielkie naruszenie prywatności. A poza tym, myślę, że gdybym wiedziała , jak się nazywali to nie potrafiłabym traktować ich jak zwykłe przedmioty służące do walki i zabijania. Utożsamianie ich z konkretnymi osobami, które miały rodzinę, może dzieci, na pewno nie pomogłoby mi w życiu.
Podniosłam zwój i rozwinęłam go. Przez chwilę wpatrywałam się bezmyślnie w wyryte tam znaki. Po plecach, jak zawsze w takiej chwili, przeszły mnie dreszcze i już wiedziałam, że przede mną stoi mężczyzna odziany w długi biały płaszcz. Nie podniosłam jednak wzroku. Przez chwilę chciałam się napawać samą jego obecnością. Nie byłam sama.
- Czego chcesz? - zapytał w końcu zniecierpliwiony. Jego słowa jak zwykle ociekały jadem.
Czego od niego chciałam? Żeby po prostu był. Ale przecież tego mu nie powiem. Musiałam szybko coś wymyślić, bo jeżeli duch wyczułby, że w tej chwili jestem słaba, niezdecydowana, to może spróbowałby się uwolnić. Wiedziałby, że po tym co przeszłam, nie będę w stanie go zatrzymać. Wykorzystałby okazję. Nie mogłam sobie pozwolić, na utracenie tak potężnej broni jak on.
- Potrzebuję informacji - powiedziałam najpewniejszym głosem na jaki było mnie w tej chwili stać.
- Oczywiście - wysyczał duch. - Czego innego można się spodziewać po takiej idiotce jak ty? Niczego nie potrafisz załatwić sama. Wykorzystujesz ludzi, który już swoje na tym świecie wycierpieli, bo nie potrafisz sobie poradzić z najprostszymi sprawami.
Wiedziałam, że ma rację. Byłam słaba. Chciałam udowodnić wszystkim, że sobie poradzę, niestety bez ,,pomocy" duchów nigdy bym nie przetrwała tych kilku lat po opuszczeniu domu. Jednak do tej pory byłam pewna, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym nie będę ich tak rozpaczliwie potrzebować. Niestety teraz już wiedziałam nie mogłam się łudzić. Wykorzystam duchy aby przetrwać tu jak najdłużej, aby jak najdalej odroczyć godzinę swojej śmierci. Postanowiłam nie mieć skrupułów.
- Chcę wiedzieć jak najwięcej o człowieku, którego nazywają Sasori. - Byłam dumna z tego, że mój głos nie zadrżał przy wypowiadaniu jego imienia.
- Mogłabyś go po prostu zapytać, idiotko! - wrzasnął duch, a potem wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw pod moim adresem.
Udawałam, że nie słucham. Choć tak naprawdę, każde jego słowo odczuwałam, jak pchnięcie nożem w brzuch.
- Masz dziesięć minut - warknęłam, przerywając mu.
Duch rzucił mi nienawistne spojrzenie i po chwili zniknął.
Tak naprawdę nie chciałam wiedzieć absolutnie nic o tym całym Sasorim, nienawidziłam go, ale potrzebowałam preteksty, żeby móc zatrzymać przy sobie ducha. Ten temat równie dobrze nadawał się do rozmowy, jak każdy inny.
Przez kilka minut siedziałam nieruchomo na podłodze kompletnie o niczym nie myśląc. To była miła odmiana po godzinach zadręczania się wspomnieniami i zastanawiania się, co ze mną zrobią, kiedy przestanę być im potrzebna. Mój umysł mógł w końcu odpocząć. Chciałam, żeby ten stan odrętwienia trwał jak najdłużej. Jednak wkrótce powrócił duch. Zbyt szybko. Mogłam dać mu więcej czasu. Ale wtedy myślałam, że te dziesięć minut będą dłużyć mi się w nieskończoność. Nie wiedziałam, że świadomość, że za chwilę z kimś porozmawiam da mi tyle spokoju.
Duch znów odezwał się pierwszy.
- Długo masz zamiar mnie jeszcze tu trzymać? Może w końcu zapytałabyś, czego się dowiedziałem i pozwoliłabyś mi odejść? - zapytał głosem tak przesyconym nienawiścią i pogardą, że aż się wzdrygnęłam.
Podniosłam na niego wzrok i skinieniem głowy dałam mu znak, że może mówić.
- Jedyny Lalkarz w Akatsuki - zaczął duch. - Tworzy lalki, a potem nimi steruje, potrafi przerobić ludzkie ciała na marionetki. Używa też techniki medicjutsu. Doskonale zna się na truciznach i odtrutkach. Jego rodzice zginęli na misji. Wychowywała go babcia. Nie udało mi się zdobyć żadnych informacji na temat bliskich osób. Prawdopodobnie nikt taki nigdy nie istniał.
Patrzyłam z otwartymi ustami na stojącą przede mną postać. Mówił zimnym, twardym głosem, jakby przekazywał mi informację na temat kamienia leżącego na pustyni. W ciągu dziesięciu minut dowiedział się o Sasorim więcej niż ja, prawdopodobnie, dowiem się do końca swojego marnego życia.
- Ile ma lat? - wydukałam w końcu, chcąc cokolwiek powiedzieć.
Mężczyzna przewrócił oczami.
- Trzydzieści pięć.
- Co?! - wyrwało mi się
- Głucha jesteś? Nie mam zamiaru tracić swojego cennego czasu, bo jakaś debilka nie zna się na liczbach - warknął.
Ale ja już go nie słuchałam.
Trzydzieści pięć... Trzydzieści pięć... Jak to możliwe? Lalkarz... Skorpion... Oczy... Ból... Obojętność... Okrucieństwo... Sasori.
To on mnie tutaj sprowadził. Nienawidziłam go. Chciałam, żeby umarł... Nie, nie chciałam jego śmierci. Nie chciałam śmierci nikogo. Każdy zasługuje na życie. Nawet on. Nie miałam prawa nawet pragnąć, żeby ktokolwiek opuszczał ten świat. Zwłaszcza, że mi samej tak często powtarzano, że powinnam to zrobić.
Wstałam z podłogi i ruszyłam w stronę drzwi. Prawdopodobnie już dawno powinnam być w Sali Cienia. Starałam się ignorować wrzeszczącego za mną ducha. Był wściekły, chciał żebym go już wypuściła. Jednak ja potrzebowałam jego obecności. Nie mogłam znowu zostać sama. Nie kiedy wkroczę w te ciemne korytarze. A poza tym był świetnym wojownikiem. Gdyby coś poszło nie tak, miałabym możliwość obrony.
- Chodź - szepnęłam cicho, nawet nie odwracając się w jego stronę.
Wiedziałam, że musi mnie posłuchać. Jak na razie miałam nad niem pełną władzę. Gorzej będzie, gdy moja chakra się wyczerpie.
Tym razem korytarze nie wydawały się tak przerażające. Pewnie dlatego że teraz gdzieniegdzie były poustawiane świece. A może po prostu nie byłam sama?
Szłam przed siebie, starając się nie zgubić. Kilka razy musiałam prosić ducha o pomoc. Za każdym razem dostawałam za karę piękną wiązankę przekleństw. W końcu jednak dotarłam na miejsce. Stanęłam przed wejściem do Sali Cienia. Nie było tu drzwi, tylko wielki prostokątny otwór wykuty w ścianie. Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś były tu wrota, ale zostały wyważone, podczas którejś ze sprzeczek. Zdobyłam się na odwagę i spojrzałam w głąb pomieszczenia. Serce na chwile stanęło mi ze strachu. Jedyne, co widziałam w środku to wielki pomnik. Zasłonięte oczy, rozłożone dłonie. Powinnam coś o nim wiedzieć.
- Demoniczna statua zewnętrznej ścieżki - wysyczał mi do ucha duch. - Zabiją cię tu.
Miał rację. Nie miałam już gdzie uciec. Przytrzymałam się ściany, żeby nie upaść. Mój oddech stał się płytszy. Już po mnie. Zza placów dobiegł mnie drwiący śmiech ducha.
- Nie bój się ich - powiedział. - Lepiej martw się, co cię spotka, kiedy oni już z tobą skończą.
Zignorowałam go. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby wszyscy pomyśleli, że jestem wariatką. Zacisnęłam zęby i weszłam do środka. Nikt nawet nie zauważył mojego przybycia. Odetchnęłam z ulgą. Wiedziałam, że się spóźniłam. Stanęłam pomiędzy dwoma mężczyznami. Obaj byli sporo ode mnie wyżsi, co tylko powiększyło mój strach. Przesunęłam wzrokiem po zebranych. Wszyscy ubrali czarne płaszcze. Chciałam sprawdzić, czy tylko ja się spóźniłam... Nie uwierzyłam. Policzyłam jeszcze raz i znowu to samo. Niemożliwe. Wiedziałam, że Akatsuki ma dziesięciu członków, a w kręgu, oprócz mnie, stało ich jedenastu.
Usłyszałam głos lidera. Spojrzałam w jego kierunku. Stał tuż pod statuą. Nie słuchałam tego, co mówił. Zajęłam się gapieniem na każdego, kto był w zasięgu mojego wzroku. W gardle miałam wielką gulę. Modliłam się, żeby nie wybuchnąć płaczem. Stałam wśród zabójców. W każdej chwili moja głowa mogła zostać oddzielona od reszty ciała i potoczyć się po podłodze.
W uszach mi szumiało, ledwie słyszałam głos lidera. Nie mogłam się jednak na nim skupić. Jak przez mgłę dotarło do mnie, że do organizacji dołączyła jedna osoba, a kolejna będzie przez jakiś czas im pomagać. Mówił o mnie... I o kimś jeszcze. O kim?
Mój wzrok padł na dziewczynę stojącą naprzeciw mnie. Ona. Tak. Ona wyglądała normalnie... Nie!
Ona wyglądała NORMALNIEJ od całej reszty. Bo nikt noszący płaszcz Akatsuki nie może wyglądać normalnie. W każdym razie była tu nowa, tak jak ja. Powinnam się jej trzymać.
Jeszcze raz popatrzyłam jej w oczy, a ona odwzajemniła moje spojrzenie. Była silna. Cholernie silna. Przerażała mnie. Nie miała nic do stracenia. Była podobna do NICH. Ale nie taka sama. Inna. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle. Będę musiała na nią uważać. Jeszcze przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem, a potem spuściłam głowę.
No, dobra. Uspokoiłam się trochę. Teraz trzeba wrócić do rzeczywistości i dowiedzieć się czego ode mnie oczekują. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w opanowany głos Peina.
- Mei Hayashi, choć nie jest pełnoprawnym członkiem organizacji, stworzy parę z Aisu. Oczekuję, że będą się wzajemnie pilnować. Za dwa dni wyruszają na misję. Do tego czasu będą trenować.
Lider chyba nie miał już nic więcej do powiedzenia. Wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić. Każdy szedł w swoją stronę. Parę osób rozpłynęło się w powietrzu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przecież niektórzy w tym czasie wykonują misję, a na zebranie przybyli jako hologramy. Tylko ja stałam ciągle na swoim miejscu. Otaczały mnie potwory. Każdy z nich był gotów zabić bez zastanowienia. Wbrew swojej woli spoglądałam w ich twarze. Jeden miał dziwne, czerwone oczy, mogące przejrzeć wszystko i każdego. Bałam się go... Inny przypominał ludożerczą roślinę - jego też się bałam. Zakryta twarz, usta na dłoni, ręka zmieniająca się w kartkę papieru... Miałam ochotę krzyczeć. Wydawało mi się, że to tylko sen. Że zaraz się obudzę pod jakimś drzewem, wstanę i dalej będę zmuszona iść przed siebie. Jednak nie miałam już, gdzie uciec. Nie było dla mnie nadziei. Nawet śmierć nie mogła mnie wybawić. Mój los został przesądzony, kiedy wyszłam z domu, zostawiając za sobą rodzinę i bezpieczeństwo. Ani na tym świecie, ani na tamtym nie było nikogo, kto by chciał mi pomóc. Byłam sama. Sama. W piekle.
Wciągnęłam ze świstem powietrze. Znów zaczynałam wpadać w panikę. I wtedy je zobaczyłam... Te oczy. Mijał mnie. Nasze spojrzenia spotkały się tylko na chwilę. Ale to wystarczyło, żeby ogarnęła mnie wściekłość. Jak on może po tym wszystkim patrzeć mi w oczy? Mógłby mieć, choć tyle przyzwoitości, żeby omijać mnie szerokim łukiem. Nagle coś sobie uświadomiłam. Przecież od jutra zaczynam z nim trening... Staniemy twarzą w twarz i... Nawet nie chce sobie wyobrażać, co może mi zrobić, kiedy go zdenerwuję.
Potrząsnęłam głową i rozejrzałam się za dziewczyną, której przyglądałam się podczas przemowy Peina. Nigdzie nie mogłam jej dostrzec.
- Zaprowadź mnie do niej - szepnęłam, ledwo poruszając wargami.
Duch miał chyba cichą nadzieję, że o nim zapomniałam. Ta... jakby można było zapomnieć o czymś, co cały czas pochłania twoją chakrę. Nie był zadowolony z faktu, że znów proszę go o pomoc, jednak nie kłócił się. Pobytem na ziemi był równie mocno wyczerpany, jak ja trzymaniem go tu. Rzucił mi wściekłe spojrzenie i zniknął w ciemnym korytarzu. Podążyłam za nim.
Wydawało mi się, że idę ta samą drogą co wcześniej. Nie miałam jednak pewności. Byłam w siedzibie Akatsuki. Tutaj niczego nie można być pewnym.
Korytarze wydawały się być niekończąca dziurą. Starałam się stąpać ostrożnie, jakby każdy krok miał zbudzić mieszkającego w tym miejscu ducha. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z absurdalności tego stwierdzenia. Nie mogłam nie uśmiechnąć się pod nosem. Mimo całej tej sytuacji, niebezpieczeństwa, w którym się znalazłam i strachu, ciągle potrafiłam się uśmiechać. To graniczyło z cudem. Nie! Z cudem graniczył fakt, że jeszcze żyłam. Ale to już niedługo się pewnie zmieni. No cóż... Musiałam się pogodzić z tym, że śmierć czeka tuż za rogiem.
Jak na ironie przede mną pojawił się zakręt. Duch przystanął przy pierwszych drzwiach.
- To tutaj? - wyszeptałam, starając się uspokoić oddech.
- Nie, idiotko, w Kraju Śniegu - warknął. - Skoro się tu zatrzymałem to chyba logiczne, że jesteśmy na miejscu. Uwierz mi, nie należysz do osób, na których wszyscy czekają, żeby tylko móc spędzić z nimi trochę więcej czasu.
Westchnęłam cicho i położyłam dłoń na klamce. - Ej, może byś mnie tak, z łaski swojej, wypuściła? - syknął. Zignorowałam go. Zawsze to robiłam. Nie było innego sposobu, żeby nie zwariować. Weszłam do pokoju i szybko rozejrzałam się dookoła. Nie różnił się zbytnio od mojego. Takie samo małe okno, takie samo łóżko, taka sama niewielka przestrzeń. I wtedy mój wzrok padł na komodę... Przymknęłam oczy, próbując lepiej jej się przyjrzeć w półmroku. No super! Ona miała gdzie trzymać ubrania, a moje muszą walać się pod łóżkiem.Co za jawna niesprawiedliwość. I to tylko dlatego, że ona jest lepszym zabójcą.
W pomieszczeniu było przeraźliwie zimno, a wszędzie wirowały białe drobinki. Wydawało mi się, że widziałam je wcześniej na korytarzu, ale było zbyt ciemno, żebym mogła być pewna.
Zamknęłam za sobą drzwi i zdałam sobie sprawę, że zapomniałam zapukać. Przygryzłam nerwowo wargę. Czyżby to był koniec mojego marnego życia?
Aisu Sugi stała przy oknie, odwrócona do mnie plecami. Zebrałam się na odwagę i postąpiłam dwa kroki do przodu.
To był błąd.
Jeden z największych jakie do tej pory popełniłam.
W jednej sekundzie słałam na środku pokoju, a w drugiej byłam przyszpilona przez lód do ściany. A więc na tym polega jej technika... Nigdy nie słyszałam o nikim posługującym się Uwolnieniem Lodu. Nie byłam specjalistką w tej dziedzinie, ale sporo się naczytałam, próbując uświadomić sobie kim jestem. Jednak ani razu nie natknęłam się na tą technikę. Podziw prawie całkowicie przesłonił mi strach. Prawie...
- Cześć! - powiedziałam, starając się nie zwracać uwagi na zimno ogarniające całe moje ciało. - Ty pewnie też jesteś tu nowa. Jestem Mei Hayashi. Z tego, co zdążyłam usłyszeć od lidera, to mamy razem wyruszyć na misję.
Ona, zapewne, też o tym słyszała. Pein mówił to przy wszystkich. Jednak ja musiałam coś powiedzieć. Chciałam, choć trochę, poznać osobę, od której będzie uzależnione moje życie. Chciałam ukryć swój strach. Chciałam sama sobie udowodnić, że mimo wszystko jestem silna. Chciałam zasłużyć na śmierć.
- Dobrze się składa. Nie chciałaby nigdzie iść z osobą, która jest członkiem Akatsuki od lat. Takie miejsce jak to, zmienia ludzi. Trzeba bardzo uważać. Wiesz, nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek będę miała styczność z tą organizacją, ale los bywa nieprzewidywalny. Będziemy musiały sobie jakoś radzić. Nie wiem jak ty, ale ja się strasznie boję. A to miejsce, jeszcze tylko bardziej mnie przeraża. Nie mogę się doczekać, aż wyruszymy na misję. Pewnie dadzą nam na początek coś łatwego. Może będziemy musiały złapać jakieś rzadkie zwierzę, czy ochraniać kogoś ważnego. Nie jestem pewna, czy oni dokładnie tym się zajmują, ale jakoś sobie poradzimy. Mam nadzieję, że nie każą nam nikogo zabijać. Nie dałabym rady. Nie lubię posyłać ludzi na inny świat. Znaczy, jeszcze nigdy tego nie zrobiłam, ale wydaje mi się, że nie polubiłabym tego uczucia. Zresztą, nieważne. Ważne, że nie będziemy tam same. Umarłabym ze strachu, gdyby kazali mi iść w pojedynkę. Jeszcze gorzej byłoby, gdyby szedł ze mną ktoś z nich. Chyba sama skoczyłabym z klifu, jeśli miałabym przebywać z którymś z tych morderców. Oni nie szanują ludzkiego życia. To straszne. Nie wiem, jak można patrzeć w lustro ze świadomością, że twoje ręce są splamione krwią. Nie wytrzymałabym, czegoś...
- Zamknij się.
Przerażona zamarłam z otwartymi ustami. Aisu miała cichy, hipnotyzujący głos. Zimny jak lód. Zimny jak ona sama. Nie odwróciła się w moją stronę. Nawet się nie ruszyła.
Lód powoli zaczął ustępować. Najwyższy czas. Powoli zaczynałam tracić czucie w kończynach. Opadłam na podłogę. Czułam się dziwnie. Byłam wyczerpana.
- Ja już pójdę - szepnęłam, ledwie poruszając wargami.
Oparłam się o ścianę, wstałam i jak najszybciej opuściłam to pomieszczenie. Przeszłam kilak kroków ciemnym korytarzem, gdy uświadomiłam sobie, że nie wiem jak trafić do swojego pokoju. Rozejrzałam się w poszukiwaniu ducha. Był tam. Metr ode mnie. Jak mogłam go wcześniej nie zauważyć? Coś było nie tak. Uważniej mu się przyjrzałam. Był prawie przezroczysty! Wcześniej widziałam go tak wyraźnie, jak każdą żywą osobę.
- Zaprowadź mnie do pokoju - poleciłam, starając się nie okazywać ile wysiłki kosztuje mnie utrzymywanie go przy sobie.
Bez słowa poleciał w stronę kolejnych drzwi. Co za ulga. Nie wiem, czy dotarłabym na własnych nogach gdzieś dalej. Przebycie tych kilku metrów było dla mnie trudne.
Szarpnęłam za klamkę. Nic. Pociągnęłam mocniej. Dalej nic. Stojący obok duch zanosił się głośnym śmiechem, ale tego też nie słyszałam tak wyraźnie jak kiedyś.
- Może byś tak nacisnęła tą klamkę, debilko? Chyba że próbujesz ją wyrwać.
Przełknęłam ślinę. Wszystko mnie bolało, nie mogłam logicznie myśleć. Posłuchałam jednak rady ducha i po chwili siedziałam oparta o drzwi swojego pokoju.
- No maleńka, teraz my zaczniemy zabawę. - Usłyszałam nad swoim uchem złowrogi szept.
Poderwałam się na równe nogi, tylko po to, żeby po chwili znów upaść na podłogę. Czyjaś dłoń uderzyła mnie w twarz.
- Stój! - wrzasnęłam, wyciągając przed siebie dłoń. - Nie możesz mi nic zrobić. Jestem twoją panią. Masz mnie słuchać.
Jako odpowiedź dostałam wybuch śmiechu i kolejny cios. Tym razem w brzuch. Zwinęłam się z bólu.
- Jaka ty jesteś głupia... - zaczął duch. - Nie wyczułaś nawet, że Aisu Sugi kradnie ci chakrę. Byłaś zbyt zajęta swoją marną paplaniną. Nic nie możesz mi już zrobić. Jesteś żałosna.
Prawdziwość każdego zdania potwierdzał uderzeniem. Chwytałam spazmatycznie powietrze. Starałam się zwinąć w kłębek, ale nie dał mi takiej możliwości. Zacisnęłam zęby. Musiałam to coś zrobić. Z jednej strony chciałam pozbyć się ducha, mogłam po prostu odciąć dopływ chakry, ale z drugiej - nie mogłam sobie pozwolić na nawet minimalne uszczuplenie mojej siły. Zebrałam się w sobie i zaczęłam czołgać w stronę łóżka. Uznał to chyba za próbę uniknięcia jego ciosów i bił jeszcze mocniej. Dobrze, niech myśli, że nie wiem, co robić, że jestem przerażona i zmęczona. Prawdę mówiąc, byłam, ale nie na tyle, żeby stracić wolę przetrwania.
Jeszcze tylko kilka centymetrów, już prawie. Mam!Chwyciłam zwój obiema rękami i skierowałam w stronę atakującego. Po chwili byłam już sama w pokoju. W gardle miałam olbrzymią gulę. Chciało mi się płakać, ale nie miałam siły nawet na to. Położyłam głowę na podłodze i po chwili już spałam.
Aisu
Nie zmrużyłam oka. Siedząc przy jedynym oknie znajdującym się w pokoju, próbowałam odpierać zalewające wspomnienia. Było tego wiele, zbyt wiele jak na dwa dni bez snu. Wszystko wracało do mnie falami. Śmierć rodziców, własne przekleństwo, lata samotności, pojawienie się nadziei i jej równie szybkie zniknięcie. Tak bardzo chciałam poczuć ból jaki odczuwałam, gdy to wszystko się działo. Byłam z nim tak silna, tak potężna i właśnie wtedy, gdy osiągnęłam szczyt swoich możliwości wszystko zniknęło. Znów byłam sama, bez rodziny, przyjaciół, bez bólu. Spojrzałam na swoje odbicie w szybie zastanawiając się, czy obojętność kiedyś odejdzie. To wszystko było jak znikanie, zatracanie cząstki osobowości, z każdym dniem większej, i zastępowanie jej prawdziwą pustką. Otworzyłam okno, bez chwili zastanowienia wyskoczyłam, z gracją lądując na pustynnym piasku. Patrzenie w przeszłość niczego nie zmieniało, ale było zbyt uzależniające, bym mogła przestać. Mimo skrajnego wyczerpania musiałam się do tego zmusić, a jedynym sposobem był trening, ćwiczenia ponad swoje siły. Rozejrzałam się upewniając się, że teren jest czysty i zaczęłam. Ataki, uniki, szybkość, moc szlifowałam wszystko, po kolei, najlepiej jak umiałam, dając się złapać w wir walki. To było zbyt mało. Wciąż, z każdym dniem, z każdą chwilą słabości potrzebowałam większej siły. Uniosłam ręce wysoko do góry i czekałam. Po chwili piasek pod moimi stopami zaczął drżeć aż rozstąpił się, a jego miejsce zajął lśniący, krystalicznie czysty i niesamowicie twardy lód. Opuściłam ręce i rękawem otarłam pot z czoła. Choć miałam w sobie ogromne pokłady chakry utrzymywanie w pozycji stojącej swojego zmarnowanego ciała wiele mnie kosztowało. Spuściłam głowę, skupiając wszystkie swoje myśli na ogromnej ilości stworzonego lodu, który unosił się stopniowo i tworzył wielką falę przekształcającą się we mnie, powiększoną do niebotycznych rozmiarów. Chciałam spojrzeć na swoje dzieło, w swoje oczy zaatakowane pustką, ale nie mogłam. Poleciałam do przodu, z głuchym dźwiękiem uderzając o lód. Znów ten sam scenariusz. Byłam przyzwyczajona do upadków do tego stopnia, że już nie bolało, nic mnie nie bolało. Cholera. Nie mogłam się ruszyć, po raz kolejny nadużyłam Kekkei Genkai, tym samym wywołując paraliż całego ciała. Lód nie znikał, w tej chwili zdałam sobie sprawę, że znów wymknął się spod mojej kontroli. Zaczęło się robić zimno, a dźwięk, który słyszałam nie był mi obcy. Wszystko dookoła mnie zaczęło zamarzać. Doświadczyłam tego trzy razy w życiu, zawsze gdy byłam bezbronna. Lód pokrywał wszystko, by zapewnić mi bezpieczeństwo, atakował każdego napotkanego na swojej drodze, bez względu na moją wolę. Próbowałam się poruszyć, ze wszystkich sił, wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, ale jedyne, co udało mi się zrobić to, na ułamek sekundy unieść powieki. W chwili, w której moje ciało zaczęło drżeć z zimna poczułam, że unoszę się w powietrzu. Przez moment zastanawiałam się, czy nie jestem unoszona przez lód, jednak stopniowo zaczynało docierać do mnie ciepło, ludzkie ciepło. Ktoś mnie podnosił, to była moja ostatnia myśl nim straciłam przytomność.
Powoli wybudzałam się ze snu, choć mocno się przed tym broniłam. Stopniowe odzyskiwanie świadomości było przykrym powrotem do otaczającego mnie świata, świata pełnego krwi, morderców i śmierci. Ostrożnie otworzyłam oczy, przygotowana na nagły napływ światła, którego nie było. Dookoła mnie panował przytulny półmrok. Rozejrzałam się powoli, zauważając, że pod ścianą, na krześle siedzi jakaś postać.
- Nieźle nas wystraszyłaś, dziecinko. Gdybyśmy nie wracali z misji byłoby już po tobie. - Niski, męski głos, który usłyszałam utwierdził mnie w przekonaniu, że wciąż znajduję się w siedzibie Akatsuki.
- Kim jesteś - spytałam, unosząc się do pozycji siedzącej. Mężczyzna wstał, a nade mną zawisł wielki, mroczny cień. Jak każdy z członków organizacji ubrany był w czarny płaszcz, ale wyglądem nie przypominał zwykłego człowieka. Jego skóra była niebieska, a oczy niewielkie, ponadto miał skrzela. Wyglądał trochę jak... rekin.
- Może najpierw, dziękuję za uratowanie życia - powiedział, uśmiechając się z niezwykłą pewnością.- Kisame Hoshigaki - dodał po chwili, poszerzając uśmiech, którego nie odwzajemniłam.
- Nic, by mi nie było - odparłam i wstałam z łóżka. W głębi duszy dziękowałam mu za pomoc, ale nie chciałam mówić tego na głos. Co za dużo to niezdrowo. Skinęłam do niego głową, po czym skierowałam się do drzwi zupełnie tak, jakbym przed chwilą nie była zmorzona snem, zupełnie jakbym wiedziała i miała gdzie iść.
- Nie tak szybko dziecinko, lider kazał nam spotkać się w Sali Cienia, gdy odzyskasz przytomność. Niedługo wieczór, nie możemy dłużej czekać. - Spojrzałam na niego, wzdychając ciężko. Szykował się długi dzień.
- Prowadź - powiedziałam gotowa na szarpnięcie za ramię i ciągnięcie zawiłymi korytarzami. Nic takiego się nie wydarzyło, zamiast tego Kisame otworzył drzwi, puszczając mnie przodem. Przez chwilkę zastanawiałam się, czy to co widzę przy jego plecach to, to o czym myślę. Samehada powiedziałam w myślach, uświadamiając sobie równocześnie, że mimo swoich manier niczym nie różni się od innych członków Akatsuki, w tym także ode mnie. Wszyscy robią co muszą żeby przetrwać, czepiają się usilnie życia, a ono daje nam nowe, coraz to lepsze szanse, nadzieje dzięki, którym żyjemy. Jakby śmierć była czymś złym... Ruszyłam korytarzem, próbując odnaleźć się w półmroku. Analizowałam, oglądałam, dotykałam, robiłam wszystko, by zapamiętać choć w małym stopniu drogę, którą wskazywał mi mężczyzna.
- Właściwie to jak masz na imię - spytał, gdy schodziliśmy po schodach. Zatrzymałam się i odwróciłam twarzą do niego. Nie sądziłam, że może mnie nie znać skoro kazano mnie tu ściągnąć.
- Aisu Sugi - powiedziałam, obserwując jego reakcję. Najwyraźniej nie miał pojęcia kim jestem, bo patrzył na mnie pytająco. - Morderczyni z Kraju Śniegu - dodałam, a jego twarz rozjaśniła się i po chwili wpłynął na nią szeroki uśmiech.
- Więc to ty, nie sądziłem, że kiedykolwiek się spotkamy. Witaj w Akatsuki, Aisu.- Wydawał się szczerze rozbawiony, czego ja nie rozumiałam. Nie było w tym nic śmiesznego. Wyciągnął do mnie rękę, w której trzymał czarny połyskujący materiał. Płaszcz Brzasku.
- Załóż to i dopóki jesteś jedną z nas nie zdejmuj. - Wykonałam jego polecenie zauważając, że rękawy kończą się tam, gdzie moje palce, gdy wyciągam przed siebie rękę, a kołnierz sięga do połowy policzka. Zupełnie jakby był szyty na miarę. Zapewne był, cholerna organizacja, zawsze krok przed wszystkimi.
Dotarliśmy do Sali Cienia. Spodziewałam się czegoś bardziej mrocznego, tymczasem wnętrze oświetlone było przez setki małych świec. Kisame ruszył przodem i zajął miejsce w kręgu, a ja patrzyłam na nich z lekkim uśmiechem skrytym pod płaszczem. Stali przede mną, cała potężna dziesiątka.
- Dołącz do kręgu - niski, mroczny głos Paina odbijał się echem od ścian. Moje ciało pokryła gruba warstwa lodu, a po sekundzie zniknęła. Stałam teraz obok Kakuzu i Hidana, zajmując jedenaste miejsce. Statua wznosząca się za plecami lidera na chwilę odwróciła mój wzrok od zebranych. Przerażająca. Cholerny strach, czemu akurat on musiał zostać?
- Tobi, gdzie ona jest - powiedział lider najwyraźniej zniecierpliwiony. Ona? Jaka ona? Spojrzałam na Konan, która, jak wynikało z moich źródeł, była jedyną kobietą w Akatsuki. Więc o to chodzi... Będzie ciekawie.
Nie musiałam czekać długo, by część moich przypuszczeń się potwierdziła. Wkrótce usłyszałam powolne kroki, które w końcu umilkły. Kimkolwiek była zatrzymała się, ale. Nie minęła jednak sekunda, gdy w progu pojawiła się niska, czarnowłosa dziewczyna. Nie przyglądałam się jej długo. Nie miała płaszcza, nie była członkinią, nie była nikim ważnym. Zastanawiałam się tylko kiedy chcą ją zabić, przed czy po spotkaniu.
- Jak wiecie przebywają tu z nami dwie nowe osoby. Część z was wie kim są. Pomogą nam w osiągnięciu celu, dwie wspaniałe bronie w naszych rękach. Już niedługo przejmiemy władzę...- Nie słuchałam długo. Czekałam aż Pain przejdzie do konkretów. Domyślałam się, co jest ich celem i czemu się tu znajduje, choć z drugiej strony wiedziałam, że to wszystko nie może być takie proste. Spojrzałam przed siebie, natrafiając na spojrzenie nieznajomej dziewczyny. Nie pasowała tu. Słaba, taka słaba. Wystarczyłby tylko jeden ruch ręką żeby ją uśmiercić. Tak mało... Żałosne. Żałosne było jej zachowanie, żałosny był strach w jej oczach, żałosna była jej słabość.
- Aisu Sugi, morderczyni z Kraju Lodu. Jedyna żyjąca osoba, która posługuje się uwolnieniem lodu.- Wszystko co mówił lider było takie bezsensowne, niepotrzebne. Dobrze wiedzieli kim jestem, kolejnym pionkiem w tej piekielnej grze, jedną z nich.
- Mei Hayashi, choć nie jest pełnoprawnym członkiem organizacji, stworzy parę z Aisu. Oczekuję, że będą się wzajemnie pilnować. Za dwa dni wyruszają na misję. Do tego czasu będą trenować.- W tym momencie skończyło się moje fantazjowanie o zabiciu tej małej dziewczynki. Cholerne żarty. Nie, to nie był dowcip, którego nie mogłam zrozumieć. Nikt się nie śmiał. Na prawdę miałam ruszać do walki z dzieckiem. Przygryzłam wargę, z której po chwili zaczęła lecieć ciemnoczerwona ciecz. Wsiąkała w płaszcz. A więc już był splamiony. Moją własną krwią.
Zebranie dobiegło końca. Lider niczego więcej nie powiedział. Nie sprzeciwiałam się. Patrzyłam jak wszyscy znikają lub rozchodzą się w różnych kierunkach, ja wybrałam ten pierwszy sposób, w ułamku sekundy przenosząc się do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku, nerwowo wykręcając palce i słuchając coraz głośniejszych trzasków. Ból pękniętych kości, jakie to ludzkie. Uśmiechnęłam się pod nosem wniebowzięta tym uczuciem, ale i to nie trwało długo. Moje ręce pokryła warstwa lodu, która skutecznie uniemożliwiła mi dalsze łamanie. Gdybym mogła pewnie byłabym zdenerwowana tym, że nie mogę się nawet lekko uszkodzić, a co dopiero zabić. Przez chwilę patrzyłam na wirujące w powietrzu, maleńkie płatki śniegu. Takie niewinne, jak kurz. W rzeczywistości to dzięki nim kontrolowałam ruch każdej osoby znajdującej się obecnie w siedzibie. Wstałam i podeszłam do okna, za nim też wirowały śnieżynki, wszystko było pod moją kontrolą. Wspaniale, w okolicy znajdował się jakiś shinobi. Kącik moich ust nieznacznie uniósł się do góry, gdy poczułam przypływ nowej chakry. To również potrafiłam robić. Wykorzystując padający, czy też wirujący śnieg pobierałam chakrę osoby, której dotykał. Oczywiście nie zostawiałam mu niczego, a sama rosłam w siłę. Tym razem przerwałam. Przed moimi drzwiami znajdowała się jakaś osoba, jej kroki słyszałam już wcześniej.
Mei Hayashi wkroczyła do mojego pokoju, nawet nie pukając. Co prawda dobrze wiedziałam, że tam jest, nawet gdyby zapukała nie odezwałabym się. Nie była tego warta. Nim wydałam polecenie o schwytaniu jej pozwoliłam, by przeszła dwa kroki. To i tak było zbyt wiele. Przeszkodziła mi w absorpcji, musiałam dostać coś w zamian. Gdy lód przyszpilił ją do ściany sprawiłam, że białe drobinki osiadły na niej i zabierały jej chakrę. Zdawało się, że dziewczyna niczego nie czuje. Głupia, mała kunoichi. Ofiara... zabić. Za dużo mówiła. Patrzyłam przez okno, zastanawiają się ile ta głupia maskarada jeszcze potrwa. Szkoda, że nie mogłam jej zgładzić. Lider byłby zły. Głupi lider.
-Zamknij się- powiedziałam, słysząc uwagi dotyczące zabijania. Ludzkie życie nie było warte tylu słów, nie było nic warte. W myślach wydałam polecenie, a lód zaczął uwalniać jej ciało. Ciekawiło mnie to, czy zrozumiała, co zrobiłam, czy zrozumiała, że ja nie byłam do niej ani trochę podobna. Byłam mordercą, najlepszym z najlepszych. Ona była małą kunoichi, natrętem, nikim. Czego od niej chcesz Liderze? Po co ci taki śmieć?
Słyszałam jak odchodzi, w głowie miałam obraz, który również pokazywał mi tą scenę. Ledwo trzymała się na nogach. Uśmiechnęłam się pod nosem. Tak jak myślałam była żałosna, a ja pełna jej mocy. Otworzyłam okno i usiadłam na parapecie. Robiło się coraz ciemniej, a był to tylko wczesny wieczór. Patrzyłam na ziarenka piasku unoszone przez wiatr. Chciałam już wyruszyć na tą misję. W siedzibie nic mnie już nie trzymało, ćwiczenia nie miały sensu, mogłam tylko czekać, albo zająć się zabijaniem osób, które ciągle wchodziły do mojego pokoju.
- Tylko nie uciekaj, dziecinko. Znowu narobisz nam problemów, już nie pamiętasz, co działo się zeszłej nocy?- Zaśmiałam się cicho, niemal niedosłyszalnie. Po co mnie tu sprowadzili, skoro byłam tak problematyczna. Wyciągnęłam kunai, próbując robić to co wcześniej, zadać sobie choć odrobinę bólu. Tak mi go brakowało.
- Czego chcesz? - powiedziałam cichym, ale jak zwykle chłodnym i opanowanym głosem. Mężczyzna stał przede mną z uśmiechem na twarzy, nie patrzyłam na niego, ale dobrze o tym wiedziałam.
- Porozmawiać. Królowa lodu nie w humorze? A szkoda, jutro zaczynamy razem trening. Bądź gotowa, bo umrzesz.- Przez chwilę zastanawiałam się, czy on jeszcze nie zrozumiał.
- Śmierć nie wchodzi w grę. Powinieneś wiedzieć, że mnie się nie da zabić.
- To się okaże. Może jesteś kunoichi klasy S, ostatnią z takim Kekkei Genkai, ale są tu potężniejsi od ciebie. Jeszcze się o tym przekonasz. Oni są w stanie zabić cię bez wahania. - Słuchałam go, próbując wbić kunai w częściowo pokrytą lodem nogę. Nie udało się. Zsunęłam się z parapetu i stanęłam przed poirytowanym mężczyzną.
- Patrz uważnie, bo więcej tego nie zobaczysz- szepnęłam w tym samym czasie wbijając kunai prosto w swoje serce, na próżno. Lodowa pokrywa, wbrew mojej woli, skutecznie zasłoniła fragment ciała, w który celowałam. - Nie można mnie zabić, on na to nie pozwoli, obroni mnie, bez względu na to czy tego właśnie chcę. Wierny towarzysz. Możesz próbować wszystkiego, wody, ognia, metalu, życzę szczęścia- Kisame patrzył na mnie z mieszanką zaciekawienia, podziwu i czegoś w rodzaju strachu, choć na pewno się nie bał.
- Zobaczysz, dziecinko. Lodowa zbroja szybko pęka.- Pokręciłam przecząco głową, pozwalając sobie na uśmiech.
- To nie tylko zbroja. Jeszcze tego nie zauważyłeś? On jest na zewnątrz mnie i wewnątrz, nie pozwoli mi zginąć, bo to tak jakby sam giną. Jestem ostatnią osobą, która potrafi stworzyć lód z niczego, to ja zapewniam mu przetrwanie- Wciąż nie był przekonany, widziałam to. Nie mogłam powiedzieć niczego więcej. Nie mogłam zdradzić mu więcej niż sam mógł się domyślić. Prawdziwa potęga tego żywiołu jest nie do powstrzymania. Wkrótce się o tym przekona, już niedługo, gdy wszystko wymknie się spod kontroli.
- Jutro zobaczymy ile potrafisz, dziecinko- powiedział, po czym zaśmiał się kpiąco i skierował do drzwi.
- Nie nazywaj mnie tak- warknęłam, choć wcale nie byłam zdenerwowana. Nie lubiłam, gdy ludzie nie odnosili się do mnie z szacunkiem, nic więcej. Kisame zaśmiał się jeszcze głośniej, po czym zniknął, zostawiając mnie samą. Mężczyzna sam w sobie był intrygujący. Ta pewność siebie, siła, która bez wątpienia w nim drzemała, jak w każdym z członków Akatsuki. Samehada przymocowana do jego pleców dawała sporo do myślenia. W przeciwieństwie do mojej partnerki nie był byle kim i właśnie dlatego nie chciałam mieć w nim wroga, chociaż w pojedynku mógłby nie okazać się tak silny. Przez chwilę zastanawiałam się czy powinnam sprawdzić jego umiejętności. Doszłam do wniosku, że to dobry pomysł, bo dopóki nie wiedziałam z kim miałam do czynienia, nie mogłam czuć się pewnie w organizacji, a prędko miałam z niej nie odejść, w zasadzie nigdy. Gdybym odeszła znaleźliby mnie i zabili, byli do tego zdolni, jeżeli ktoś mógł mnie uśmiercić to tylko któreś z nich. Na pewno nie Kisame, on posługiwał się wodnymi technikami, które z łatwością mogłam wykorzystać przeciwko niemu, samehada utrudniałaby mi walkę, ale nie przegrałabym. Hidan i Natręt również nie byli w stanie mnie zatrzymać, ale kto wie co z resztą. Co do jednej osoby nie miałam wątpliwości, Pain byłby w stanie mi zaszkodzić, Kakuzu pewnie też, reszta wciąż stała pod znakiem zapytania. Czułam się przy nich taka słaba, a przecież byłam potężna, przecież niczym się nie różniliśmy.
Wyszłam z pokoju i skupiłam się na obrazie przesyłanym przez śnieg do mojej głowy. Według niego powinnam skręcić w prawo i wejść po schodach. Wykonałam szybki skręt, wpadając na kogoś. Gdybym nie była tak skupiona, a on tak szybki nawet byśmy się nie spotkali. Cholera, niedobrze. Spojrzałam na wysoką, stojącą przede mną osobę. Był to mężczyzna ubrany w płaszcz organizacji. Nie odwrócił się w moją stronę, stanął bokiem, a po chwili, wciąż się nie ruszając, skierował na mnie swój wzrok. Czułam, że strach mnie paraliżuje. Kończyny powoli stawały się bezwładne, ale jeszcze stałam, wpatrując się w czerwone tęczówki mężczyzny. Sharingan, a więc to jest słynny Itachi Uchiha. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam, ledwo trzymałam swoje ciało w pozycji stojącej. Strach, który mnie wypełniał nie pozwolił mi na nic więcej. W skąpym świetle świec dostrzegłam jego złość, nienawiść, która emanowała z całej jego osoby. Już go nie było. Zniknął, a ja skierowałam się do schodów wciąż oszołomiona. Był przerażający, choć nie powiedział ani jednego słowa, nic mi nie zrobił, sprawił, że strach prawie mnie obezwładnił. Jego oczy, tak niezwykłe, pełne mrocznej potęgi. Zapukałam do drzwi Kisame, zauważając, że już do nich dotarłam. Wszystko było odruchem, instynktem, który mnie do nich prowadził. Tak już się działo, gdy ciało żyło, dusza była nieobecna.
- Wejść. - Głos dobiegający zza drzwi nie napawał mnie już strachem, teraz nic nie wydawało się tak groźne. Otworzyłam drzwi i spojrzałam w stronę mężczyzny, który siedział na łóżku pochylony nad Samehadą.
- O której zaczynamy? - spytałam, patrząc na niego wyzywająco. Teraz nie musiałam już czekać na misję, mogłam wypełnić ten czas walką, z prawdziwym przeciwnikiem.
Nie wiedziałam, jak znalazłam się w pokoju. Po ostatnich słowach Peina ogarnął mnie tak wielki strach, że mój umysł się zawiesił. Ciało przejęło nad nim kontrolę. Najpewniej wybiegłam z gabinetu lidera Akatsuki i instynktownie znalazłam drogę do pokoju, w którym się obudziłam. Mam nadzieję, że nie krzyczałam po drodze jak opętana.
Teraz leżałam skulona na łóżku i zastanawiałam się, która jest godzina. W południe miałam się wstawić w Sali Cienia. Nie wiedziałam po co. Pewnie w końcu dowiem się, dlaczego zostałam tu sprowadzona. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie czeka mnie nic oprócz śmierci. Albo zostanę zabita, bo nie będę chciała im pomóc, albo bo komuś się narażę. A nawet jeśli uda mi się przeżyć, to i tak zabiją mnie, kiedy przestanę być potrzebna. Już niedługo stanę się jedną z tych duchów, które przez całe swoje życie tak nękałam. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak się na mnie zemszczą, kiedy do nich dołączę.
Duchy... Przypomniałam sobie, że odkąd się obudziłam, nigdzie nie widziałam swoich zwojów. Pewnie mi je zabrali. Zbędne środki ostrożności. Byłam tak przestraszona, że nawet nie pomyślałam, żeby ich użyć. Ale teraz naprawdę by mi się przydały. Nie chodziło o to, że miałam zamiar przy ich pomocy jakoś uciec, czy coś w tym stylu. Po prostu chciałam z kimś porozmawiać. Nawet wyzwiska byłyby lepsze niż ta ogłupiająca cisza. Nie znosiłam ciszy. Sprawiała, że czułam się samotna, niechciana i nic nieznacząca.
Zaklęłam pod nosem i uderzyłam pięścią w poduszkę. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś teraz przy mnie był. Obecność drugiej osoby dawała mi siłę. Natomiast obecność duchów... pokazywała, że przede mną byli lepsi, których droga na tym świecie też się skończyła i nie jestem jedyną, która swoje życie zmarnowała.
Wstałam z łóżka. Musiałam się ruszyć. Gdybym jeszcze przez chwilę poleżała, zwariowałabym. Zaczęłam krążyć po pokoju, jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Tak też się czułam. Potrzebowałam wolności. Tak bardzo chciałam się stąd wydostać. Klaustrofobia tylko pogłębiała to pragnienie.
Moje serce przepełniał strach pomieszany z krystaliczną nienawiścią. Wszystko się we mnie gotowało. Wydawałoby się, że emocje zaraz rozniosą to pomieszczenie w drobny pył. Po co byłam im potrzebna? Nie byłam nikim wyjątkowym. Jak teraz o tym pomyślę to żałowałam, że opuściłam dom. Wolałabym już zostać kurą domową i usługiwać mężusiowi, który do końca życia wypominałby mi, jak to on dla mnie ciężko pracuję i jaka ja jestem niewdzięczna. Rodzice mięli rację. Do niczego innego się nie nadawałam. A teraz, przez swoją głupotę, tkwię w samym sercu piekła na ziemi - w siedzibie Akatsuki. Miałam ochotę krzyczeć. Ale najbardziej na świecie pragnęłam, żeby ktoś przy mnie był.
Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie naznaczyć tego pokoju i nie przywołać duchów ludzi, którzy tu umarli, ale po chwili namysłu stwierdziłam, że wiedza kogo tutaj zabili i w jakich męczarniach zginęła ta osoba nie pomoże mi przetrwać. Sprawiłaby tylko, że jeszcze bardziej bym spanikowała.
Jedynym wyjściem pozostają zwoje. Ale gdzie one do diabła są!
- Spokojnie Mei, uspokój się - powiedziałam, chcąc dodać sobie odwagi. - Histeria w niczym nie pomoże. Myśl logicznie.
Przecież nie mogli mi ich zabrać. Musieli zdawać sobie sprawę, że jeśli na dłużej stracę z nimi kontakt, to więź łącząca mnie z zamkniętymi w nich duchami zostanie przerwana, a dusze uciekną. Skoro byłam im potrzebna, nie mogli pozwolić sobie na taki uszczerbek w mojej sile. One musiały gdzieś tu być. W pokoju nie było prawie żadnych mebli, wątpiłam, żeby chciało im się montować tu jakieś skrytki, czy coś w tym rodzaju, więc nie miałam zbyt wielu miejsc do przeszukania. Najpierw zajęłam się stolikiem. Przewróciłam go do góry nogami i dokładnie obejrzałam. W słabym świetle nie za wiele mogłam dostrzec, więc polegałam na zmyśle dotyku. Kochałam drzewa. Potrafiłam rozpoznać prawie każdy ich rodzaj, ale tego, z którego zrobiony był stolik, nie znałam. Szybko wyrzuciłam te myśli z głowy i skupiłam się na szukania jakiejś szczeliny, wgłębienia, czegokolwiek. Po pięciu minutach znałam każdą rysę mebla, w dłoniach miałam powbijanych co najmniej z dziesięć drzazg, ale zwojów nie znalazłam.
Z niedowierzaniem odwróciłam się w stronę łóżka. Popatrzyłam na nie podejrzliwie i podeszłam bliżej. Czyżby moje zwoje leżały w najbardziej prymitywnej kryjówce jaką zna świat. Przecież to niedorzeczne. O członkach Akatsuki można było powiedzieć prawie wszystko, ale nie to, że są głupi.
A może oni wcale nie chcieli ukryć moich zwojów... A może nie myśleli, że będę ich szukać... A może wcale ich tu nie ma... Przez głowę przeleciały mi setki podobnych myśli. Jednak zmusiłam się, żeby odsunąć je na bok i po prostu schyliłam się. W dzieciństwie zawsze myślałam, że pod łóżkiem jest jakieś przejście do innego świata, i że jeśli tam spojrzę, to za mną pojawi się potwór i wepchnie w inny wymiar. Teraz ten strach powrócił. Wiedziałam, że jestem dziecinna, ale nic na to nie mogłam poradzić. Postanowiłam więc, jak najszybciej rozejrzeć się i wskoczyć na łóżko, żeby nic mnie nie porwało. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z absurdu tej sytuacji. Przecież ja, tak jakby, już zostałam porwana. Nie znajduję się przecież w siedzibie Akatsuki z własnej woli.
Uśmiechnęłam się sama do siebie i spojrzałam pod łóżku. Przez kilka sekund mój wzrok przyzwyczajał się do ciemności. Potem dostrzegłam jakieś ubrania i duże pudło stojące w samym rogu. Spróbowałam go dosięgnąć, ale było za daleko. Musiałam tam wejść. Wiedziałam, że niektóre dzieci uważają to miejsce za najlepsze schronienie na świecie. Nie mogłam pojąć, dlaczego. Przecież pole widzenia jest tu ograniczone i nie masz pojęcia, czy ktoś przypadkiem nie czai się na górze i nie zabije cię, przebijając łóżko mieczem lub nożem. To była czysta głupota. Ja wolałam wiedzieć, co mnie czeka i chciałam patrzeć w twarz swojemu katowi. Ale... gdybym tu została, może członkowie Akatsuki, nie znaleźliby mnie... Skarciłam się za tą niedorzeczną myśl. Oni wiedzą wszystko.
Szybko chwyciłam pudło w dłonie i zaczęłam wycofywać się spod łóżka. Jednak pośpiech nigdy nie działał na moją korzyść. Zbyt szybko podniosłam się i uderzyłam głową w ramę. W efekcie, jak długa z powrotem poleciałam na ziemię. Przed oczami pojawiły się mroczki i byłam pewna, że z tyłu głowy wyrośnie mi ogromny guz. Tylko tego jeszcze brakowało. Po prostu super.
Westchnęłam cicho i na kolanach podpełzłam do pudełka. Kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłam leżące na samym wierzchu zwoje. Złapałam pierwszy z brzegu i przytuliłam do szyi. Niemal słyszałam, jak duch w nim zamknięty, szepcze do mnie słowa obelgi.
Jak najszybciej wyjęłam resztę zwojów i rozłożyłam przed sobą na podłodze. Sam dotyk znajomego przedmiotu mnie uspokajał, leczył poszarpane nerwy. W pudle znalazłam tez całe mnóstwo świec. Nie zastanawiając się długo, złapałam kilka z nich i porozstawiałam po całym pokoju. Możliwe, że później przez wiele dni będę musiała siedzieć w ciemnościach, ale w tej chwili potrzebowałam otuchy jakiej może udzielić tylko światło. Potem usiadłam z powrotem przed zwojami i z obłąkanym uśmiechem na ustach parę razy przesunęłam po nich dłonią, zanim zdecydowałam, którego przywołać. Wybrałam tego, którego jako pierwszego wyjęłam z pudełka. Był to duch mogący wykonywać techniki w oparciu o chakrę natury wiatru.
Nie wiedziałam, jakie nosił imię za życia. Nigdy nie pytałam. Uznawałam to za zbyt wielkie naruszenie prywatności. A poza tym, myślę, że gdybym wiedziała , jak się nazywali to nie potrafiłabym traktować ich jak zwykłe przedmioty służące do walki i zabijania. Utożsamianie ich z konkretnymi osobami, które miały rodzinę, może dzieci, na pewno nie pomogłoby mi w życiu.
Podniosłam zwój i rozwinęłam go. Przez chwilę wpatrywałam się bezmyślnie w wyryte tam znaki. Po plecach, jak zawsze w takiej chwili, przeszły mnie dreszcze i już wiedziałam, że przede mną stoi mężczyzna odziany w długi biały płaszcz. Nie podniosłam jednak wzroku. Przez chwilę chciałam się napawać samą jego obecnością. Nie byłam sama.
- Czego chcesz? - zapytał w końcu zniecierpliwiony. Jego słowa jak zwykle ociekały jadem.
Czego od niego chciałam? Żeby po prostu był. Ale przecież tego mu nie powiem. Musiałam szybko coś wymyślić, bo jeżeli duch wyczułby, że w tej chwili jestem słaba, niezdecydowana, to może spróbowałby się uwolnić. Wiedziałby, że po tym co przeszłam, nie będę w stanie go zatrzymać. Wykorzystałby okazję. Nie mogłam sobie pozwolić, na utracenie tak potężnej broni jak on.
- Potrzebuję informacji - powiedziałam najpewniejszym głosem na jaki było mnie w tej chwili stać.
- Oczywiście - wysyczał duch. - Czego innego można się spodziewać po takiej idiotce jak ty? Niczego nie potrafisz załatwić sama. Wykorzystujesz ludzi, który już swoje na tym świecie wycierpieli, bo nie potrafisz sobie poradzić z najprostszymi sprawami.
Wiedziałam, że ma rację. Byłam słaba. Chciałam udowodnić wszystkim, że sobie poradzę, niestety bez ,,pomocy" duchów nigdy bym nie przetrwała tych kilku lat po opuszczeniu domu. Jednak do tej pory byłam pewna, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym nie będę ich tak rozpaczliwie potrzebować. Niestety teraz już wiedziałam nie mogłam się łudzić. Wykorzystam duchy aby przetrwać tu jak najdłużej, aby jak najdalej odroczyć godzinę swojej śmierci. Postanowiłam nie mieć skrupułów.
- Chcę wiedzieć jak najwięcej o człowieku, którego nazywają Sasori. - Byłam dumna z tego, że mój głos nie zadrżał przy wypowiadaniu jego imienia.
- Mogłabyś go po prostu zapytać, idiotko! - wrzasnął duch, a potem wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw pod moim adresem.
Udawałam, że nie słucham. Choć tak naprawdę, każde jego słowo odczuwałam, jak pchnięcie nożem w brzuch.
- Masz dziesięć minut - warknęłam, przerywając mu.
Duch rzucił mi nienawistne spojrzenie i po chwili zniknął.
Tak naprawdę nie chciałam wiedzieć absolutnie nic o tym całym Sasorim, nienawidziłam go, ale potrzebowałam preteksty, żeby móc zatrzymać przy sobie ducha. Ten temat równie dobrze nadawał się do rozmowy, jak każdy inny.
Przez kilka minut siedziałam nieruchomo na podłodze kompletnie o niczym nie myśląc. To była miła odmiana po godzinach zadręczania się wspomnieniami i zastanawiania się, co ze mną zrobią, kiedy przestanę być im potrzebna. Mój umysł mógł w końcu odpocząć. Chciałam, żeby ten stan odrętwienia trwał jak najdłużej. Jednak wkrótce powrócił duch. Zbyt szybko. Mogłam dać mu więcej czasu. Ale wtedy myślałam, że te dziesięć minut będą dłużyć mi się w nieskończoność. Nie wiedziałam, że świadomość, że za chwilę z kimś porozmawiam da mi tyle spokoju.
Duch znów odezwał się pierwszy.
- Długo masz zamiar mnie jeszcze tu trzymać? Może w końcu zapytałabyś, czego się dowiedziałem i pozwoliłabyś mi odejść? - zapytał głosem tak przesyconym nienawiścią i pogardą, że aż się wzdrygnęłam.
Podniosłam na niego wzrok i skinieniem głowy dałam mu znak, że może mówić.
- Jedyny Lalkarz w Akatsuki - zaczął duch. - Tworzy lalki, a potem nimi steruje, potrafi przerobić ludzkie ciała na marionetki. Używa też techniki medicjutsu. Doskonale zna się na truciznach i odtrutkach. Jego rodzice zginęli na misji. Wychowywała go babcia. Nie udało mi się zdobyć żadnych informacji na temat bliskich osób. Prawdopodobnie nikt taki nigdy nie istniał.
Patrzyłam z otwartymi ustami na stojącą przede mną postać. Mówił zimnym, twardym głosem, jakby przekazywał mi informację na temat kamienia leżącego na pustyni. W ciągu dziesięciu minut dowiedział się o Sasorim więcej niż ja, prawdopodobnie, dowiem się do końca swojego marnego życia.
- Ile ma lat? - wydukałam w końcu, chcąc cokolwiek powiedzieć.
Mężczyzna przewrócił oczami.
- Trzydzieści pięć.
- Co?! - wyrwało mi się
- Głucha jesteś? Nie mam zamiaru tracić swojego cennego czasu, bo jakaś debilka nie zna się na liczbach - warknął.
Ale ja już go nie słuchałam.
Trzydzieści pięć... Trzydzieści pięć... Jak to możliwe? Lalkarz... Skorpion... Oczy... Ból... Obojętność... Okrucieństwo... Sasori.
To on mnie tutaj sprowadził. Nienawidziłam go. Chciałam, żeby umarł... Nie, nie chciałam jego śmierci. Nie chciałam śmierci nikogo. Każdy zasługuje na życie. Nawet on. Nie miałam prawa nawet pragnąć, żeby ktokolwiek opuszczał ten świat. Zwłaszcza, że mi samej tak często powtarzano, że powinnam to zrobić.
Wstałam z podłogi i ruszyłam w stronę drzwi. Prawdopodobnie już dawno powinnam być w Sali Cienia. Starałam się ignorować wrzeszczącego za mną ducha. Był wściekły, chciał żebym go już wypuściła. Jednak ja potrzebowałam jego obecności. Nie mogłam znowu zostać sama. Nie kiedy wkroczę w te ciemne korytarze. A poza tym był świetnym wojownikiem. Gdyby coś poszło nie tak, miałabym możliwość obrony.
- Chodź - szepnęłam cicho, nawet nie odwracając się w jego stronę.
Wiedziałam, że musi mnie posłuchać. Jak na razie miałam nad niem pełną władzę. Gorzej będzie, gdy moja chakra się wyczerpie.
Tym razem korytarze nie wydawały się tak przerażające. Pewnie dlatego że teraz gdzieniegdzie były poustawiane świece. A może po prostu nie byłam sama?
Szłam przed siebie, starając się nie zgubić. Kilka razy musiałam prosić ducha o pomoc. Za każdym razem dostawałam za karę piękną wiązankę przekleństw. W końcu jednak dotarłam na miejsce. Stanęłam przed wejściem do Sali Cienia. Nie było tu drzwi, tylko wielki prostokątny otwór wykuty w ścianie. Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś były tu wrota, ale zostały wyważone, podczas którejś ze sprzeczek. Zdobyłam się na odwagę i spojrzałam w głąb pomieszczenia. Serce na chwile stanęło mi ze strachu. Jedyne, co widziałam w środku to wielki pomnik. Zasłonięte oczy, rozłożone dłonie. Powinnam coś o nim wiedzieć.
- Demoniczna statua zewnętrznej ścieżki - wysyczał mi do ucha duch. - Zabiją cię tu.
Miał rację. Nie miałam już gdzie uciec. Przytrzymałam się ściany, żeby nie upaść. Mój oddech stał się płytszy. Już po mnie. Zza placów dobiegł mnie drwiący śmiech ducha.
- Nie bój się ich - powiedział. - Lepiej martw się, co cię spotka, kiedy oni już z tobą skończą.
Zignorowałam go. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby wszyscy pomyśleli, że jestem wariatką. Zacisnęłam zęby i weszłam do środka. Nikt nawet nie zauważył mojego przybycia. Odetchnęłam z ulgą. Wiedziałam, że się spóźniłam. Stanęłam pomiędzy dwoma mężczyznami. Obaj byli sporo ode mnie wyżsi, co tylko powiększyło mój strach. Przesunęłam wzrokiem po zebranych. Wszyscy ubrali czarne płaszcze. Chciałam sprawdzić, czy tylko ja się spóźniłam... Nie uwierzyłam. Policzyłam jeszcze raz i znowu to samo. Niemożliwe. Wiedziałam, że Akatsuki ma dziesięciu członków, a w kręgu, oprócz mnie, stało ich jedenastu.
Usłyszałam głos lidera. Spojrzałam w jego kierunku. Stał tuż pod statuą. Nie słuchałam tego, co mówił. Zajęłam się gapieniem na każdego, kto był w zasięgu mojego wzroku. W gardle miałam wielką gulę. Modliłam się, żeby nie wybuchnąć płaczem. Stałam wśród zabójców. W każdej chwili moja głowa mogła zostać oddzielona od reszty ciała i potoczyć się po podłodze.
W uszach mi szumiało, ledwie słyszałam głos lidera. Nie mogłam się jednak na nim skupić. Jak przez mgłę dotarło do mnie, że do organizacji dołączyła jedna osoba, a kolejna będzie przez jakiś czas im pomagać. Mówił o mnie... I o kimś jeszcze. O kim?
Mój wzrok padł na dziewczynę stojącą naprzeciw mnie. Ona. Tak. Ona wyglądała normalnie... Nie!
Ona wyglądała NORMALNIEJ od całej reszty. Bo nikt noszący płaszcz Akatsuki nie może wyglądać normalnie. W każdym razie była tu nowa, tak jak ja. Powinnam się jej trzymać.
Jeszcze raz popatrzyłam jej w oczy, a ona odwzajemniła moje spojrzenie. Była silna. Cholernie silna. Przerażała mnie. Nie miała nic do stracenia. Była podobna do NICH. Ale nie taka sama. Inna. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle. Będę musiała na nią uważać. Jeszcze przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem, a potem spuściłam głowę.
No, dobra. Uspokoiłam się trochę. Teraz trzeba wrócić do rzeczywistości i dowiedzieć się czego ode mnie oczekują. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w opanowany głos Peina.
- Mei Hayashi, choć nie jest pełnoprawnym członkiem organizacji, stworzy parę z Aisu. Oczekuję, że będą się wzajemnie pilnować. Za dwa dni wyruszają na misję. Do tego czasu będą trenować.
Lider chyba nie miał już nic więcej do powiedzenia. Wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić. Każdy szedł w swoją stronę. Parę osób rozpłynęło się w powietrzu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przecież niektórzy w tym czasie wykonują misję, a na zebranie przybyli jako hologramy. Tylko ja stałam ciągle na swoim miejscu. Otaczały mnie potwory. Każdy z nich był gotów zabić bez zastanowienia. Wbrew swojej woli spoglądałam w ich twarze. Jeden miał dziwne, czerwone oczy, mogące przejrzeć wszystko i każdego. Bałam się go... Inny przypominał ludożerczą roślinę - jego też się bałam. Zakryta twarz, usta na dłoni, ręka zmieniająca się w kartkę papieru... Miałam ochotę krzyczeć. Wydawało mi się, że to tylko sen. Że zaraz się obudzę pod jakimś drzewem, wstanę i dalej będę zmuszona iść przed siebie. Jednak nie miałam już, gdzie uciec. Nie było dla mnie nadziei. Nawet śmierć nie mogła mnie wybawić. Mój los został przesądzony, kiedy wyszłam z domu, zostawiając za sobą rodzinę i bezpieczeństwo. Ani na tym świecie, ani na tamtym nie było nikogo, kto by chciał mi pomóc. Byłam sama. Sama. W piekle.
Wciągnęłam ze świstem powietrze. Znów zaczynałam wpadać w panikę. I wtedy je zobaczyłam... Te oczy. Mijał mnie. Nasze spojrzenia spotkały się tylko na chwilę. Ale to wystarczyło, żeby ogarnęła mnie wściekłość. Jak on może po tym wszystkim patrzeć mi w oczy? Mógłby mieć, choć tyle przyzwoitości, żeby omijać mnie szerokim łukiem. Nagle coś sobie uświadomiłam. Przecież od jutra zaczynam z nim trening... Staniemy twarzą w twarz i... Nawet nie chce sobie wyobrażać, co może mi zrobić, kiedy go zdenerwuję.
Potrząsnęłam głową i rozejrzałam się za dziewczyną, której przyglądałam się podczas przemowy Peina. Nigdzie nie mogłam jej dostrzec.
- Zaprowadź mnie do niej - szepnęłam, ledwo poruszając wargami.
Duch miał chyba cichą nadzieję, że o nim zapomniałam. Ta... jakby można było zapomnieć o czymś, co cały czas pochłania twoją chakrę. Nie był zadowolony z faktu, że znów proszę go o pomoc, jednak nie kłócił się. Pobytem na ziemi był równie mocno wyczerpany, jak ja trzymaniem go tu. Rzucił mi wściekłe spojrzenie i zniknął w ciemnym korytarzu. Podążyłam za nim.
Wydawało mi się, że idę ta samą drogą co wcześniej. Nie miałam jednak pewności. Byłam w siedzibie Akatsuki. Tutaj niczego nie można być pewnym.
Korytarze wydawały się być niekończąca dziurą. Starałam się stąpać ostrożnie, jakby każdy krok miał zbudzić mieszkającego w tym miejscu ducha. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z absurdalności tego stwierdzenia. Nie mogłam nie uśmiechnąć się pod nosem. Mimo całej tej sytuacji, niebezpieczeństwa, w którym się znalazłam i strachu, ciągle potrafiłam się uśmiechać. To graniczyło z cudem. Nie! Z cudem graniczył fakt, że jeszcze żyłam. Ale to już niedługo się pewnie zmieni. No cóż... Musiałam się pogodzić z tym, że śmierć czeka tuż za rogiem.
Jak na ironie przede mną pojawił się zakręt. Duch przystanął przy pierwszych drzwiach.
- To tutaj? - wyszeptałam, starając się uspokoić oddech.
- Nie, idiotko, w Kraju Śniegu - warknął. - Skoro się tu zatrzymałem to chyba logiczne, że jesteśmy na miejscu. Uwierz mi, nie należysz do osób, na których wszyscy czekają, żeby tylko móc spędzić z nimi trochę więcej czasu.
Westchnęłam cicho i położyłam dłoń na klamce. - Ej, może byś mnie tak, z łaski swojej, wypuściła? - syknął. Zignorowałam go. Zawsze to robiłam. Nie było innego sposobu, żeby nie zwariować. Weszłam do pokoju i szybko rozejrzałam się dookoła. Nie różnił się zbytnio od mojego. Takie samo małe okno, takie samo łóżko, taka sama niewielka przestrzeń. I wtedy mój wzrok padł na komodę... Przymknęłam oczy, próbując lepiej jej się przyjrzeć w półmroku. No super! Ona miała gdzie trzymać ubrania, a moje muszą walać się pod łóżkiem.Co za jawna niesprawiedliwość. I to tylko dlatego, że ona jest lepszym zabójcą.
W pomieszczeniu było przeraźliwie zimno, a wszędzie wirowały białe drobinki. Wydawało mi się, że widziałam je wcześniej na korytarzu, ale było zbyt ciemno, żebym mogła być pewna.
Zamknęłam za sobą drzwi i zdałam sobie sprawę, że zapomniałam zapukać. Przygryzłam nerwowo wargę. Czyżby to był koniec mojego marnego życia?
Aisu Sugi stała przy oknie, odwrócona do mnie plecami. Zebrałam się na odwagę i postąpiłam dwa kroki do przodu.
To był błąd.
Jeden z największych jakie do tej pory popełniłam.
W jednej sekundzie słałam na środku pokoju, a w drugiej byłam przyszpilona przez lód do ściany. A więc na tym polega jej technika... Nigdy nie słyszałam o nikim posługującym się Uwolnieniem Lodu. Nie byłam specjalistką w tej dziedzinie, ale sporo się naczytałam, próbując uświadomić sobie kim jestem. Jednak ani razu nie natknęłam się na tą technikę. Podziw prawie całkowicie przesłonił mi strach. Prawie...
- Cześć! - powiedziałam, starając się nie zwracać uwagi na zimno ogarniające całe moje ciało. - Ty pewnie też jesteś tu nowa. Jestem Mei Hayashi. Z tego, co zdążyłam usłyszeć od lidera, to mamy razem wyruszyć na misję.
Ona, zapewne, też o tym słyszała. Pein mówił to przy wszystkich. Jednak ja musiałam coś powiedzieć. Chciałam, choć trochę, poznać osobę, od której będzie uzależnione moje życie. Chciałam ukryć swój strach. Chciałam sama sobie udowodnić, że mimo wszystko jestem silna. Chciałam zasłużyć na śmierć.
- Dobrze się składa. Nie chciałaby nigdzie iść z osobą, która jest członkiem Akatsuki od lat. Takie miejsce jak to, zmienia ludzi. Trzeba bardzo uważać. Wiesz, nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek będę miała styczność z tą organizacją, ale los bywa nieprzewidywalny. Będziemy musiały sobie jakoś radzić. Nie wiem jak ty, ale ja się strasznie boję. A to miejsce, jeszcze tylko bardziej mnie przeraża. Nie mogę się doczekać, aż wyruszymy na misję. Pewnie dadzą nam na początek coś łatwego. Może będziemy musiały złapać jakieś rzadkie zwierzę, czy ochraniać kogoś ważnego. Nie jestem pewna, czy oni dokładnie tym się zajmują, ale jakoś sobie poradzimy. Mam nadzieję, że nie każą nam nikogo zabijać. Nie dałabym rady. Nie lubię posyłać ludzi na inny świat. Znaczy, jeszcze nigdy tego nie zrobiłam, ale wydaje mi się, że nie polubiłabym tego uczucia. Zresztą, nieważne. Ważne, że nie będziemy tam same. Umarłabym ze strachu, gdyby kazali mi iść w pojedynkę. Jeszcze gorzej byłoby, gdyby szedł ze mną ktoś z nich. Chyba sama skoczyłabym z klifu, jeśli miałabym przebywać z którymś z tych morderców. Oni nie szanują ludzkiego życia. To straszne. Nie wiem, jak można patrzeć w lustro ze świadomością, że twoje ręce są splamione krwią. Nie wytrzymałabym, czegoś...
- Zamknij się.
Przerażona zamarłam z otwartymi ustami. Aisu miała cichy, hipnotyzujący głos. Zimny jak lód. Zimny jak ona sama. Nie odwróciła się w moją stronę. Nawet się nie ruszyła.
Lód powoli zaczął ustępować. Najwyższy czas. Powoli zaczynałam tracić czucie w kończynach. Opadłam na podłogę. Czułam się dziwnie. Byłam wyczerpana.
- Ja już pójdę - szepnęłam, ledwie poruszając wargami.
Oparłam się o ścianę, wstałam i jak najszybciej opuściłam to pomieszczenie. Przeszłam kilak kroków ciemnym korytarzem, gdy uświadomiłam sobie, że nie wiem jak trafić do swojego pokoju. Rozejrzałam się w poszukiwaniu ducha. Był tam. Metr ode mnie. Jak mogłam go wcześniej nie zauważyć? Coś było nie tak. Uważniej mu się przyjrzałam. Był prawie przezroczysty! Wcześniej widziałam go tak wyraźnie, jak każdą żywą osobę.
- Zaprowadź mnie do pokoju - poleciłam, starając się nie okazywać ile wysiłki kosztuje mnie utrzymywanie go przy sobie.
Bez słowa poleciał w stronę kolejnych drzwi. Co za ulga. Nie wiem, czy dotarłabym na własnych nogach gdzieś dalej. Przebycie tych kilku metrów było dla mnie trudne.
Szarpnęłam za klamkę. Nic. Pociągnęłam mocniej. Dalej nic. Stojący obok duch zanosił się głośnym śmiechem, ale tego też nie słyszałam tak wyraźnie jak kiedyś.
- Może byś tak nacisnęła tą klamkę, debilko? Chyba że próbujesz ją wyrwać.
Przełknęłam ślinę. Wszystko mnie bolało, nie mogłam logicznie myśleć. Posłuchałam jednak rady ducha i po chwili siedziałam oparta o drzwi swojego pokoju.
- No maleńka, teraz my zaczniemy zabawę. - Usłyszałam nad swoim uchem złowrogi szept.
Poderwałam się na równe nogi, tylko po to, żeby po chwili znów upaść na podłogę. Czyjaś dłoń uderzyła mnie w twarz.
- Stój! - wrzasnęłam, wyciągając przed siebie dłoń. - Nie możesz mi nic zrobić. Jestem twoją panią. Masz mnie słuchać.
Jako odpowiedź dostałam wybuch śmiechu i kolejny cios. Tym razem w brzuch. Zwinęłam się z bólu.
- Jaka ty jesteś głupia... - zaczął duch. - Nie wyczułaś nawet, że Aisu Sugi kradnie ci chakrę. Byłaś zbyt zajęta swoją marną paplaniną. Nic nie możesz mi już zrobić. Jesteś żałosna.
Prawdziwość każdego zdania potwierdzał uderzeniem. Chwytałam spazmatycznie powietrze. Starałam się zwinąć w kłębek, ale nie dał mi takiej możliwości. Zacisnęłam zęby. Musiałam to coś zrobić. Z jednej strony chciałam pozbyć się ducha, mogłam po prostu odciąć dopływ chakry, ale z drugiej - nie mogłam sobie pozwolić na nawet minimalne uszczuplenie mojej siły. Zebrałam się w sobie i zaczęłam czołgać w stronę łóżka. Uznał to chyba za próbę uniknięcia jego ciosów i bił jeszcze mocniej. Dobrze, niech myśli, że nie wiem, co robić, że jestem przerażona i zmęczona. Prawdę mówiąc, byłam, ale nie na tyle, żeby stracić wolę przetrwania.
Jeszcze tylko kilka centymetrów, już prawie. Mam!Chwyciłam zwój obiema rękami i skierowałam w stronę atakującego. Po chwili byłam już sama w pokoju. W gardle miałam olbrzymią gulę. Chciało mi się płakać, ale nie miałam siły nawet na to. Położyłam głowę na podłodze i po chwili już spałam.
Aisu
Nie zmrużyłam oka. Siedząc przy jedynym oknie znajdującym się w pokoju, próbowałam odpierać zalewające wspomnienia. Było tego wiele, zbyt wiele jak na dwa dni bez snu. Wszystko wracało do mnie falami. Śmierć rodziców, własne przekleństwo, lata samotności, pojawienie się nadziei i jej równie szybkie zniknięcie. Tak bardzo chciałam poczuć ból jaki odczuwałam, gdy to wszystko się działo. Byłam z nim tak silna, tak potężna i właśnie wtedy, gdy osiągnęłam szczyt swoich możliwości wszystko zniknęło. Znów byłam sama, bez rodziny, przyjaciół, bez bólu. Spojrzałam na swoje odbicie w szybie zastanawiając się, czy obojętność kiedyś odejdzie. To wszystko było jak znikanie, zatracanie cząstki osobowości, z każdym dniem większej, i zastępowanie jej prawdziwą pustką. Otworzyłam okno, bez chwili zastanowienia wyskoczyłam, z gracją lądując na pustynnym piasku. Patrzenie w przeszłość niczego nie zmieniało, ale było zbyt uzależniające, bym mogła przestać. Mimo skrajnego wyczerpania musiałam się do tego zmusić, a jedynym sposobem był trening, ćwiczenia ponad swoje siły. Rozejrzałam się upewniając się, że teren jest czysty i zaczęłam. Ataki, uniki, szybkość, moc szlifowałam wszystko, po kolei, najlepiej jak umiałam, dając się złapać w wir walki. To było zbyt mało. Wciąż, z każdym dniem, z każdą chwilą słabości potrzebowałam większej siły. Uniosłam ręce wysoko do góry i czekałam. Po chwili piasek pod moimi stopami zaczął drżeć aż rozstąpił się, a jego miejsce zajął lśniący, krystalicznie czysty i niesamowicie twardy lód. Opuściłam ręce i rękawem otarłam pot z czoła. Choć miałam w sobie ogromne pokłady chakry utrzymywanie w pozycji stojącej swojego zmarnowanego ciała wiele mnie kosztowało. Spuściłam głowę, skupiając wszystkie swoje myśli na ogromnej ilości stworzonego lodu, który unosił się stopniowo i tworzył wielką falę przekształcającą się we mnie, powiększoną do niebotycznych rozmiarów. Chciałam spojrzeć na swoje dzieło, w swoje oczy zaatakowane pustką, ale nie mogłam. Poleciałam do przodu, z głuchym dźwiękiem uderzając o lód. Znów ten sam scenariusz. Byłam przyzwyczajona do upadków do tego stopnia, że już nie bolało, nic mnie nie bolało. Cholera. Nie mogłam się ruszyć, po raz kolejny nadużyłam Kekkei Genkai, tym samym wywołując paraliż całego ciała. Lód nie znikał, w tej chwili zdałam sobie sprawę, że znów wymknął się spod mojej kontroli. Zaczęło się robić zimno, a dźwięk, który słyszałam nie był mi obcy. Wszystko dookoła mnie zaczęło zamarzać. Doświadczyłam tego trzy razy w życiu, zawsze gdy byłam bezbronna. Lód pokrywał wszystko, by zapewnić mi bezpieczeństwo, atakował każdego napotkanego na swojej drodze, bez względu na moją wolę. Próbowałam się poruszyć, ze wszystkich sił, wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, ale jedyne, co udało mi się zrobić to, na ułamek sekundy unieść powieki. W chwili, w której moje ciało zaczęło drżeć z zimna poczułam, że unoszę się w powietrzu. Przez moment zastanawiałam się, czy nie jestem unoszona przez lód, jednak stopniowo zaczynało docierać do mnie ciepło, ludzkie ciepło. Ktoś mnie podnosił, to była moja ostatnia myśl nim straciłam przytomność.
Powoli wybudzałam się ze snu, choć mocno się przed tym broniłam. Stopniowe odzyskiwanie świadomości było przykrym powrotem do otaczającego mnie świata, świata pełnego krwi, morderców i śmierci. Ostrożnie otworzyłam oczy, przygotowana na nagły napływ światła, którego nie było. Dookoła mnie panował przytulny półmrok. Rozejrzałam się powoli, zauważając, że pod ścianą, na krześle siedzi jakaś postać.
- Nieźle nas wystraszyłaś, dziecinko. Gdybyśmy nie wracali z misji byłoby już po tobie. - Niski, męski głos, który usłyszałam utwierdził mnie w przekonaniu, że wciąż znajduję się w siedzibie Akatsuki.
- Kim jesteś - spytałam, unosząc się do pozycji siedzącej. Mężczyzna wstał, a nade mną zawisł wielki, mroczny cień. Jak każdy z członków organizacji ubrany był w czarny płaszcz, ale wyglądem nie przypominał zwykłego człowieka. Jego skóra była niebieska, a oczy niewielkie, ponadto miał skrzela. Wyglądał trochę jak... rekin.
- Może najpierw, dziękuję za uratowanie życia - powiedział, uśmiechając się z niezwykłą pewnością.- Kisame Hoshigaki - dodał po chwili, poszerzając uśmiech, którego nie odwzajemniłam.
- Nic, by mi nie było - odparłam i wstałam z łóżka. W głębi duszy dziękowałam mu za pomoc, ale nie chciałam mówić tego na głos. Co za dużo to niezdrowo. Skinęłam do niego głową, po czym skierowałam się do drzwi zupełnie tak, jakbym przed chwilą nie była zmorzona snem, zupełnie jakbym wiedziała i miała gdzie iść.
- Nie tak szybko dziecinko, lider kazał nam spotkać się w Sali Cienia, gdy odzyskasz przytomność. Niedługo wieczór, nie możemy dłużej czekać. - Spojrzałam na niego, wzdychając ciężko. Szykował się długi dzień.
- Prowadź - powiedziałam gotowa na szarpnięcie za ramię i ciągnięcie zawiłymi korytarzami. Nic takiego się nie wydarzyło, zamiast tego Kisame otworzył drzwi, puszczając mnie przodem. Przez chwilkę zastanawiałam się, czy to co widzę przy jego plecach to, to o czym myślę. Samehada powiedziałam w myślach, uświadamiając sobie równocześnie, że mimo swoich manier niczym nie różni się od innych członków Akatsuki, w tym także ode mnie. Wszyscy robią co muszą żeby przetrwać, czepiają się usilnie życia, a ono daje nam nowe, coraz to lepsze szanse, nadzieje dzięki, którym żyjemy. Jakby śmierć była czymś złym... Ruszyłam korytarzem, próbując odnaleźć się w półmroku. Analizowałam, oglądałam, dotykałam, robiłam wszystko, by zapamiętać choć w małym stopniu drogę, którą wskazywał mi mężczyzna.
- Właściwie to jak masz na imię - spytał, gdy schodziliśmy po schodach. Zatrzymałam się i odwróciłam twarzą do niego. Nie sądziłam, że może mnie nie znać skoro kazano mnie tu ściągnąć.
- Aisu Sugi - powiedziałam, obserwując jego reakcję. Najwyraźniej nie miał pojęcia kim jestem, bo patrzył na mnie pytająco. - Morderczyni z Kraju Śniegu - dodałam, a jego twarz rozjaśniła się i po chwili wpłynął na nią szeroki uśmiech.
- Więc to ty, nie sądziłem, że kiedykolwiek się spotkamy. Witaj w Akatsuki, Aisu.- Wydawał się szczerze rozbawiony, czego ja nie rozumiałam. Nie było w tym nic śmiesznego. Wyciągnął do mnie rękę, w której trzymał czarny połyskujący materiał. Płaszcz Brzasku.
- Załóż to i dopóki jesteś jedną z nas nie zdejmuj. - Wykonałam jego polecenie zauważając, że rękawy kończą się tam, gdzie moje palce, gdy wyciągam przed siebie rękę, a kołnierz sięga do połowy policzka. Zupełnie jakby był szyty na miarę. Zapewne był, cholerna organizacja, zawsze krok przed wszystkimi.
Dotarliśmy do Sali Cienia. Spodziewałam się czegoś bardziej mrocznego, tymczasem wnętrze oświetlone było przez setki małych świec. Kisame ruszył przodem i zajął miejsce w kręgu, a ja patrzyłam na nich z lekkim uśmiechem skrytym pod płaszczem. Stali przede mną, cała potężna dziesiątka.
- Dołącz do kręgu - niski, mroczny głos Paina odbijał się echem od ścian. Moje ciało pokryła gruba warstwa lodu, a po sekundzie zniknęła. Stałam teraz obok Kakuzu i Hidana, zajmując jedenaste miejsce. Statua wznosząca się za plecami lidera na chwilę odwróciła mój wzrok od zebranych. Przerażająca. Cholerny strach, czemu akurat on musiał zostać?
- Tobi, gdzie ona jest - powiedział lider najwyraźniej zniecierpliwiony. Ona? Jaka ona? Spojrzałam na Konan, która, jak wynikało z moich źródeł, była jedyną kobietą w Akatsuki. Więc o to chodzi... Będzie ciekawie.
Nie musiałam czekać długo, by część moich przypuszczeń się potwierdziła. Wkrótce usłyszałam powolne kroki, które w końcu umilkły. Kimkolwiek była zatrzymała się, ale. Nie minęła jednak sekunda, gdy w progu pojawiła się niska, czarnowłosa dziewczyna. Nie przyglądałam się jej długo. Nie miała płaszcza, nie była członkinią, nie była nikim ważnym. Zastanawiałam się tylko kiedy chcą ją zabić, przed czy po spotkaniu.
- Jak wiecie przebywają tu z nami dwie nowe osoby. Część z was wie kim są. Pomogą nam w osiągnięciu celu, dwie wspaniałe bronie w naszych rękach. Już niedługo przejmiemy władzę...- Nie słuchałam długo. Czekałam aż Pain przejdzie do konkretów. Domyślałam się, co jest ich celem i czemu się tu znajduje, choć z drugiej strony wiedziałam, że to wszystko nie może być takie proste. Spojrzałam przed siebie, natrafiając na spojrzenie nieznajomej dziewczyny. Nie pasowała tu. Słaba, taka słaba. Wystarczyłby tylko jeden ruch ręką żeby ją uśmiercić. Tak mało... Żałosne. Żałosne było jej zachowanie, żałosny był strach w jej oczach, żałosna była jej słabość.
- Aisu Sugi, morderczyni z Kraju Lodu. Jedyna żyjąca osoba, która posługuje się uwolnieniem lodu.- Wszystko co mówił lider było takie bezsensowne, niepotrzebne. Dobrze wiedzieli kim jestem, kolejnym pionkiem w tej piekielnej grze, jedną z nich.
- Mei Hayashi, choć nie jest pełnoprawnym członkiem organizacji, stworzy parę z Aisu. Oczekuję, że będą się wzajemnie pilnować. Za dwa dni wyruszają na misję. Do tego czasu będą trenować.- W tym momencie skończyło się moje fantazjowanie o zabiciu tej małej dziewczynki. Cholerne żarty. Nie, to nie był dowcip, którego nie mogłam zrozumieć. Nikt się nie śmiał. Na prawdę miałam ruszać do walki z dzieckiem. Przygryzłam wargę, z której po chwili zaczęła lecieć ciemnoczerwona ciecz. Wsiąkała w płaszcz. A więc już był splamiony. Moją własną krwią.
Zebranie dobiegło końca. Lider niczego więcej nie powiedział. Nie sprzeciwiałam się. Patrzyłam jak wszyscy znikają lub rozchodzą się w różnych kierunkach, ja wybrałam ten pierwszy sposób, w ułamku sekundy przenosząc się do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku, nerwowo wykręcając palce i słuchając coraz głośniejszych trzasków. Ból pękniętych kości, jakie to ludzkie. Uśmiechnęłam się pod nosem wniebowzięta tym uczuciem, ale i to nie trwało długo. Moje ręce pokryła warstwa lodu, która skutecznie uniemożliwiła mi dalsze łamanie. Gdybym mogła pewnie byłabym zdenerwowana tym, że nie mogę się nawet lekko uszkodzić, a co dopiero zabić. Przez chwilę patrzyłam na wirujące w powietrzu, maleńkie płatki śniegu. Takie niewinne, jak kurz. W rzeczywistości to dzięki nim kontrolowałam ruch każdej osoby znajdującej się obecnie w siedzibie. Wstałam i podeszłam do okna, za nim też wirowały śnieżynki, wszystko było pod moją kontrolą. Wspaniale, w okolicy znajdował się jakiś shinobi. Kącik moich ust nieznacznie uniósł się do góry, gdy poczułam przypływ nowej chakry. To również potrafiłam robić. Wykorzystując padający, czy też wirujący śnieg pobierałam chakrę osoby, której dotykał. Oczywiście nie zostawiałam mu niczego, a sama rosłam w siłę. Tym razem przerwałam. Przed moimi drzwiami znajdowała się jakaś osoba, jej kroki słyszałam już wcześniej.
Mei Hayashi wkroczyła do mojego pokoju, nawet nie pukając. Co prawda dobrze wiedziałam, że tam jest, nawet gdyby zapukała nie odezwałabym się. Nie była tego warta. Nim wydałam polecenie o schwytaniu jej pozwoliłam, by przeszła dwa kroki. To i tak było zbyt wiele. Przeszkodziła mi w absorpcji, musiałam dostać coś w zamian. Gdy lód przyszpilił ją do ściany sprawiłam, że białe drobinki osiadły na niej i zabierały jej chakrę. Zdawało się, że dziewczyna niczego nie czuje. Głupia, mała kunoichi. Ofiara... zabić. Za dużo mówiła. Patrzyłam przez okno, zastanawiają się ile ta głupia maskarada jeszcze potrwa. Szkoda, że nie mogłam jej zgładzić. Lider byłby zły. Głupi lider.
-Zamknij się- powiedziałam, słysząc uwagi dotyczące zabijania. Ludzkie życie nie było warte tylu słów, nie było nic warte. W myślach wydałam polecenie, a lód zaczął uwalniać jej ciało. Ciekawiło mnie to, czy zrozumiała, co zrobiłam, czy zrozumiała, że ja nie byłam do niej ani trochę podobna. Byłam mordercą, najlepszym z najlepszych. Ona była małą kunoichi, natrętem, nikim. Czego od niej chcesz Liderze? Po co ci taki śmieć?
Słyszałam jak odchodzi, w głowie miałam obraz, który również pokazywał mi tą scenę. Ledwo trzymała się na nogach. Uśmiechnęłam się pod nosem. Tak jak myślałam była żałosna, a ja pełna jej mocy. Otworzyłam okno i usiadłam na parapecie. Robiło się coraz ciemniej, a był to tylko wczesny wieczór. Patrzyłam na ziarenka piasku unoszone przez wiatr. Chciałam już wyruszyć na tą misję. W siedzibie nic mnie już nie trzymało, ćwiczenia nie miały sensu, mogłam tylko czekać, albo zająć się zabijaniem osób, które ciągle wchodziły do mojego pokoju.
- Tylko nie uciekaj, dziecinko. Znowu narobisz nam problemów, już nie pamiętasz, co działo się zeszłej nocy?- Zaśmiałam się cicho, niemal niedosłyszalnie. Po co mnie tu sprowadzili, skoro byłam tak problematyczna. Wyciągnęłam kunai, próbując robić to co wcześniej, zadać sobie choć odrobinę bólu. Tak mi go brakowało.
- Czego chcesz? - powiedziałam cichym, ale jak zwykle chłodnym i opanowanym głosem. Mężczyzna stał przede mną z uśmiechem na twarzy, nie patrzyłam na niego, ale dobrze o tym wiedziałam.
- Porozmawiać. Królowa lodu nie w humorze? A szkoda, jutro zaczynamy razem trening. Bądź gotowa, bo umrzesz.- Przez chwilę zastanawiałam się, czy on jeszcze nie zrozumiał.
- Śmierć nie wchodzi w grę. Powinieneś wiedzieć, że mnie się nie da zabić.
- To się okaże. Może jesteś kunoichi klasy S, ostatnią z takim Kekkei Genkai, ale są tu potężniejsi od ciebie. Jeszcze się o tym przekonasz. Oni są w stanie zabić cię bez wahania. - Słuchałam go, próbując wbić kunai w częściowo pokrytą lodem nogę. Nie udało się. Zsunęłam się z parapetu i stanęłam przed poirytowanym mężczyzną.
- Patrz uważnie, bo więcej tego nie zobaczysz- szepnęłam w tym samym czasie wbijając kunai prosto w swoje serce, na próżno. Lodowa pokrywa, wbrew mojej woli, skutecznie zasłoniła fragment ciała, w który celowałam. - Nie można mnie zabić, on na to nie pozwoli, obroni mnie, bez względu na to czy tego właśnie chcę. Wierny towarzysz. Możesz próbować wszystkiego, wody, ognia, metalu, życzę szczęścia- Kisame patrzył na mnie z mieszanką zaciekawienia, podziwu i czegoś w rodzaju strachu, choć na pewno się nie bał.
- Zobaczysz, dziecinko. Lodowa zbroja szybko pęka.- Pokręciłam przecząco głową, pozwalając sobie na uśmiech.
- To nie tylko zbroja. Jeszcze tego nie zauważyłeś? On jest na zewnątrz mnie i wewnątrz, nie pozwoli mi zginąć, bo to tak jakby sam giną. Jestem ostatnią osobą, która potrafi stworzyć lód z niczego, to ja zapewniam mu przetrwanie- Wciąż nie był przekonany, widziałam to. Nie mogłam powiedzieć niczego więcej. Nie mogłam zdradzić mu więcej niż sam mógł się domyślić. Prawdziwa potęga tego żywiołu jest nie do powstrzymania. Wkrótce się o tym przekona, już niedługo, gdy wszystko wymknie się spod kontroli.
- Jutro zobaczymy ile potrafisz, dziecinko- powiedział, po czym zaśmiał się kpiąco i skierował do drzwi.
- Nie nazywaj mnie tak- warknęłam, choć wcale nie byłam zdenerwowana. Nie lubiłam, gdy ludzie nie odnosili się do mnie z szacunkiem, nic więcej. Kisame zaśmiał się jeszcze głośniej, po czym zniknął, zostawiając mnie samą. Mężczyzna sam w sobie był intrygujący. Ta pewność siebie, siła, która bez wątpienia w nim drzemała, jak w każdym z członków Akatsuki. Samehada przymocowana do jego pleców dawała sporo do myślenia. W przeciwieństwie do mojej partnerki nie był byle kim i właśnie dlatego nie chciałam mieć w nim wroga, chociaż w pojedynku mógłby nie okazać się tak silny. Przez chwilę zastanawiałam się czy powinnam sprawdzić jego umiejętności. Doszłam do wniosku, że to dobry pomysł, bo dopóki nie wiedziałam z kim miałam do czynienia, nie mogłam czuć się pewnie w organizacji, a prędko miałam z niej nie odejść, w zasadzie nigdy. Gdybym odeszła znaleźliby mnie i zabili, byli do tego zdolni, jeżeli ktoś mógł mnie uśmiercić to tylko któreś z nich. Na pewno nie Kisame, on posługiwał się wodnymi technikami, które z łatwością mogłam wykorzystać przeciwko niemu, samehada utrudniałaby mi walkę, ale nie przegrałabym. Hidan i Natręt również nie byli w stanie mnie zatrzymać, ale kto wie co z resztą. Co do jednej osoby nie miałam wątpliwości, Pain byłby w stanie mi zaszkodzić, Kakuzu pewnie też, reszta wciąż stała pod znakiem zapytania. Czułam się przy nich taka słaba, a przecież byłam potężna, przecież niczym się nie różniliśmy.
Wyszłam z pokoju i skupiłam się na obrazie przesyłanym przez śnieg do mojej głowy. Według niego powinnam skręcić w prawo i wejść po schodach. Wykonałam szybki skręt, wpadając na kogoś. Gdybym nie była tak skupiona, a on tak szybki nawet byśmy się nie spotkali. Cholera, niedobrze. Spojrzałam na wysoką, stojącą przede mną osobę. Był to mężczyzna ubrany w płaszcz organizacji. Nie odwrócił się w moją stronę, stanął bokiem, a po chwili, wciąż się nie ruszając, skierował na mnie swój wzrok. Czułam, że strach mnie paraliżuje. Kończyny powoli stawały się bezwładne, ale jeszcze stałam, wpatrując się w czerwone tęczówki mężczyzny. Sharingan, a więc to jest słynny Itachi Uchiha. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam, ledwo trzymałam swoje ciało w pozycji stojącej. Strach, który mnie wypełniał nie pozwolił mi na nic więcej. W skąpym świetle świec dostrzegłam jego złość, nienawiść, która emanowała z całej jego osoby. Już go nie było. Zniknął, a ja skierowałam się do schodów wciąż oszołomiona. Był przerażający, choć nie powiedział ani jednego słowa, nic mi nie zrobił, sprawił, że strach prawie mnie obezwładnił. Jego oczy, tak niezwykłe, pełne mrocznej potęgi. Zapukałam do drzwi Kisame, zauważając, że już do nich dotarłam. Wszystko było odruchem, instynktem, który mnie do nich prowadził. Tak już się działo, gdy ciało żyło, dusza była nieobecna.
- Wejść. - Głos dobiegający zza drzwi nie napawał mnie już strachem, teraz nic nie wydawało się tak groźne. Otworzyłam drzwi i spojrzałam w stronę mężczyzny, który siedział na łóżku pochylony nad Samehadą.
- O której zaczynamy? - spytałam, patrząc na niego wyzywająco. Teraz nie musiałam już czekać na misję, mogłam wypełnić ten czas walką, z prawdziwym przeciwnikiem.
sobota, 4 stycznia 2014
Rozdział 1
Aisu
- Zaprowadzisz ich albo zginiesz. - Rozzłoszczony głos mężczyzny wypełnił całe pomieszczenie - Twoje życie za ich życie, wybieraj.- Spojrzałam na zamaskowaną postać siedzącą przede mną. Był to pierwszy raz kiedy odrzuciłam oferowane zadanie i pierwszy raz, gdy ktoś mi groził. Od kiedy zostałam płatnym zabójcą Yukigakure, Wioski Ukrytej w Śniegu niosłam ze sobą strach, dosłownie. Dawno temu przestałam odczuwać ból fizyczny i psychiczny, szczęście, smutek, miłość, a nawet nienawiść. Z nieznanych powodów byłam pozbawiona wszystkiego, oprócz strachu, jedynej emocji, którą byłam w stanie odczuwać u siebie, u innych, wszędzie. Właśnie dla tego byłam uznawana za mordercę idealnego, zabijałam bez chwili wahania, bez wyrzutów sumienia, bez duszy, a mimo to nie chciałam przyjąć tego zadania. Celem mojej misji było dostarczenie osób, które znałam od dzieciństwa w ręce ludzi, którzy mieli ich torturować miesiącami by wyciągnąć potrzebne informacje. Nie współczułam im i w żadnym stopniu mi na nich nie zależało, to było niemożliwe, nawet gdybym chciała, a jednak byłam do nich przyzwyczajona i nie uśmiechało mi się to, że mam już ich więcej nie zobaczyć. Tylko, że nie mogłam tego nikomu okazać.
- Zrobię to- powiedziałam w końcu, głosem zupełnie beznamiętnym i niemal natychmiastowo zostałam obdarowana perlistym, rozradowanym śmiechem.
- Jak miło robi się z tobą interesy. Wyruszasz natychmiast- tu zrobił przerwę, a ja zobaczyłam, że wykonuje niewielki gest ręką. Chwilę później wielkie mosiężne drzwi otworzyły się i zobaczyłam zarys dwóch osób oświetlanych przez światło księżyca, uświadamiając sobie, że nie bez powodu mamy wyruszyć pod osłoną nocy. Już sam fakt, że osoba tak silna jak ja musiała ich eskortować budził we mnie pewne podejrzenia. Skinęłam głową, po czym bez słowa ruszyłam w stronę moich dawnych kompanów. Byłam ostatnią osobą posługującą się Uwolnieniem (Stylem) Lodu, zaawansowanym żywiołem kekkei genkai. Dzięki łączeniu chakry opartej na wietrze i wodzie mogła, z łatwością tworzyć własny lód i władać nim wedle woli jednak często wszystko szło o krok dalej i działo się to mimowolnie, pochłaniając minimalne ilości chakry. Używanie Stylu Wody i Wiatru zabiera jej większe ilości jednak wiele z technik, które wykonywałam oddawało mi ją z nawiązką. Ja nie dostarczam ludzi, ja ich zabijam. Coraz bardziej mi się to nie podobało.
- Aisu Sugi, to ty jesteś naszym katem? Czemu? - Spojrzałam na mężczyznę wypowiadającego te słowa. W normalnych okolicznościach pewnie bym go nie poznała jednak teraz nie miałam wątpliwości do kogo należą te rude włosy. Yukio Inoguchi. Nie odpowiedziałam, skierowałam na niego swój obojętny wzrok po czym zamknęłam go w lodowej klatce razem z Hiroshim Kawachim.
- Cudownie- wykrzyknął mój rozradowany, anonimowy zleceniodawca po czym z zadowoleniem klasnął w dłonie. - Miłej podróży.- Zamknęłam oczy i wystrzeliłam do przodu w swoim niezmordowanym biegu. Od czasu do czasu spoglądałam na podążającą za mną lodową klatkę choć padający śnieg i odrobinka chakry sprawiały, że wiedziałam o wszystkim co się działo w promieniu kilkudziestu kilometrów.
Był to pierwszy raz kiedy opuszczałam Kraj Śniegu. Czułam duszący strach wraz ze zmniejszającą się ilością śniegu i lodu oraz wschodzącym coraz wyżej słońcem. Jakbym zostawiała cząstkę siebie, która już nigdy miała nie wrócić na swoje miejsce. W końcu się zatrzymałam. Nie czułam zmęczenia, ale to co zobaczyłam przyprawiło mnie o lekki atak paniki. Zielona trawa, kwiaty, liście na drzewach. Wszystko tak intensywne, tak rażące. Rozglądałam się analizując każdy szczegół i szukając potencjalnego zagrożenia. Nie było już śniegu, a stworzenie go przykułoby uwagę każdego kto znajdował się w zasięgu. Byłam zdana na siebie i swoje doskonalone przez lata umiejętności, lecz nie to się liczyło.
- Yukio, Hiroshi - powiedziałam w tym samym momencie, w którym moja lodowa klatka zniknęła. Ich miny były różne. Yukio był zdezorientowany, a Hiroshi rozradowany.
- Aisu, wiedziałem, wiedziałem, że tego nie zrobisz. Dziękuję ci, dziękuję- mamrotał ten drugi gotowy, by paść mi do stóp.
- Wybaczcie.- Po tym jednym słowie oboje zostali uwięzieni w lodzie po szyję. Czułam ich strach, który mi samej pozostawał obojętny. Tak musiało być. Po raz ostatni spojrzałam obydwu w oczy sprawiając, że moje żółte tęczówki były ostatnim co zobaczyli. - Ja zrobię to szybko, oni robiliby to miesiącami. - Zacisnęłam pięść, a lód w okół nich powtórzył mój gest, miażdżąc ich ciała w ułamku sekundy. Tak zginęli wszyscy ludzie, których znałam w dzieciństwie. Ci sami, którzy wmawiali mi, że jestem przeklęta ze względu na moje kekkei genkai. Szkoda, że nie mogłam czuć ani odrobiny złości, czy zadowolenia.Odwróciłam się plecami i ruszyłam przed siebie wycofując lód ze zmiażdżonych ciał. Nie wykonałam zadania, musiałam uciekać jak najdalej nim wpakowałaby, się w większe kłopoty.
Nie zwalniałam ani na chwilę aż dotarłam do lasu. W chwili, gdy miałam usiąść dostrzegłam lecące kunai. Był to bardzo amatorski atak, który zapewne miał tylko sprawdzić moją czujność. W mgnieniu oka utworzyła się przede mną lodowa osłona, w którą wbiła się broń. Wytężyłam wzrok by zobaczyć dwie wyłaniające się z zarośli postacie. Byli to mężczyźni ubrani w długie czarne płaszcze z czerwonymi chmurami. Bez wątpienia członkowie Akatsuki.
- Byłaby idealna na ofiarę - powiedział niższy, siwowłosy do swojego partnera, który na twarzy miał czarną maskę odsłaniającą jedynie najdziwniejsze oczy jakie kiedykolwiek widziałam. Nie miały źrenic i były całe zielone nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby jego twardówki nie były czerwone. Zaczynałam się bać.
- Jak się nazywacie członkowie Akatsuki - spytałam, patrząc na nich wyzywająco. Z moich źródeł znałam tylko podstawowe informacje na temat tej organizacji i to właśnie ten brak wiedzy stanowił największy problem.
- Hidan, a to jest...
- Kakuzu - powiedziałam, uprzedzając go. Słyszałam o nim dawno temu jednak nigdy wcześniej nie spotkałam - Czego chcecie? - dodałam przyglądając się im uważnie i układając w głowie plan ataku.
- Ciebie- warknął siwowłosy po czym rzucił się w moją stronę z szybkością godną ninja rangi S. Wyskoczyłam w górę, unikając ataku w ostatniej chwili. Choć byłam dobra w walce wręcz, zazwyczaj wycofywałam się i walczyłam z odległości. Z dystansu o wiele łatwiej przychodziło mi kontrolowanie sytuacji. Lodowy deszcz wypowiedziałam w myślach na co z nieba zaczęły spadać setki drobnych i niezwykle ostrych lodowych odłamków. Opadłam na gałąź przyglądając się efektom mojej techniki, a to co zobaczyłam było wyjątkowo niewdzięczne. Hidan stał naszpicowany moimi ostrzami śmiejąc się szyderczo. Właśnie wtedy zrozumiałam na czym polega jego siła. Każdy przebity na wylot ninja padłby na ziemię i zginął chyba, że byłby nieśmiertelny.
- Nie śmiej się tylko ją schwytaj idioto - krzyknął do niego Kakuzu, gdy ja wyciągałam z roślin jak największe ilości wody zamrażając je i tworząc nowy lód. Musiałam przeciągać walkę jeszcze przez jakiś czas. Chmury burzowe stawały się coraz większe ale ja potrzebowałam ulewy. Siwowłosy znów ruszył do ataku, który lód skutecznie odpierał. Jak na członka tak potężnej organizacji przestępczej mimo swojej nieśmiertelności był po prostu słaby.
-Nie uda ci się mnie zabić- powiedziałam, kierując lód na jego ramiona i nogi. W tej chwili był mój- tak samo jak mi ciebie, ale ze zmiażdżonym ciałem będziesz bezradny.- Tym razem to ja się śmiałam, patrząc jak uwięziony w lodzie po szyję mężczyzna próbuje się uwolnić. Żałosne. W momencie, w którym miałam zakończyć tą farsę techniką Szkarłatnego Lodu poczułam, że coś oplata moje ciało. Odwróciłam się do tyłu i wiedziałam, że popełniłam błąd, lekceważąc Kakuzu. Stał bez płaszcza, a szwy wychodzące z jego ramion wchodziły na moje ciało. Próbowałam je odciąć, ale było ich za dużo. Po raz pierwszy nie mogłam opanować tego co się dzieje.
- Co robisz pieprzony staruchu. Ja miałem ją załatwić- krzyczał rozwścieczony Hidan, wciąż bezskutecznie próbując się uwolnić.
- Ratuję cię bezużyteczny kretynie. Doton:Domu- wysyczał w chwili, w której skóra na jego ramionach stawała się ciemnobrązowa. Sekundę później uderzył pięścią w lodową pułapkę, w której był uwięziony jego przyjaciel. Jeżeli próbował tym sposobem zniszczyć moje dzieło nie miał na to szans, jeszcze nikt tego nie dokonał. Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc na nienaruszony twór. Gdy już miałam powiedzieć, że to bezcelowe na lodzie zaczęły pojawiać się rysy, pęknięcia. W mojej głowie rodziło się wiele pytań, przede wszystkim jak udało mu się to zrobić, ale było to teraz bez znaczenia, bo udało mi się uwolnić od jego szwów.
- Czemu chcecie mnie zabić- warknęłam spoglądając na nich i na niebo, które nie chciało uronić ani kropelki deszczu.
- Nie chcemy cię zabić, jeszcze nie. Jesteś potrzebna naszej organizacji, my mamy cię tylko do niej sprowadzić. Po tylu latach czekania aż opuścisz Kraj Śniegu wreszcie możemy to zrobić. Zakładam, że teraz pójdziesz z nami dobrowolnie- słuchałam zamaskowanego Kakuzu dokładnie analizując jego słowa i czując narastający strach, który powoli zaczął paraliżować moje kończyny. Cholera, nie teraz, jęknęłam w duchu.
-Skąd pomysł, że będę chciała z wami gdziekolwiek iść - wycedziłam przez zęby, starając się opanować szalejącą we mnie panikę. Byłam potrzebna Akatsuki co oznaczało, że moja śmierć jest tylko kwestią czasu.
-Dokąd chcesz wrócić? Do swojej wioski, którą zdradziłaś, do znajomych ludzi, których zabiłaś czy do swojego dobrze płatnego fachu, w którym będziesz ścigana za niewykonanie ostatniego zadania? Nie masz do czego i do kogo wracać, a tej walki nie wygrasz więc albo pójdziesz z nami albo zginiesz. Co wybierasz- zaklęłam w myślach. Chcąc nie chcąc ten typ miał rację. Oprócz swojego życia nie miałam już niczego innego do stracenia ponadto strach już niemal w całości sparaliżował moje ciało, a bez możliwości poruszania się technika Kakuzu zniszczyłaby doszczętnie mój lód.
-Pójdę z wami- powiedziałam w końcu zamykając oczy i pozwalając lodowi podnieść moje prawie bezwładne ciało. Ograniczenia ruchu były tylko jednym z wielu skutków ubocznych zbyt częstego i intensywnego używania mojego kekkei genkai.
-Dobra decyzja dziewczyno, ruszamy- odrzekł z triumfalnym uśmiechem na twarzy.
Przed siedzibę Akatsuki dotarliśmy w środku nocy. Wszystko potoczyłoby się szybciej gdyby nie to, że dopiero w połowie drogi zaczęłam poruszać się o własnych siłach rozwijając przy tym ogromne prędkości. Byliśmy na pustyni, tylko tyle wiedziałam, bo dookoła było całkowicie ciemno. Zupełnie jak w bezksiężycowe noce w Yukigakure tylko, że to jeszcze nie była ta faza. Księżyc powinien świecić jasno na niebie tymczasem on zupełnie zniknął.
-Hidan- warknął Kakuzu, a ten wyrzucając z siebie wiązankę przekleństw zakrył dłonią moje oczy. Nie wątpiłam, że były to zbędne środki ostrożności. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo jednak w końcu usłyszałam zgrzytanie i dźwięk przypominający przesuwanie głazu. W chwili gdy wszystko ucichło "odzyskałam" wzrok co wciąż nie było pomocne. Widziałam jedynie wąski korytarz oświetlany przez skąpe światło świec. Postawiłam krok do przodu wstępując tym samym do wnętrza siedziby Brzasku o dziwo nie czując strachu. Ciemność, mrok, to mnie nie przerażało, już nie.
-Lider chce z tobą porozmawiać więc lepiej się pośpiesz on nie lubi czekać. Dam ci też pierwszą i ostatnią darmową radę. Przytakuj mu we wszystkim bo zginiesz- i to by było na tyle jeżeli chodzi o poczucie bezpieczeństwa. Zostałam brutalnie popchnięta do przodu przez jednego z mężczyzn już nie wiedziałam, którego. Wszystko było labiryntem wąskich, ciemnych korytarzy. Nie wiedziałam gdzie mnie kierują, po prostu szłam aż do momentu gdy znalazłam się przed dużymi metalowymi drzwiami zupełnie sama. Lekko je uchyliłam niepewna tego co zastanę w środku.
- Wejdź. - Głęboki, niski głos dochodził z wnętrza pomieszczenia. Odetchnęłam, czując jak po moim ciele przebiega przyjemny dreszcz. Tym razem strach mógł mi dać siłę, której potrzebowałam, przyjemność, której tak długo nie odczuwałam. Weszłam do pokoju, który był równie mroczny jak cała reszta tego w co się wpakowałam. Na środku stało duże biurko, za którym siedział wyprostowany mężczyzna oświetlany przez blask świec stojących na ziemi. Wyglądał przerażająco i nie ulegało wątpliwości, że skoro jest przywódcą potężnej organizacji przestępczej właśnie taki jest. Po raz kolejny zaczynałam się bać.
- Aisu Sugi, poszukiwana w całym Kraju Śniegu płatna morderczyni... Wreszcie się spotykamy. Jaka szkoda, że musieliśmy czekać na to tyle lat- powiedział, a ja patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana, nie mogąc oderwać wzroku od emanującej od niego potęgi i oczu, które bez problemu rozpoznałam. Rinnegan. Chyba do tej pory nie zdawałam sobie sprawy przed jaką siłą zostałam postawiona. Nie czułam się gorsza, nie bez powodu znalazłam się w tym miejscu. Moje oczy, choć zwyczajne, kryły w sobie klątwę, przekleństwo towarzyszące mi od narodzin. Lód.
- Czemu czekaliście skoro jesteście małą armią profesjonalnych zabójców- spytałam w końcu głosem jak zwykle obojętnym. Lider uśmiechnął się delikatnie, a mimo wszystko nie wyglądał mniej strasznie.
-My wiemy wszystko Aisu, również to, że w Kraju Śniegu jesteś nie do pokonania, śmiercionośna jak każdy z członków tej organizacji- odparł, a ja zupełnie zmieniłam swoje nastawienie względem niego. - Jesteś nam potrzebna, twoje Kekkei Genkai to potęga, której nie posiada nikt inny, ponadto posiadasz istotną dla nas wiedzę na temat Wioski Ukrytej w Śniegu. Możesz mieć znaczący wpływ na koniec tego świata. Niewielu z tej organizacji dałoby radę cię pokonać, niewielu z tego świata dałoby radę zmierzyć się z twoją naturą. Daję ci wybór, Aisu. Przyłącz się do nas albo zgiń. - To stawało się już powoli nudne, po raz trzeci w ciągu dwóch dni zostałam postawiona przed tym samym wyborem i znów nie miałam szansy na ucieczkę. Nie chciałam już uciekać. Na krótką chwilę przymknęłam powieki, w tej chwili miałam już wszystkiego dość.
- Dołączę do was- powiedziałam w końcu i spojrzałam na zadowoloną twarz Lidera uświadamiając sobie, że słowa te były początkiem mojej śmierci.
-Witaj w Akatsuki, Aisu Sugi- powiedział po czym wstał i wypowiedział coś pod nosem. Chwilę później drzwi do jego gabinetu otworzyły się i do pomieszczenia wpadł rozzłoszczony Kakuzu- zaprowadź ją do pokoju- powiedział Pain i znów zaczęło się to co miało się skończyć. Zostałam wypchnięta z gabinetu i ciągnięta korytarzami aż znalazłam się przed, tym razem, drewnianymi drzwiami.
Westchnęłam głęboko i weszłam do pokoju, który od teraz miał być moim. Oświetlany był przez kilkanaście świeczek stojących w różnych miejscach. Rozejrzałam się dookoła, analizując każdy fragment pomieszczenia i zdając sobie sprawę, że było zupełnie normalne. W rogu stało łóżko, obok niego szafka nocna przy przeciwległej ścianie znajdował się stolik i szafki. Po mojej lewej stronie, zaraz obok wyjścia, znajdowały się kolejne drzwi prowadzące do niewielkiej łazienki. Zupełnie jakby obok mnie nie mieszkali jedni z najlepszych i najgroźniejszych znanych ninja, zupełnie jakbym teraz nie była jednym z nich.
Mei
Szłam powoli przed siebie. Znajdowałam się w jakimś mieście. Nie wiedziałam jakim. Wiatr bawił się moimi długimi brązowymi włosami. Zachodzące słońce raziło mnie w oczy, ale nie zatrzymywałam się. Nie mogłam. Wiedziałam, że jeśli przestanę iść już nigdy nie wznowię swojego marszu, nie będę miała sił, żeby żyć. Zawsze tak było. Nie znosiłam nocować w żadnym mieście. Pragnienie żeby zostać w nim na zawsze było zbyt silne. A ja nie mogłam się poddawać. Nie chciałam pokazywać rodzicom, że mieli rację, że nadaję się tylko do roli kury domowej. Oni nigdy we mnie nie wierzyli. Od samego początku byli przeciwko mnie.
Od zawsze widziałam osoby, których nie powinnam dostrzegać. Jako mała dziewczynka bałam się ich. Piszczałam i krzyczałam, kiedy słyszałam ich wyzwiska pod moim adresem, zasłaniałam się ramionami przed ich ciosami, które nigdy nie mogły mnie dosięgnąć. Wszyscy uznali, że jestem szalona, że jestem wariatką. Mało brakowało, a zamkniętoby mnie w psychiatryku. Na szczęście w porę się opamiętałam i przestałam opowiadać komukolwiek co widzę. A widzę... duchy. Do tej pory nie wiem jak udawało mi się wtedy je przyzywać, zaburzać ich wieczny spokój, ściągać z powrotem na ziemię. Teraz opanowałam tę technikę do perfekcji. Z każdym kolejnym dniem jestem w tym coraz lepsza. Wystarczy że określę teren, a wtedy wszystkie osoby, które kiedykolwiek w danym miejscu umarły są pod moją kontrolą. Tylko ja je widzę, tylko ja mogę im rozkazywać, tylko mnie nie mogą skrzywdzić, tylko ja słyszę ich pełen bólu i nienawiści krzyk, gdy je wykorzystuję i zmuszam je, aby zostały ze mną, zamiast udać się na lepszą stronę. Zawsze noszę też przy sobie zwoje, w których przechowuję najlepszych wojowników jakich spotkałam na swojej drodze. Dzięki temu nie muszę się martwić, że znajdę się w miejscu, w którym nikt nie umarł. Wiem. Jestem potworem. Ale obiecałam sobie, że zawsze będę silna, że udowodnię wszystkim, że choć jestem niska i drobna to nie dam sobą pomiatać. Poradzę sobie, choćbym miała zamienić się w bezdusznego mordercę, który zabija niewinnych ludzi tylko po to żeby mieć ducha, któremu mógłby rozkazywać.
Nikt nigdy nie uczył mnie walczyć. Do wszystkiego musiałam dojść sama. Niektóre umiejętności zdobyłam przez całkowity przypadek. Kiedyś jakiś facet napadł mnie na pustyni. Chciałam przywołać ducha, wyznaczyłam teren i chyba trochę za bardzo usiłowałam się skupić. Straciłam przytomność. Następne co sobie przypominam to rozkładająca się twarz jakiegoś mężczyzny. Okazało się, że moja moc chwilowo ściągnęła jego ducha do ciała. W miejscowej bibliotece znalazłam potem książkę, która wyjaśniła mi, że użyłam techniki zwanej Ninjutsu Reinkarnacji. Z tego co przeczytałam wynikało, że powinnam już nie żyć. Później tygodniami ćwiczyłam tę technikę za każdym razem stając się silniejszą. Przestałam dręczyć dusze dopiero kiedy mogłam jej użyć nie tracąc z wycieńczenia przytomności.
Niedawno odkryłam też, że potrafię leczyć ludzi. Niestety nie mam warunków, żeby doskonalić tą umiejętność. Ktoś mnie ściga. Wiem, że nie mogę się nigdzie zatrzymywać. Sypiam na całkowitym odludziu, w wioskach zatrzymuję się tylko na posiłek. Przez cały dzień maszeruję równym krokiem przed siebie. Nie zwalniam, nie przyśpieszam, nie odpoczywam. Kiedy nie mam już sił ustać na nogach i padam na kolana i dopiero wtedy szukam bezpiecznego schronienia na noc. Ten tryb życia niezbyt mi odpowiada, ale nie mam zamiaru dać się złapać. Kimkolwiek jest poszukująca mnie osoba, nie chcę wpaść w jej ręce.
Dzisiaj zmęczenie dopadło mnie w samym środku wioski. Walczyłam ze sobą, żeby nie upaść na ziemie, nie zwinąć się w kłębek i nie zasnąć. Słońce już zaszło. Ulice były prawie puste. Szłam z przymkniętymi powiekami. Głowa zaczynała mi opadać. Poderwałam ją i otworzyłam oczy.
Wtedy go zauważyłam. Stał kilka metrów ode mnie, ubrany w długi czarny płaszcz i słomiany kapelusz. Wiedziałam, że już gdzieś widziałam ten ubiór, ale zmęczenie nie pozwalało mi się nad tym głębiej zastanowić. Postanowiłam nie myśleć o czymś co jest bez znaczenia i tylko wyczerpałoby moją i tak już niknącą energię. Ale im bliżej niego się znajdowałam tym mocniejsza stawała się pokusa, żeby jeszcze raz na niego spojrzeć. W końcu nie wytrzymałam i podniosłam głowę. Stał jakiś metr przede mną. Mało brakowało, a bym na niego wpadła. Jednak nie to mnie zdziwiło. Czułam bijącą od nieznajomego siłę. Siłę, której ja nie miałam. Mój zmęczony umysł chciał dowiedzieć się o nim jak najwięcej, chciał znaleźć coś co da mu nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone, że kiedyś też będę taka silna. Bez wahania wyprostowałam się i spojrzałam mu prosto w oczy.
Oczy to zwierciadła duszy. A że moją specjalnością są dusze, to mogłam w nich wyczytać bardzo wiele. Przede wszystkim prawie wszystko o aktualnym stanie, nastroju, wykonywanym zadaniu, i innych rzeczach, które w tej chwili zaprzątały umysł danej osoby.
Te oczy były inne, bardziej skryte. Musiałam się bardziej wysilić, aby dojrzeć skrywane głęboko uczucia. Przez mój zmęczony umysł przeszła myśl, że może ten człowiek nie ma duszy, ale zdusiłam ją i zmusiłam się, żeby jeszcze mocniej się skupić. Moje ciało protestowało przeciwko tak wielkiemu wysiłkowi. Zacisnęłam szczęki i już miałam się poddać, kiedy dostrzegłam malutki płomyk emocji osoby stojącej naprzeciw mnie. Najpierw było to lekkie zadowolenie, nie potrafiłam określić jego źródła. Dopiero po chwili dotarł do mnie głęboki smutek i żal do całego świata.
Ogarnęło mnie współczucie. On na pewno wiele w życiu wycierpiał. I nadal cierpi. Nie zastanawiając się długo posłałam nieznajomemu pełen nadziei uśmiech. Nie odwzajemnił go. Patrzył na mnie zimnym stalowym wzrokiem, a do mnie po chwili dotarło dlaczego.
To on mnie ścigał. To przed nim uciekałam. To przez niego byłam tak wyczerpana.
Moje źrenice rozszerzyły się z przerażenia. W żyłach popłynęła czysta energia. W jednej chwili odwróciłam się i już biegłam w przeciwnym kierunku. Byle jak najdalej stąd, byle jak najdalej od niego.
Przypływ siły nie trwał długo. Ledwie zdążyłam wybiec z wioski moje obolałe ciało dało o sobie znać. Zmusiłam się, żeby biec dalej. Nie mogłam złapać oddechu, ręce mi drżały, a nóg już prawie nie czułam. W głowie kołatała mi tylko jedna myśl: ,, Byle jak najdalej stąd, byle jak najdalej od niego ". W końcu poczułam, że ziemia osuwa mi się spod stóp, umysł zalewa całkowita ciemność. I po chwili leżałam nieprzytomna na twardej ziemi.
Powoli zaczynałam się budzić. Nie chciałam tego. Pragnęłam zablokować wszystkie myśli i wrócić do krainy błogiej nieświadomości. Jednak to było już niemożliwe. Zanim zdążyłam otworzyć oczy wszystkie wydarzenia wczorajszego wieczoru powróciły do mnie sprawiając, że wstrzymałam oddech. Czy on mnie zabił? Nie wiedziałam. Ale gdziekolwiek teraz byłam było mi przyjemnie. Po raz pierwszy od bardzo dawna żołądek nie ściskał mi się z głodu, byłam czysta i nie czułam potrzeby żeby wstać i dalej uciekać. Znalazł mnie. Choćbym nie wiem jak się starała nie mogłam już uciec. Pewnie i tak nie żyję, więc co mi za różnica. Gdybym wiedziała, że po śmierci będzie mi tak dobrze to już dawno dałabym się złapać. Powoli rozluźniłam się i spróbowałam zasnąć. Nic z tego. Nigdy nie lubiłam leżeć na wznak. Zawsze zwijałam się w kłębek. Dzięki temu czułam się bezpieczniej. Spróbowałam podnieść nogę i aż krzyknęłam. Nie, na pewno nie umarłam. Po drugiej stronie nie istniał tak okrutny ból jakiego doznawałam w tej chwili. Ból, z którym zmagałam się codziennie rano kiedy wstawałam i zmuszałam się, żeby iść dalej. Dziś był jeszcze bardziej dokuczliwy, jakby chciał mi przypomnieć, że nie mogę się poddawać, że muszę dalej uciekać. Nie wiadomo co oni chcieli tu ze mną zrobić. Zacisnęłam zęby i użyłam całej siły woli, żeby się podnieść. Moje obolałe mięśnie drżały z wycieńczenia i błagały, żebym się nie ruszała. Nie słuchałam ich. Pragnienie, żeby się ratować było silniejsze od bólu. Dopiero kiedy stanęłam pewnie na nogach zdałam sobie sprawę, że zaciskam powieki. Westchnęłam cicho, powodując tym samym kolejną falę bólu, tym razem pochodzącego z moich płuc i otworzyłam oczy.
Znajdowałam się w niedużym pokoju. Było tu tylko łóżko i nieduży stolik, na którym stała do połowy spalona świeczka. Wyjrzałam przez malutkie okienko i zdałam sobie sprawę, że jest wczesny świt. Jednak do pomieszczenia wpadało bardzo niewiele światła, a świeczka nie dawała rady rozjaśnić mroku czającego się po kątach. Panująca dookoła ciemność sprawiła, że odezwała się moja klaustrofobia. Miałam ochotę zakryć uszy i zacząć przeraźliwie krzyczeć. Jednak wbiłam tylko paznokcie w dłoń i zacisnęłam zęby. Na chwilę znowu zamknęłam oczy i postarałam się wyrównać oddech, a potem wróciłam do obchodu pokoju. Wydawał się taki... normalny. Miałam ochotę znów położyć się na łóżku, zwinąć się w kłębek, zasnąć i udawać, że wszystko jest tak jak być powinno. Od tak dawna sypiałam na twardej ziemi, że zapomniałam jak wygodne jest zwyczajne łóżko. Jednak mój instynkt podpowiadał mi, że powinnam jak najszybciej uciekać. Dzięki niemu przetrwałam do tej pory, więc zamierzałam go słuchać.
Ostatni raz spojrzałam na palącą się świeczkę, symbol nadziei, której tak w tej chwili potrzebowałam, i dopiero teraz spostrzegłam leżącą obok niej kartkę. Rozejrzałam się zaniepokojona. Jak mogłam być tak nieuważna, żeby wcześniej jej nie zauważyć? A gdyby ON czaił się gdzieś w kącie? Też bym go nie zobaczyła? Na samą myśl o nim serce mi szybciej zabiło. Był przerażający. Ale te jego oczy... Nie wiedziałam co, ale coś mnie w nich przyciągały. Dusza była w nich tak głęboko ukryta, że prawie niezauważalna. Nigdy nie spotkałam nikogo takiego. Wszyscy inni nie mogli nic przede mną ukryć. Czytałam w nich jak w otwartych księgach. Co z nim było nie tak? A może to nie w nim tkwił problem tylko we mnie? Może tracę swoje zdolności?
Stop! To nie była pora, żeby zadręczać się takimi myślami.
Wolno podeszłam do stolika i chwyciłam karteczkę. W blasku świecy wydawała mi się przedmiotem pochodzącym prosto z piekieł, czymś co miało zaprowadzić mnie do samego diabła. Niewiele się pomyliłam.
Lider Akatsuki chciał się ze mną widzieć.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, bezwładnie osunęłam się na podłogę. A więc ten nieznajomy jest członkiem Akatsuki. Tak mi się wydawało, że skądś znam ten długi płaszcz i słomiany kapelusz. To wyjaśnia też fakt, że tak ciężko było mi dostać się do jego duszy. Siła i doświadczenie, a możliwe też, że okrucieństwo, zepchnęły ją na dalszy plan. Dla niego najważniejszą rzeczą na świecie jest wykonanie zadania.
Nie wiem jak długo siedziałam tak na podłodze wpatrując się bezmyślnie w ścianę, ale gdy w końcu się ocknęłam na zewnątrz było już całkiem jasno, a świeczka dawno się wypaliła. Rozejrzałam się po pokoju. Pomieszczenie, z którego wcześniej tak bardzo chciałam uciec, teraz wydawało się bezpiecznym schronieniem. Ale wiedziałam, że muszę stąd wyjść.
Wstałam. Moje ciało wyraziło sprzeciw przed tak gwałtownym ruchem, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Jak najszybciej chciałam mieć to za sobą.
Korytarz był pogrążony w całkowitym m roku. Instynktownie wybrałam kierunek. Wiedziałam, że mam się znaleźć schody i iść w górę, aż na ostatnie piętro. Nie uśmiechało mi się błąkać samej po ciemnych korytarzach, ale nie miałam wyjścia. Kiedy w końcu znalazłam schody prawie się na nich nie zabiłam. Kilka razy potknęłam się wchodząc na górę. Po raz pierwszy w życiu żałowałam, że mam pełny brzuch. Żołądek ze strachu fikał mi koziołki, tak, że bałam się, że niedługo nie będzie już taki hm... pełny.
Jakimś cudem dotarłam na ostatnie piętro. Rozejrzałam się dookoła, ale i tak nic nie widziałam. Chcieli mnie przestraszyć i udowodnić mi, że nie jestem na tyle niebezpieczna, żeby dawać mi obstawę. Zdawali sobie sprawę, że nie mam gdzie uciec. Na samą myśl o tym coś się we mnie zagotowało. Wyprostowałam się ignorując ból pleców i ruszyłam prosto przed siebie. Moja wyobraźnia podsuwała mi obrazy sunących ku mnie ścian. Klaustrofobia znowu się odezwała. Choć wydawało mi się to niemożliwe, z każdym kolejnym krokiem mrok wokół mnie gęstniał. Miałam wrażenie, że idę przez całą wieczność, aż w końcu uderzyłam czołem w drzwi.
- Chole...! - zaczęłam zbyt zaskoczona, żeby rozsądnie myśleć.
Nie zdążyłam dokończyć, bo drzwi przede mną się uchyliły. Na korytarz wpadła niewielka ścieżeczka światła.
Wstrzymałam oddech. Czekałam, aż ktoś mnie zawoła, szerzej otworzy drzwi, ale nic takiego się nie stało. Zebrałam się, więc na odwagę, pociągnęłam za klamkę i weszłam do środka.
Po tak długiej wędrówce w całkowitych ciemnościach delikatny blask kilkunastu świec wydawał mi się oślepiający. Zmrużyłam oczy i czekałam, aż mój wzrok przyzwyczai się do światła. Dopiero wtedy rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie było zbyt wiele do oglądania. Stało tu jedynie potężne biurko, o które opierał się lider Akatsuki.
Chciałam coś powiedzieć, udowodnić, że jestem silniejsza niż myśli, ale strach ścisnął mi gardło. Wiedziałam, że stanie ze spuszczoną głową mi nie pomoże, więc lekko uniosłam podbródek. Jednak nie odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Bałam się tego co w nich zobaczę. Nie pozbierałabym się po tym do końca życia.
Żeby się uspokoić przywołałam obraz oczu nieznajomego, który mnie tutaj sprowadził. Pomogło od razu. Nieokiełznany strach zastąpiło opanowanie i kiełkująca w sercu nienawiść. Mógł mnie od razu zabić. Teraz jeżeli nie zrobi tego lider Akatsuki to pewnie padnę na zawał.
- Witamy Mei Hayashi ! - powiedział zimnym jak lód tonem.
Udało mu się na chwilę zburzyć mój spokój samym głosem.
Oczy, oczy, oczy.
Lekko skinęłam głową na powitanie. Mężczyzna nie lubił owijać w bawełnę. Od razu przeszedł do rzeczy.
- Obserwowaliśmy cię. Odkąd wskrzesiłaś tego człowieka na pustyni. Sasori cię wtedy uratował.
Sasori? Skorpion. Lalkarz. Gdzieś już o nim słyszałam. Jednak hipnotyzujący głos mężczyzny stojącego przede mną nie pozwalał mi się skupić.
Oczy, oczy, oczy.
- Powinnaś już nie żyć.
Ha, jakbym o tym nie wiedziała. Oczy, oczy, oczy.
- Jednak to co zrobiłaś to nie było do końca Ninjutsu Reinkarnacji. Ten człowiek po kilku godzinach z powrotem przeszedł na drugą stronę. Uciekłaś nam wtedy. Długo nie mogliśmy cię znaleźć. Aż do teraz.
Umilkł na chwilę czekając wyraźnie na odpowiedź. Nie udzieliłam jej.
- Przysporzyłaś nam sporo kłopotów Mei - powiedział.
- Macie zamiar mnie zabić?! - Nie wytrzymałam. Musiałam wiedzieć co się ze mną stanie.
Nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że jego twarz pociemniała.
- Nie - odpowiedział zadziwiająco spokojnie. - Na razie jesteś nam potrzebna.
Wciągnęłam głęboko powietrze i starałam się nie zemdleć. Oczy, oczy, oczy.
Kąciki ust lidera uniosły się w niebezpiecznym uśmiechu.
- Niedługo znów je zobaczysz. Ich właściciel będzie pracował z tobą nad ulepszeniem twojej techniki uzdrawiania.
[Witamy na naszym blogu, tak jest nas dwie więc niech nikt nie będzie przerażony długością rozdziałów ponieważ jest on pisany z perspektywy dwóch osób. Mamy nadzieję, że nasz rozdział spodoba się na tyle by ktoś chciał tu zajrzeć drugi raz :) ]
- Zaprowadzisz ich albo zginiesz. - Rozzłoszczony głos mężczyzny wypełnił całe pomieszczenie - Twoje życie za ich życie, wybieraj.- Spojrzałam na zamaskowaną postać siedzącą przede mną. Był to pierwszy raz kiedy odrzuciłam oferowane zadanie i pierwszy raz, gdy ktoś mi groził. Od kiedy zostałam płatnym zabójcą Yukigakure, Wioski Ukrytej w Śniegu niosłam ze sobą strach, dosłownie. Dawno temu przestałam odczuwać ból fizyczny i psychiczny, szczęście, smutek, miłość, a nawet nienawiść. Z nieznanych powodów byłam pozbawiona wszystkiego, oprócz strachu, jedynej emocji, którą byłam w stanie odczuwać u siebie, u innych, wszędzie. Właśnie dla tego byłam uznawana za mordercę idealnego, zabijałam bez chwili wahania, bez wyrzutów sumienia, bez duszy, a mimo to nie chciałam przyjąć tego zadania. Celem mojej misji było dostarczenie osób, które znałam od dzieciństwa w ręce ludzi, którzy mieli ich torturować miesiącami by wyciągnąć potrzebne informacje. Nie współczułam im i w żadnym stopniu mi na nich nie zależało, to było niemożliwe, nawet gdybym chciała, a jednak byłam do nich przyzwyczajona i nie uśmiechało mi się to, że mam już ich więcej nie zobaczyć. Tylko, że nie mogłam tego nikomu okazać.
- Zrobię to- powiedziałam w końcu, głosem zupełnie beznamiętnym i niemal natychmiastowo zostałam obdarowana perlistym, rozradowanym śmiechem.
- Jak miło robi się z tobą interesy. Wyruszasz natychmiast- tu zrobił przerwę, a ja zobaczyłam, że wykonuje niewielki gest ręką. Chwilę później wielkie mosiężne drzwi otworzyły się i zobaczyłam zarys dwóch osób oświetlanych przez światło księżyca, uświadamiając sobie, że nie bez powodu mamy wyruszyć pod osłoną nocy. Już sam fakt, że osoba tak silna jak ja musiała ich eskortować budził we mnie pewne podejrzenia. Skinęłam głową, po czym bez słowa ruszyłam w stronę moich dawnych kompanów. Byłam ostatnią osobą posługującą się Uwolnieniem (Stylem) Lodu, zaawansowanym żywiołem kekkei genkai. Dzięki łączeniu chakry opartej na wietrze i wodzie mogła, z łatwością tworzyć własny lód i władać nim wedle woli jednak często wszystko szło o krok dalej i działo się to mimowolnie, pochłaniając minimalne ilości chakry. Używanie Stylu Wody i Wiatru zabiera jej większe ilości jednak wiele z technik, które wykonywałam oddawało mi ją z nawiązką. Ja nie dostarczam ludzi, ja ich zabijam. Coraz bardziej mi się to nie podobało.
- Aisu Sugi, to ty jesteś naszym katem? Czemu? - Spojrzałam na mężczyznę wypowiadającego te słowa. W normalnych okolicznościach pewnie bym go nie poznała jednak teraz nie miałam wątpliwości do kogo należą te rude włosy. Yukio Inoguchi. Nie odpowiedziałam, skierowałam na niego swój obojętny wzrok po czym zamknęłam go w lodowej klatce razem z Hiroshim Kawachim.
- Cudownie- wykrzyknął mój rozradowany, anonimowy zleceniodawca po czym z zadowoleniem klasnął w dłonie. - Miłej podróży.- Zamknęłam oczy i wystrzeliłam do przodu w swoim niezmordowanym biegu. Od czasu do czasu spoglądałam na podążającą za mną lodową klatkę choć padający śnieg i odrobinka chakry sprawiały, że wiedziałam o wszystkim co się działo w promieniu kilkudziestu kilometrów.
Był to pierwszy raz kiedy opuszczałam Kraj Śniegu. Czułam duszący strach wraz ze zmniejszającą się ilością śniegu i lodu oraz wschodzącym coraz wyżej słońcem. Jakbym zostawiała cząstkę siebie, która już nigdy miała nie wrócić na swoje miejsce. W końcu się zatrzymałam. Nie czułam zmęczenia, ale to co zobaczyłam przyprawiło mnie o lekki atak paniki. Zielona trawa, kwiaty, liście na drzewach. Wszystko tak intensywne, tak rażące. Rozglądałam się analizując każdy szczegół i szukając potencjalnego zagrożenia. Nie było już śniegu, a stworzenie go przykułoby uwagę każdego kto znajdował się w zasięgu. Byłam zdana na siebie i swoje doskonalone przez lata umiejętności, lecz nie to się liczyło.
- Yukio, Hiroshi - powiedziałam w tym samym momencie, w którym moja lodowa klatka zniknęła. Ich miny były różne. Yukio był zdezorientowany, a Hiroshi rozradowany.
- Aisu, wiedziałem, wiedziałem, że tego nie zrobisz. Dziękuję ci, dziękuję- mamrotał ten drugi gotowy, by paść mi do stóp.
- Wybaczcie.- Po tym jednym słowie oboje zostali uwięzieni w lodzie po szyję. Czułam ich strach, który mi samej pozostawał obojętny. Tak musiało być. Po raz ostatni spojrzałam obydwu w oczy sprawiając, że moje żółte tęczówki były ostatnim co zobaczyli. - Ja zrobię to szybko, oni robiliby to miesiącami. - Zacisnęłam pięść, a lód w okół nich powtórzył mój gest, miażdżąc ich ciała w ułamku sekundy. Tak zginęli wszyscy ludzie, których znałam w dzieciństwie. Ci sami, którzy wmawiali mi, że jestem przeklęta ze względu na moje kekkei genkai. Szkoda, że nie mogłam czuć ani odrobiny złości, czy zadowolenia.Odwróciłam się plecami i ruszyłam przed siebie wycofując lód ze zmiażdżonych ciał. Nie wykonałam zadania, musiałam uciekać jak najdalej nim wpakowałaby, się w większe kłopoty.
Nie zwalniałam ani na chwilę aż dotarłam do lasu. W chwili, gdy miałam usiąść dostrzegłam lecące kunai. Był to bardzo amatorski atak, który zapewne miał tylko sprawdzić moją czujność. W mgnieniu oka utworzyła się przede mną lodowa osłona, w którą wbiła się broń. Wytężyłam wzrok by zobaczyć dwie wyłaniające się z zarośli postacie. Byli to mężczyźni ubrani w długie czarne płaszcze z czerwonymi chmurami. Bez wątpienia członkowie Akatsuki.
- Byłaby idealna na ofiarę - powiedział niższy, siwowłosy do swojego partnera, który na twarzy miał czarną maskę odsłaniającą jedynie najdziwniejsze oczy jakie kiedykolwiek widziałam. Nie miały źrenic i były całe zielone nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby jego twardówki nie były czerwone. Zaczynałam się bać.
- Jak się nazywacie członkowie Akatsuki - spytałam, patrząc na nich wyzywająco. Z moich źródeł znałam tylko podstawowe informacje na temat tej organizacji i to właśnie ten brak wiedzy stanowił największy problem.
- Hidan, a to jest...
- Kakuzu - powiedziałam, uprzedzając go. Słyszałam o nim dawno temu jednak nigdy wcześniej nie spotkałam - Czego chcecie? - dodałam przyglądając się im uważnie i układając w głowie plan ataku.
- Ciebie- warknął siwowłosy po czym rzucił się w moją stronę z szybkością godną ninja rangi S. Wyskoczyłam w górę, unikając ataku w ostatniej chwili. Choć byłam dobra w walce wręcz, zazwyczaj wycofywałam się i walczyłam z odległości. Z dystansu o wiele łatwiej przychodziło mi kontrolowanie sytuacji. Lodowy deszcz wypowiedziałam w myślach na co z nieba zaczęły spadać setki drobnych i niezwykle ostrych lodowych odłamków. Opadłam na gałąź przyglądając się efektom mojej techniki, a to co zobaczyłam było wyjątkowo niewdzięczne. Hidan stał naszpicowany moimi ostrzami śmiejąc się szyderczo. Właśnie wtedy zrozumiałam na czym polega jego siła. Każdy przebity na wylot ninja padłby na ziemię i zginął chyba, że byłby nieśmiertelny.
- Nie śmiej się tylko ją schwytaj idioto - krzyknął do niego Kakuzu, gdy ja wyciągałam z roślin jak największe ilości wody zamrażając je i tworząc nowy lód. Musiałam przeciągać walkę jeszcze przez jakiś czas. Chmury burzowe stawały się coraz większe ale ja potrzebowałam ulewy. Siwowłosy znów ruszył do ataku, który lód skutecznie odpierał. Jak na członka tak potężnej organizacji przestępczej mimo swojej nieśmiertelności był po prostu słaby.
-Nie uda ci się mnie zabić- powiedziałam, kierując lód na jego ramiona i nogi. W tej chwili był mój- tak samo jak mi ciebie, ale ze zmiażdżonym ciałem będziesz bezradny.- Tym razem to ja się śmiałam, patrząc jak uwięziony w lodzie po szyję mężczyzna próbuje się uwolnić. Żałosne. W momencie, w którym miałam zakończyć tą farsę techniką Szkarłatnego Lodu poczułam, że coś oplata moje ciało. Odwróciłam się do tyłu i wiedziałam, że popełniłam błąd, lekceważąc Kakuzu. Stał bez płaszcza, a szwy wychodzące z jego ramion wchodziły na moje ciało. Próbowałam je odciąć, ale było ich za dużo. Po raz pierwszy nie mogłam opanować tego co się dzieje.
- Co robisz pieprzony staruchu. Ja miałem ją załatwić- krzyczał rozwścieczony Hidan, wciąż bezskutecznie próbując się uwolnić.
- Ratuję cię bezużyteczny kretynie. Doton:Domu- wysyczał w chwili, w której skóra na jego ramionach stawała się ciemnobrązowa. Sekundę później uderzył pięścią w lodową pułapkę, w której był uwięziony jego przyjaciel. Jeżeli próbował tym sposobem zniszczyć moje dzieło nie miał na to szans, jeszcze nikt tego nie dokonał. Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc na nienaruszony twór. Gdy już miałam powiedzieć, że to bezcelowe na lodzie zaczęły pojawiać się rysy, pęknięcia. W mojej głowie rodziło się wiele pytań, przede wszystkim jak udało mu się to zrobić, ale było to teraz bez znaczenia, bo udało mi się uwolnić od jego szwów.
- Czemu chcecie mnie zabić- warknęłam spoglądając na nich i na niebo, które nie chciało uronić ani kropelki deszczu.
- Nie chcemy cię zabić, jeszcze nie. Jesteś potrzebna naszej organizacji, my mamy cię tylko do niej sprowadzić. Po tylu latach czekania aż opuścisz Kraj Śniegu wreszcie możemy to zrobić. Zakładam, że teraz pójdziesz z nami dobrowolnie- słuchałam zamaskowanego Kakuzu dokładnie analizując jego słowa i czując narastający strach, który powoli zaczął paraliżować moje kończyny. Cholera, nie teraz, jęknęłam w duchu.
-Skąd pomysł, że będę chciała z wami gdziekolwiek iść - wycedziłam przez zęby, starając się opanować szalejącą we mnie panikę. Byłam potrzebna Akatsuki co oznaczało, że moja śmierć jest tylko kwestią czasu.
-Dokąd chcesz wrócić? Do swojej wioski, którą zdradziłaś, do znajomych ludzi, których zabiłaś czy do swojego dobrze płatnego fachu, w którym będziesz ścigana za niewykonanie ostatniego zadania? Nie masz do czego i do kogo wracać, a tej walki nie wygrasz więc albo pójdziesz z nami albo zginiesz. Co wybierasz- zaklęłam w myślach. Chcąc nie chcąc ten typ miał rację. Oprócz swojego życia nie miałam już niczego innego do stracenia ponadto strach już niemal w całości sparaliżował moje ciało, a bez możliwości poruszania się technika Kakuzu zniszczyłaby doszczętnie mój lód.
-Pójdę z wami- powiedziałam w końcu zamykając oczy i pozwalając lodowi podnieść moje prawie bezwładne ciało. Ograniczenia ruchu były tylko jednym z wielu skutków ubocznych zbyt częstego i intensywnego używania mojego kekkei genkai.
-Dobra decyzja dziewczyno, ruszamy- odrzekł z triumfalnym uśmiechem na twarzy.
Przed siedzibę Akatsuki dotarliśmy w środku nocy. Wszystko potoczyłoby się szybciej gdyby nie to, że dopiero w połowie drogi zaczęłam poruszać się o własnych siłach rozwijając przy tym ogromne prędkości. Byliśmy na pustyni, tylko tyle wiedziałam, bo dookoła było całkowicie ciemno. Zupełnie jak w bezksiężycowe noce w Yukigakure tylko, że to jeszcze nie była ta faza. Księżyc powinien świecić jasno na niebie tymczasem on zupełnie zniknął.
-Hidan- warknął Kakuzu, a ten wyrzucając z siebie wiązankę przekleństw zakrył dłonią moje oczy. Nie wątpiłam, że były to zbędne środki ostrożności. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo jednak w końcu usłyszałam zgrzytanie i dźwięk przypominający przesuwanie głazu. W chwili gdy wszystko ucichło "odzyskałam" wzrok co wciąż nie było pomocne. Widziałam jedynie wąski korytarz oświetlany przez skąpe światło świec. Postawiłam krok do przodu wstępując tym samym do wnętrza siedziby Brzasku o dziwo nie czując strachu. Ciemność, mrok, to mnie nie przerażało, już nie.
-Lider chce z tobą porozmawiać więc lepiej się pośpiesz on nie lubi czekać. Dam ci też pierwszą i ostatnią darmową radę. Przytakuj mu we wszystkim bo zginiesz- i to by było na tyle jeżeli chodzi o poczucie bezpieczeństwa. Zostałam brutalnie popchnięta do przodu przez jednego z mężczyzn już nie wiedziałam, którego. Wszystko było labiryntem wąskich, ciemnych korytarzy. Nie wiedziałam gdzie mnie kierują, po prostu szłam aż do momentu gdy znalazłam się przed dużymi metalowymi drzwiami zupełnie sama. Lekko je uchyliłam niepewna tego co zastanę w środku.
- Wejdź. - Głęboki, niski głos dochodził z wnętrza pomieszczenia. Odetchnęłam, czując jak po moim ciele przebiega przyjemny dreszcz. Tym razem strach mógł mi dać siłę, której potrzebowałam, przyjemność, której tak długo nie odczuwałam. Weszłam do pokoju, który był równie mroczny jak cała reszta tego w co się wpakowałam. Na środku stało duże biurko, za którym siedział wyprostowany mężczyzna oświetlany przez blask świec stojących na ziemi. Wyglądał przerażająco i nie ulegało wątpliwości, że skoro jest przywódcą potężnej organizacji przestępczej właśnie taki jest. Po raz kolejny zaczynałam się bać.
- Aisu Sugi, poszukiwana w całym Kraju Śniegu płatna morderczyni... Wreszcie się spotykamy. Jaka szkoda, że musieliśmy czekać na to tyle lat- powiedział, a ja patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana, nie mogąc oderwać wzroku od emanującej od niego potęgi i oczu, które bez problemu rozpoznałam. Rinnegan. Chyba do tej pory nie zdawałam sobie sprawy przed jaką siłą zostałam postawiona. Nie czułam się gorsza, nie bez powodu znalazłam się w tym miejscu. Moje oczy, choć zwyczajne, kryły w sobie klątwę, przekleństwo towarzyszące mi od narodzin. Lód.
- Czemu czekaliście skoro jesteście małą armią profesjonalnych zabójców- spytałam w końcu głosem jak zwykle obojętnym. Lider uśmiechnął się delikatnie, a mimo wszystko nie wyglądał mniej strasznie.
-My wiemy wszystko Aisu, również to, że w Kraju Śniegu jesteś nie do pokonania, śmiercionośna jak każdy z członków tej organizacji- odparł, a ja zupełnie zmieniłam swoje nastawienie względem niego. - Jesteś nam potrzebna, twoje Kekkei Genkai to potęga, której nie posiada nikt inny, ponadto posiadasz istotną dla nas wiedzę na temat Wioski Ukrytej w Śniegu. Możesz mieć znaczący wpływ na koniec tego świata. Niewielu z tej organizacji dałoby radę cię pokonać, niewielu z tego świata dałoby radę zmierzyć się z twoją naturą. Daję ci wybór, Aisu. Przyłącz się do nas albo zgiń. - To stawało się już powoli nudne, po raz trzeci w ciągu dwóch dni zostałam postawiona przed tym samym wyborem i znów nie miałam szansy na ucieczkę. Nie chciałam już uciekać. Na krótką chwilę przymknęłam powieki, w tej chwili miałam już wszystkiego dość.
- Dołączę do was- powiedziałam w końcu i spojrzałam na zadowoloną twarz Lidera uświadamiając sobie, że słowa te były początkiem mojej śmierci.
-Witaj w Akatsuki, Aisu Sugi- powiedział po czym wstał i wypowiedział coś pod nosem. Chwilę później drzwi do jego gabinetu otworzyły się i do pomieszczenia wpadł rozzłoszczony Kakuzu- zaprowadź ją do pokoju- powiedział Pain i znów zaczęło się to co miało się skończyć. Zostałam wypchnięta z gabinetu i ciągnięta korytarzami aż znalazłam się przed, tym razem, drewnianymi drzwiami.
Westchnęłam głęboko i weszłam do pokoju, który od teraz miał być moim. Oświetlany był przez kilkanaście świeczek stojących w różnych miejscach. Rozejrzałam się dookoła, analizując każdy fragment pomieszczenia i zdając sobie sprawę, że było zupełnie normalne. W rogu stało łóżko, obok niego szafka nocna przy przeciwległej ścianie znajdował się stolik i szafki. Po mojej lewej stronie, zaraz obok wyjścia, znajdowały się kolejne drzwi prowadzące do niewielkiej łazienki. Zupełnie jakby obok mnie nie mieszkali jedni z najlepszych i najgroźniejszych znanych ninja, zupełnie jakbym teraz nie była jednym z nich.
Mei
Szłam powoli przed siebie. Znajdowałam się w jakimś mieście. Nie wiedziałam jakim. Wiatr bawił się moimi długimi brązowymi włosami. Zachodzące słońce raziło mnie w oczy, ale nie zatrzymywałam się. Nie mogłam. Wiedziałam, że jeśli przestanę iść już nigdy nie wznowię swojego marszu, nie będę miała sił, żeby żyć. Zawsze tak było. Nie znosiłam nocować w żadnym mieście. Pragnienie żeby zostać w nim na zawsze było zbyt silne. A ja nie mogłam się poddawać. Nie chciałam pokazywać rodzicom, że mieli rację, że nadaję się tylko do roli kury domowej. Oni nigdy we mnie nie wierzyli. Od samego początku byli przeciwko mnie.
Od zawsze widziałam osoby, których nie powinnam dostrzegać. Jako mała dziewczynka bałam się ich. Piszczałam i krzyczałam, kiedy słyszałam ich wyzwiska pod moim adresem, zasłaniałam się ramionami przed ich ciosami, które nigdy nie mogły mnie dosięgnąć. Wszyscy uznali, że jestem szalona, że jestem wariatką. Mało brakowało, a zamkniętoby mnie w psychiatryku. Na szczęście w porę się opamiętałam i przestałam opowiadać komukolwiek co widzę. A widzę... duchy. Do tej pory nie wiem jak udawało mi się wtedy je przyzywać, zaburzać ich wieczny spokój, ściągać z powrotem na ziemię. Teraz opanowałam tę technikę do perfekcji. Z każdym kolejnym dniem jestem w tym coraz lepsza. Wystarczy że określę teren, a wtedy wszystkie osoby, które kiedykolwiek w danym miejscu umarły są pod moją kontrolą. Tylko ja je widzę, tylko ja mogę im rozkazywać, tylko mnie nie mogą skrzywdzić, tylko ja słyszę ich pełen bólu i nienawiści krzyk, gdy je wykorzystuję i zmuszam je, aby zostały ze mną, zamiast udać się na lepszą stronę. Zawsze noszę też przy sobie zwoje, w których przechowuję najlepszych wojowników jakich spotkałam na swojej drodze. Dzięki temu nie muszę się martwić, że znajdę się w miejscu, w którym nikt nie umarł. Wiem. Jestem potworem. Ale obiecałam sobie, że zawsze będę silna, że udowodnię wszystkim, że choć jestem niska i drobna to nie dam sobą pomiatać. Poradzę sobie, choćbym miała zamienić się w bezdusznego mordercę, który zabija niewinnych ludzi tylko po to żeby mieć ducha, któremu mógłby rozkazywać.
Nikt nigdy nie uczył mnie walczyć. Do wszystkiego musiałam dojść sama. Niektóre umiejętności zdobyłam przez całkowity przypadek. Kiedyś jakiś facet napadł mnie na pustyni. Chciałam przywołać ducha, wyznaczyłam teren i chyba trochę za bardzo usiłowałam się skupić. Straciłam przytomność. Następne co sobie przypominam to rozkładająca się twarz jakiegoś mężczyzny. Okazało się, że moja moc chwilowo ściągnęła jego ducha do ciała. W miejscowej bibliotece znalazłam potem książkę, która wyjaśniła mi, że użyłam techniki zwanej Ninjutsu Reinkarnacji. Z tego co przeczytałam wynikało, że powinnam już nie żyć. Później tygodniami ćwiczyłam tę technikę za każdym razem stając się silniejszą. Przestałam dręczyć dusze dopiero kiedy mogłam jej użyć nie tracąc z wycieńczenia przytomności.
Niedawno odkryłam też, że potrafię leczyć ludzi. Niestety nie mam warunków, żeby doskonalić tą umiejętność. Ktoś mnie ściga. Wiem, że nie mogę się nigdzie zatrzymywać. Sypiam na całkowitym odludziu, w wioskach zatrzymuję się tylko na posiłek. Przez cały dzień maszeruję równym krokiem przed siebie. Nie zwalniam, nie przyśpieszam, nie odpoczywam. Kiedy nie mam już sił ustać na nogach i padam na kolana i dopiero wtedy szukam bezpiecznego schronienia na noc. Ten tryb życia niezbyt mi odpowiada, ale nie mam zamiaru dać się złapać. Kimkolwiek jest poszukująca mnie osoba, nie chcę wpaść w jej ręce.
Dzisiaj zmęczenie dopadło mnie w samym środku wioski. Walczyłam ze sobą, żeby nie upaść na ziemie, nie zwinąć się w kłębek i nie zasnąć. Słońce już zaszło. Ulice były prawie puste. Szłam z przymkniętymi powiekami. Głowa zaczynała mi opadać. Poderwałam ją i otworzyłam oczy.
Wtedy go zauważyłam. Stał kilka metrów ode mnie, ubrany w długi czarny płaszcz i słomiany kapelusz. Wiedziałam, że już gdzieś widziałam ten ubiór, ale zmęczenie nie pozwalało mi się nad tym głębiej zastanowić. Postanowiłam nie myśleć o czymś co jest bez znaczenia i tylko wyczerpałoby moją i tak już niknącą energię. Ale im bliżej niego się znajdowałam tym mocniejsza stawała się pokusa, żeby jeszcze raz na niego spojrzeć. W końcu nie wytrzymałam i podniosłam głowę. Stał jakiś metr przede mną. Mało brakowało, a bym na niego wpadła. Jednak nie to mnie zdziwiło. Czułam bijącą od nieznajomego siłę. Siłę, której ja nie miałam. Mój zmęczony umysł chciał dowiedzieć się o nim jak najwięcej, chciał znaleźć coś co da mu nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone, że kiedyś też będę taka silna. Bez wahania wyprostowałam się i spojrzałam mu prosto w oczy.
Oczy to zwierciadła duszy. A że moją specjalnością są dusze, to mogłam w nich wyczytać bardzo wiele. Przede wszystkim prawie wszystko o aktualnym stanie, nastroju, wykonywanym zadaniu, i innych rzeczach, które w tej chwili zaprzątały umysł danej osoby.
Te oczy były inne, bardziej skryte. Musiałam się bardziej wysilić, aby dojrzeć skrywane głęboko uczucia. Przez mój zmęczony umysł przeszła myśl, że może ten człowiek nie ma duszy, ale zdusiłam ją i zmusiłam się, żeby jeszcze mocniej się skupić. Moje ciało protestowało przeciwko tak wielkiemu wysiłkowi. Zacisnęłam szczęki i już miałam się poddać, kiedy dostrzegłam malutki płomyk emocji osoby stojącej naprzeciw mnie. Najpierw było to lekkie zadowolenie, nie potrafiłam określić jego źródła. Dopiero po chwili dotarł do mnie głęboki smutek i żal do całego świata.
Ogarnęło mnie współczucie. On na pewno wiele w życiu wycierpiał. I nadal cierpi. Nie zastanawiając się długo posłałam nieznajomemu pełen nadziei uśmiech. Nie odwzajemnił go. Patrzył na mnie zimnym stalowym wzrokiem, a do mnie po chwili dotarło dlaczego.
To on mnie ścigał. To przed nim uciekałam. To przez niego byłam tak wyczerpana.
Moje źrenice rozszerzyły się z przerażenia. W żyłach popłynęła czysta energia. W jednej chwili odwróciłam się i już biegłam w przeciwnym kierunku. Byle jak najdalej stąd, byle jak najdalej od niego.
Przypływ siły nie trwał długo. Ledwie zdążyłam wybiec z wioski moje obolałe ciało dało o sobie znać. Zmusiłam się, żeby biec dalej. Nie mogłam złapać oddechu, ręce mi drżały, a nóg już prawie nie czułam. W głowie kołatała mi tylko jedna myśl: ,, Byle jak najdalej stąd, byle jak najdalej od niego ". W końcu poczułam, że ziemia osuwa mi się spod stóp, umysł zalewa całkowita ciemność. I po chwili leżałam nieprzytomna na twardej ziemi.
Powoli zaczynałam się budzić. Nie chciałam tego. Pragnęłam zablokować wszystkie myśli i wrócić do krainy błogiej nieświadomości. Jednak to było już niemożliwe. Zanim zdążyłam otworzyć oczy wszystkie wydarzenia wczorajszego wieczoru powróciły do mnie sprawiając, że wstrzymałam oddech. Czy on mnie zabił? Nie wiedziałam. Ale gdziekolwiek teraz byłam było mi przyjemnie. Po raz pierwszy od bardzo dawna żołądek nie ściskał mi się z głodu, byłam czysta i nie czułam potrzeby żeby wstać i dalej uciekać. Znalazł mnie. Choćbym nie wiem jak się starała nie mogłam już uciec. Pewnie i tak nie żyję, więc co mi za różnica. Gdybym wiedziała, że po śmierci będzie mi tak dobrze to już dawno dałabym się złapać. Powoli rozluźniłam się i spróbowałam zasnąć. Nic z tego. Nigdy nie lubiłam leżeć na wznak. Zawsze zwijałam się w kłębek. Dzięki temu czułam się bezpieczniej. Spróbowałam podnieść nogę i aż krzyknęłam. Nie, na pewno nie umarłam. Po drugiej stronie nie istniał tak okrutny ból jakiego doznawałam w tej chwili. Ból, z którym zmagałam się codziennie rano kiedy wstawałam i zmuszałam się, żeby iść dalej. Dziś był jeszcze bardziej dokuczliwy, jakby chciał mi przypomnieć, że nie mogę się poddawać, że muszę dalej uciekać. Nie wiadomo co oni chcieli tu ze mną zrobić. Zacisnęłam zęby i użyłam całej siły woli, żeby się podnieść. Moje obolałe mięśnie drżały z wycieńczenia i błagały, żebym się nie ruszała. Nie słuchałam ich. Pragnienie, żeby się ratować było silniejsze od bólu. Dopiero kiedy stanęłam pewnie na nogach zdałam sobie sprawę, że zaciskam powieki. Westchnęłam cicho, powodując tym samym kolejną falę bólu, tym razem pochodzącego z moich płuc i otworzyłam oczy.
Znajdowałam się w niedużym pokoju. Było tu tylko łóżko i nieduży stolik, na którym stała do połowy spalona świeczka. Wyjrzałam przez malutkie okienko i zdałam sobie sprawę, że jest wczesny świt. Jednak do pomieszczenia wpadało bardzo niewiele światła, a świeczka nie dawała rady rozjaśnić mroku czającego się po kątach. Panująca dookoła ciemność sprawiła, że odezwała się moja klaustrofobia. Miałam ochotę zakryć uszy i zacząć przeraźliwie krzyczeć. Jednak wbiłam tylko paznokcie w dłoń i zacisnęłam zęby. Na chwilę znowu zamknęłam oczy i postarałam się wyrównać oddech, a potem wróciłam do obchodu pokoju. Wydawał się taki... normalny. Miałam ochotę znów położyć się na łóżku, zwinąć się w kłębek, zasnąć i udawać, że wszystko jest tak jak być powinno. Od tak dawna sypiałam na twardej ziemi, że zapomniałam jak wygodne jest zwyczajne łóżko. Jednak mój instynkt podpowiadał mi, że powinnam jak najszybciej uciekać. Dzięki niemu przetrwałam do tej pory, więc zamierzałam go słuchać.
Ostatni raz spojrzałam na palącą się świeczkę, symbol nadziei, której tak w tej chwili potrzebowałam, i dopiero teraz spostrzegłam leżącą obok niej kartkę. Rozejrzałam się zaniepokojona. Jak mogłam być tak nieuważna, żeby wcześniej jej nie zauważyć? A gdyby ON czaił się gdzieś w kącie? Też bym go nie zobaczyła? Na samą myśl o nim serce mi szybciej zabiło. Był przerażający. Ale te jego oczy... Nie wiedziałam co, ale coś mnie w nich przyciągały. Dusza była w nich tak głęboko ukryta, że prawie niezauważalna. Nigdy nie spotkałam nikogo takiego. Wszyscy inni nie mogli nic przede mną ukryć. Czytałam w nich jak w otwartych księgach. Co z nim było nie tak? A może to nie w nim tkwił problem tylko we mnie? Może tracę swoje zdolności?
Stop! To nie była pora, żeby zadręczać się takimi myślami.
Wolno podeszłam do stolika i chwyciłam karteczkę. W blasku świecy wydawała mi się przedmiotem pochodzącym prosto z piekieł, czymś co miało zaprowadzić mnie do samego diabła. Niewiele się pomyliłam.
Lider Akatsuki chciał się ze mną widzieć.
Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, bezwładnie osunęłam się na podłogę. A więc ten nieznajomy jest członkiem Akatsuki. Tak mi się wydawało, że skądś znam ten długi płaszcz i słomiany kapelusz. To wyjaśnia też fakt, że tak ciężko było mi dostać się do jego duszy. Siła i doświadczenie, a możliwe też, że okrucieństwo, zepchnęły ją na dalszy plan. Dla niego najważniejszą rzeczą na świecie jest wykonanie zadania.
Nie wiem jak długo siedziałam tak na podłodze wpatrując się bezmyślnie w ścianę, ale gdy w końcu się ocknęłam na zewnątrz było już całkiem jasno, a świeczka dawno się wypaliła. Rozejrzałam się po pokoju. Pomieszczenie, z którego wcześniej tak bardzo chciałam uciec, teraz wydawało się bezpiecznym schronieniem. Ale wiedziałam, że muszę stąd wyjść.
Wstałam. Moje ciało wyraziło sprzeciw przed tak gwałtownym ruchem, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Jak najszybciej chciałam mieć to za sobą.
Korytarz był pogrążony w całkowitym m roku. Instynktownie wybrałam kierunek. Wiedziałam, że mam się znaleźć schody i iść w górę, aż na ostatnie piętro. Nie uśmiechało mi się błąkać samej po ciemnych korytarzach, ale nie miałam wyjścia. Kiedy w końcu znalazłam schody prawie się na nich nie zabiłam. Kilka razy potknęłam się wchodząc na górę. Po raz pierwszy w życiu żałowałam, że mam pełny brzuch. Żołądek ze strachu fikał mi koziołki, tak, że bałam się, że niedługo nie będzie już taki hm... pełny.
Jakimś cudem dotarłam na ostatnie piętro. Rozejrzałam się dookoła, ale i tak nic nie widziałam. Chcieli mnie przestraszyć i udowodnić mi, że nie jestem na tyle niebezpieczna, żeby dawać mi obstawę. Zdawali sobie sprawę, że nie mam gdzie uciec. Na samą myśl o tym coś się we mnie zagotowało. Wyprostowałam się ignorując ból pleców i ruszyłam prosto przed siebie. Moja wyobraźnia podsuwała mi obrazy sunących ku mnie ścian. Klaustrofobia znowu się odezwała. Choć wydawało mi się to niemożliwe, z każdym kolejnym krokiem mrok wokół mnie gęstniał. Miałam wrażenie, że idę przez całą wieczność, aż w końcu uderzyłam czołem w drzwi.
- Chole...! - zaczęłam zbyt zaskoczona, żeby rozsądnie myśleć.
Nie zdążyłam dokończyć, bo drzwi przede mną się uchyliły. Na korytarz wpadła niewielka ścieżeczka światła.
Wstrzymałam oddech. Czekałam, aż ktoś mnie zawoła, szerzej otworzy drzwi, ale nic takiego się nie stało. Zebrałam się, więc na odwagę, pociągnęłam za klamkę i weszłam do środka.
Po tak długiej wędrówce w całkowitych ciemnościach delikatny blask kilkunastu świec wydawał mi się oślepiający. Zmrużyłam oczy i czekałam, aż mój wzrok przyzwyczai się do światła. Dopiero wtedy rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie było zbyt wiele do oglądania. Stało tu jedynie potężne biurko, o które opierał się lider Akatsuki.
Chciałam coś powiedzieć, udowodnić, że jestem silniejsza niż myśli, ale strach ścisnął mi gardło. Wiedziałam, że stanie ze spuszczoną głową mi nie pomoże, więc lekko uniosłam podbródek. Jednak nie odważyłam się spojrzeć mu w oczy. Bałam się tego co w nich zobaczę. Nie pozbierałabym się po tym do końca życia.
Żeby się uspokoić przywołałam obraz oczu nieznajomego, który mnie tutaj sprowadził. Pomogło od razu. Nieokiełznany strach zastąpiło opanowanie i kiełkująca w sercu nienawiść. Mógł mnie od razu zabić. Teraz jeżeli nie zrobi tego lider Akatsuki to pewnie padnę na zawał.
- Witamy Mei Hayashi ! - powiedział zimnym jak lód tonem.
Udało mu się na chwilę zburzyć mój spokój samym głosem.
Oczy, oczy, oczy.
Lekko skinęłam głową na powitanie. Mężczyzna nie lubił owijać w bawełnę. Od razu przeszedł do rzeczy.
- Obserwowaliśmy cię. Odkąd wskrzesiłaś tego człowieka na pustyni. Sasori cię wtedy uratował.
Sasori? Skorpion. Lalkarz. Gdzieś już o nim słyszałam. Jednak hipnotyzujący głos mężczyzny stojącego przede mną nie pozwalał mi się skupić.
Oczy, oczy, oczy.
- Powinnaś już nie żyć.
Ha, jakbym o tym nie wiedziała. Oczy, oczy, oczy.
- Jednak to co zrobiłaś to nie było do końca Ninjutsu Reinkarnacji. Ten człowiek po kilku godzinach z powrotem przeszedł na drugą stronę. Uciekłaś nam wtedy. Długo nie mogliśmy cię znaleźć. Aż do teraz.
Umilkł na chwilę czekając wyraźnie na odpowiedź. Nie udzieliłam jej.
- Przysporzyłaś nam sporo kłopotów Mei - powiedział.
- Macie zamiar mnie zabić?! - Nie wytrzymałam. Musiałam wiedzieć co się ze mną stanie.
Nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że jego twarz pociemniała.
- Nie - odpowiedział zadziwiająco spokojnie. - Na razie jesteś nam potrzebna.
Wciągnęłam głęboko powietrze i starałam się nie zemdleć. Oczy, oczy, oczy.
Kąciki ust lidera uniosły się w niebezpiecznym uśmiechu.
- Niedługo znów je zobaczysz. Ich właściciel będzie pracował z tobą nad ulepszeniem twojej techniki uzdrawiania.
[Witamy na naszym blogu, tak jest nas dwie więc niech nikt nie będzie przerażony długością rozdziałów ponieważ jest on pisany z perspektywy dwóch osób. Mamy nadzieję, że nasz rozdział spodoba się na tyle by ktoś chciał tu zajrzeć drugi raz :) ]
Subskrybuj:
Posty (Atom)