niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 4

Mei

Tym razem się nie spóźnię. Gdy schodziłam po schodach moje poobijane usta, wykrzywione były w grymasie, który kiedyś można było nazwać uśmiechem. Wyglądałam okropnie. Tak też się czułam. Ale było lepiej niż wczoraj. Lepiej niż kiedykolwiek odkąd opuściłam dom. W nocy, kiedy z bólu budziłam się co godzinę, wiele sobie przemyślałam. Zbyt długo nie byłam sobą, zbyt długo strach kierował moim życiem. Teraz nie było już dla mnie nadziei, postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę. Czułam ogromny szacunek dla wszystkich członków Akatsuki, ale nie mogłam dać im możliwości przemienienia mnie w bezlitosnego mordercę. Nie miałam zamiaru zabijać i nie nigdy nie pozwolę się do tego zmusić. Może byłam idiotką, może byłam szalona, może zbyt nisko ceniłam własne życie, ale nie potrafiłam tego zmienić, nie chciałam nawet próbować.
Nie wiedziałam na czym ma polegać nasza misja, ale po tym co wczoraj zobaczyłam, przestałam się łudzić. To nie będzie nic łatwego, nic niewymagającego wysiłku. Musiałam przygotować się na najgorsze. Mimo tego szłam dalej z głupkowatym uśmiechem na ustach, aż dotarłam do wielkiego głazu zasłaniającego wyjście z siedziby Akatsuki. Ostatnim razem, kiedy znalazłam się w tym miejscu, odsunął się sam. Teraz tak nie było. Nieważne ile razy bym do niego nie podchodziła, skakała, szukała jakiś szczelin, drapała, to i tak głaz nie podniósł się do góry. Zrezygnowana oparłam się o niego plecami i osunęłam na ziemię. Aisu mnie zabije zanim jeszcze wyruszymy. Oparłam głowę na kolanach, ale już po chwili stałam i miotałam się, jak zwierzę uwięzione w klatce. To było niesprawiedliwe. Kiedy w końcu postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce, działo się coś takiego. Zrezygnowana ruszyłam w drogę powrotną. Cały mój wcześniejszy entuzjazm wyparował. Miałam ochotę krzyczeć z frustracji. Szłam coraz szybciej. Już prawie biegłam. Wszystko dookoła zamieniło się w jedną zamazaną, ciemną plamę, która zdawała się napierać na mnie z każdej strony. Musiałam się stąd wydostać. Miałam wrażenie, że zaraz oszaleję. Albo się rozpłaczę. Albo jedno i drugie. Przeklęta klaustrofobia.
Zatrzymałam się gwałtownie. Panika w niczym mi nie pomoże. Oddychałam płytko i nierówno, moim ciałem wstrząsały dreszcze, a na skroni pojawiła się kropelka potu. Zacisnęłam dłonie w pięści i postarałam się uspokoić. To była tylko malutka przeszkoda na mojej drodze, którą zazwyczaj ominęłabym bardzo chytrym sposobem, ale po dwóch dniach w tym miejscu nawet taka niedogodność wyprowadzała mnie z równowagi. Moja psychika nie wytrzyma dłuższego pobytu w siedzibie Akatsuki.
Zobaczyłam poruszający się cień. Pisnęłam cicho i przylgnęłam plecami do kamiennej ściany, choć i tak wiedziałam, że nie ma to sensu. Ktokolwiek nadchodził, był członkiem Akatsuki. Ich nie da się oszukać, nie da się przed nimi ukryć, nie da się od nich uwolnić, nie da się ich pokonać. Próbując, popełniałabym niewybaczalny błąd, za który zapłaciłabym najwyższą cenę.
Moim oczom ukazał się młody mężczyzna. Nie wyglądał na niebezpiecznego, ale przecież nikt, kto nie jest niebezpieczny, nie mógłby nosić płaszcza Akatsuki. Przechyliłam głowę i przyjrzałam mu się uważniej. Był średniego wzrostu, miał jasne włosy i niebieskie oczy. Mógł stać się moją przepustką na wolność. Pod warunkiem, że dobrze to rozegram.
Przywołałam na twarz radosny uśmiech i odepchnęłam się od ściany.
- Jestem Mei - powiedziałam, stając przed nim.
Wyglądał na zaskoczonego. Pewnie nie często zdarzało się, żeby jakaś mała idiotka stawała mu na drodze, susząc zęby jakby najadła się kleju. Nawet się nie przywitałam. Chyba powinnam to zrobić. Może on nie lubił bezczelności?
Przez chwilę staliśmy w krępującym milczeniu. Czułam się strasznie głupio. Znowu.
- A ja Deidara - odpowiedział nagle, odwzajemniając uśmiech.
Nabrałam pewności siebie.
- No więc, co tutaj robisz? - zapytałam.
Deidara wymownie rozejrzał się dookoła.
- No dobra. To było głupie pytanie. Chciałam po prostu zacząć rozmowę. Nie lubię ciszy.
- Możemy porozmawiać o sztuce - zaproponował.
Od razu się rozpromieniłam. Uwielbiałam sztukę. To była jedyna rzecz w jakiej byłam dobra. Śpiew, malarstwo, poezja. Kochałam to. Przynajmniej kiedyś. Odkąd odeszłam z domu nie miałam na to czasu. Na początku próbowałam śpiewać sama sobie dla zabicia czasu, ale w końcu stwierdziłam, że zabiera to za dużo energii. Rysować też nie mogłam. Przez cały dzień musiałam iść. Uciekać.
- A jaką konkretnie dziedziną sztuki się interesujesz? - zapytałam dość oficjalnie, żeby ,,wybadać grunt''. Nie chciałam palnąć żadnej głupoty, zdenerwować go, czy sprowokować.
Nachylił się w moją stronę, jakby chciał zdradzić mi najważniejszą tajemnice świata.
- Wybuchy... yhm.
Uniosłam brwi. To było już trochę dziwne. Miałam ochotę powiedzieć coś złośliwego, ale w ostatniej chwili powstrzymałam się. Deidara wydawał się całkiem fajny, ale wiedziałam, że musi być śmiertelnie niebezpieczny. Zagryzłam ze zdenerwowania dolną wargę. Jedno niewłaściwe słowo i już po mnie.
- Interesujące. A dlaczego akurat wybuchy? - zapytałam tonem eksperta, marszcząc przy tym brwi. Wiedziałam, ze każdy artysta uwielbia opowiadać o swojej sztuce, chce ,,zarazić'' nią jak największą liczbę osób.
- Sztuka jest eksplozją... yhm - odpowiedział z pasją. - Jest ulotna, chwilowa, nie da się jej zatrzymać na dłużej.
Ze zdziwienia i zachwytu otworzyłam usta. W jednym zdaniu wyraził wszystkie moje przemyślenia na temat sztuki. Chciałam zobaczyć jego dzieła. Musiały być niesamowite. Tak jak ich twórca.
Myślałam, że rozpłaczę się ze szczęścia. Z tym człowiekiem miałam szansę znaleźć wspólny język. Nie był dużo starszy ode mnie. Po raz pierwszy od wielu tygodni szczerze się roześmiałam.
Chłopak wyglądał jakby chciał mnie zabić. Chyba źle zrozumiał mój wybuch wesołości.
- To jest właśnie piękno sztuki - pisnęłam jak mała dziewczynka. - Trzeba się nią cieszyć póki trwa. Dzięki jej ulotności możemy ją docenić. Jeśli coś jest trwałe, to wiele pokoleń może to oglądać. Nikt wtedy nie będzie się dokładnie przyglądał dziełu, bo przecież jest szansa, że zobaczy je po raz kolejny. Sztuka powinna być spontaniczna, delikatna, krucha, a jednocześnie zabójcza. Kiedy ją widzimy musimy czuć się dumni z zaszczytu jej podziwiania.
Mówiłam tak szybko, że miałam wrażenie, że zaraz się uduszę. Jednocześnie nie mogłam przestać się uśmiechać.
- W końcu znalazł się ktoś, kto nie ignoruje prawdziwej sztuki... yhm.
Wydawał się być w miarę przyjaźnie nastawiony, ale wolałam nie ryzykować. Jedno niewłaściwe słowo z moich ust mogło skrócić mnie o głowę. Dlatego pozwalałam mówić jemu. Zadawałam niegroźne pytania i wsłuchiwałam się w jego opinię. Było to wbrew mojej naturze. Zazwyczaj nie mogłam powstrzymać się od bezsensownej paplaniny. Jednak ta rozmowa była naprawdę bardzo przyjemna i ciekawa. Mimo drobnych niedogodności, czułam się bardziej sobą niż kiedykolwiek od ostatniego spotkania z Kinjim.
Nawet nie zauważyłam, kiedy doszliśmy do wyjścia z siedziby. Co więcej, nawet nie zauważyłam, kiedy ruszyliśmy.
- Deidara? - zaczęłam niepewnie. - Czy mógłbyś mi w czymś pomóc?
To była chwila prawdy. Albo mnie zabije, albo pomoże.
Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Nie dostrzegłam na jego twarzy żadnej zmiany. Ledwie mogłam się powstrzymać przed spojrzeniem mu prosto w oczy. Wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Tak naprawdę nie chciałam wiedzieć, co siedzi w głowie zawodowego mordercy, co myśli przed zabiciem kolejnej ofiary. Spuściłam, więc głowę i zaczęłam mamrotać coś bezsensownie pod nosem.
- No bo wiesz... Aisu mnie zabije... Mamy misję... Nie wiem co mamy zrobić... Nie chcę iść. Nie mogę się spóźnić. I tak nie przeżyję, ale chcę coś udowodnić. Nie wiem komu. Może sobie, może jej, może całemu światu. Muszę się stąd wydostać. Bo się spóźnię. a wtedy ona mnie zabije. Rozumiesz mnie, prawda?
Podniosłam wzrok, wcale nie wyczekując odpowiedzi. Zdawałam sobie sprawę, że prawdopodobnie nie zrozumiał ani jednego słowa z tego, co powiedziałam.
Stał tam, gdzie przed chwilą, ale za nim nie było już kamienia. Otworzył wyjście, a ja nawet tego nie zauważyłam. Otworzyłam usta zdumiona jego szybkością i jednocześnie przerażona swoją bezmyślnością. Przecież on był członkiem Akatsuki. Można było się tego po nim spodziewać. Z moją nieostrożnością dziwne było, że przetrwałam w tym miejscu aż tak długo. Wyszczerzyłam do niego zęby, jak małe dziecko, które dostało ciastko. Odwzajemnił uśmiech, a po chwili już go nie było. Wybiegł na zewnątrz. Pewnie też miał jakąś ważną misję. Oby tylko nic mu się nie stało. Wydawał się inny niż reszta członków Akatsuki. Żałowałam, że pierwszego dnia mojego pobytu tutaj zamiast Aisu nie odwiedziłam jego. Nasza znajomość mogła się zacząć o wiele ciekawiej.
O cholera, o czym ja myślę? Teraz najważniejsze jest, aby przetrwać jak najdłużej. Na tym muszę się skupić.
Zrezygnowana kilka razy uderzyłam czołem w kamienną ścianę zanim wyszłam na zewnątrz. Jasne słońce na chwilę mnie oślepiło. Pisnęłam radośnie, wyrzucając ręce w górę i stając na palcach. Chciałam czuć słońce na każdym skrawku skóry, na każdej cząstce poranionej duszy. Potrzebowałam przynoszącego ukojenie dotyku promieni, płomyczka złudnej nadziei. Jeszcze nigdy nie cieszyłam się tak z widoku słońca, po prostu go nie doceniałam. To się zmieniło. Postanowiłam, że będę cieszyć się nawet najdrobniejszym pięknem, bo tego wielkiego mogę już nie zobaczyć.
No dobra, muszę wziąć się w garść. Przez chwilę stałam zdezorientowana, zastanawiając się w którą mam iść. Nie za bardzo pamiętałam, jak dojść na górę, na której wczoraj ćwiczyłyśmy, albo raczej, na której Aisu się nade mną znęcała.  Całe szczęście przypomniałam sobie, że wzniesienie zasłaniało nam znikające za horyzontem słońce, więc powinnam skierować się na zachód.
Nie przeszłam nawet dwudziestu metrów, kiedy zdałam sobie sprawę, że przecież wzgórze, którego szukam jest tuż przede mną. W przedpołudniowym świetle wydawała się niższa, mniej niedostępna. Straciła całą tajemniczość. W przeciwieństwie do stojącej na niej osoby. Ona była równie piękna, nieosiągalna, wyniosła i zabójcza jak wczoraj.
Zacisnęłam z wściekłości usta. Ona robiła wszystko, żeby mnie upokorzyć. Właśnie przez takie zachowanie ludzie tracą wiarę w siebie. Chciałam przyjść pierwsza, choćby dla własnej satysfakcji, ale ona zawsze musi być pierwsza... Nic dziwnego. W końcu jest najlepsza. We wszystkim.
I znowu nasunęło się pytanie: co ja tu właściwie robię? Po co im moja pomoc? Przecież ja nic nie umiem. Będę im tylko przeszkadzać. Niestety motywy, które kierowały liderem były nieodgadnione. Nie miałam szans go zrozumieć. Nie miałam szans na zrozumienie kogokolwiek w Akatsuki. No może pomijając Deidarę. Z nim pewnie potrafiłabym znaleźć wspólny język.
Z westchnieniem irytacji rozpoczęłam wspinaczkę. Zajęła mi ona dobre dziesięć minut. Z każdym kolejnym krokiem złość ze mnie ulatywała. Gdy stanęłam na szczycie byłam całkowicie spokojna. Spojrzałam na stojącą nieruchomo Aisu. Kiedy wchodziłam, co jakiś czas zerkałam na nią, a ona nie drgnęła ani razu. Podziwiałam ją za to, ale równocześnie coraz bardziej się jej obawiałam. Nie zachowywała się jak człowiek.
- Jestem - powiedziałam, żeby zwrócić jej uwagę, choć byłam pewna, że usłyszała jak szłam, albo w inny sposób wyczuła moja obecność.
Nawet się nie odwróciła, w ogóle nie zareagowała.
Odchrząknęłam znacząco.
Dalej nic.
- Aisu! - pisnęłam tonem małej obrażonej dziewczynki.
Bycie ignorowanym jest strasznie denerwujące. Obeszłam ją dookoła. Chciałam spojrzeć w jej zimne złote oczy i sprawdzić, co się w nich czai, co w tej chwili czuje, ale były zamknięte. Nie byłam pewna czy śpi, czy po prostu rozmyśla. Na wszelki wypadek wolałam jej nie przeszkadzać.
Położyłam się na jakimś dużym kamieniu. Przyjemnie było tak po prostu poleżeć w pełnym słońcu. Jednak wydarzenia ostatnich dni nie dawały mi spokoju. Gdy tylko próbowałam oczyścić umysł, wszytko wracało. Nie chciałam o tym myśleć. Odcinałam się od tego jak tylko mogłam.
Usiadłam i znów spojrzałam na Aisu. Nie ruszyła się nawet o milimetr. Zastanawiałam się, czy aby nie podejść i nie potrząsnąć nią, ale to by się mogło źle dla mnie skończyć.Chwyciłam garść drobnych kamyczków, leżących u moich stóp i zaczęłam układać je w różne wzorki. Zaczął powstawać mały obrazek. Przypominał trochę psa. jeden kamyk był większy od innych i nie miałam pojęcia, gdzie go ułożyć. Przez chwilę przyglądałam mu się bezmyślnie, aż do głowy wpadł mi świetny pomysł. Może gdybym rzuciła tym kamieniem w Aisu, to by się obudziła. Mogłabym jej potem powiedzieć, że to Deidara ćwiczył wybuchy i odłamki skał doleciały aż tutaj. Ale ona nie jest głupia i pewnie nie uwierzyła by mi. Poza tym kamyczek był za ładny, żeby mógł pochodzić od skały. Pozostawało mi więc tylko czekać z nadzieją, że Aisu kiedyś się w końcu obudzi. Ze złości i bezradności zaczęłam uderzać piętami o ziemie. To nie było sprawiedliwe.
- Idziemy.
Na dźwięk jej głosu aż podskoczyłam.
Przeniosłam wzrok z kamyka na Aisu,a  potem znów spojrzałam na kamyczek.
- Dokąd idziemy? - zapytałam cichutko.
Nie odpowiedziała.
- Aisu! - krzyknęłam, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. - Nie ignoruj mnie! Mam prawo wiedzieć coś o tej misji skoro na nią idę.
Znów brak jakiejkolwiek reakcji. Zaczynałam się coraz bardziej denerwować.
- A poza tym, to byłam tu już pół godziny temu. Byłam gotowa do drogi, a ty sobie tak stałaś i nie miałaś zamiaru się ruszać. Może teraz to ja nie mam ochoty nigdzie iść...
Aisu popatrzyła na mnie tymi swoimi złotymi oczami i już po chwili jej nie było. Biegła na południe. Wrzasnęłam z irytacji i ruszyłam za nią. Dlaczego nikt nigdy nie liczył się z moim zdaniem?
Była szybka. Bardzo szybka. Wiedziałam, że nie była to nawet ćwiartka jej możliwości. Specjalnie zwolniła, żebym mogla ją dogonić, co mimo tego i tak przyszło mi z wielki trudem. Wczorajsze wydarzenia znacznie odbiły się na mojej sprawności. Przynajmniej tak sobie wmawiałam. Już po kilku minutach biegu mój oddech znacznie przyśpieszył, a z gorąca przed oczami zaczęły pojawiać się białe plamki. Doszłam do wniosku, że jeśli skupię na czymś uwagę, to łatwiej będzie mi zapomnieć zmęczeniu. Przyglądałam się uważnie mijanemu po drodze krajobrazowi, szukając czegoś ciekawego. Nic. Wszędzie tylko piach i kamienie. To wszystko było nużące. W końcu mój umysł zaczął pracować na wyższych obrotach. W każdym większym głazie odnajdywał jakąś część człowieka. Tutaj widziałam głowę, tam nogę, a jeszcze w innym miejscy palec. Próbowałam wyjaśnić w jaki sposób ci ludzie się tu dostali, jakim cudem zostali zamienieni w kamień. W każdej kolejnej minucie do głowy przychodził mi kolejny pomysł uniemożliwiający kontynuowanie poprzedniej historii. Doszło do tego, że nie wiedziałam, która z nich jest prawdziwa. Może każda. Może żadna. Wszystko przykryła delikatna biała mgła. Nie mogłam na niczym skupić wzroku.
Krajobraz powoli zaczynał się zmieniać. Kątem oka dostrzegałam plamki zieleni, które po chwili znowu znikały w brudnozłotym piasku.
Na dodatek Aisu znów przyspieszyła. Nie potrafiłam skupić się na biegu. Traciłam kontrolę nad swoimi ruchami. Upadłam. Nie wiedziałam nawet kiedy. W jednej chwili stałam pewnie na nogach, a w drugiej moje dłonie były zagrzebane w piasku. Przełknęłam ślinę. Gardło miałam straszne suche. Wszystko wokół mnie zawirowało, kiedy próbowałam się podnieść. Udało się. Ruszyłam.
Biegnij. Biegnij. Biegnij. 
Ale po co? Zmęczyłam się. Mam prawo odpocząć.
Nie! Szybciej. Musisz ja dogonić!
Kogo? Po co ja w ogóle  ruszyłam. Jest za gorąco na ćwiczenia.
Szybciej!
Nie wiedzieć czemu słuchałam tego głosu. Jednak, choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafiłam uzyskać dawnej szybkości. Moje ciało zwalniało, choć umysł kazał mu biec. Postać przede mną coraz bardziej się oddalała. Nie rozumiałam, czemu nie chciałam jej zgubić. Nie rozumiałam już niczego.
Osunęłam się na ziemię. Ledwie zdążyłam wstać, a już leciałam z powrotem. Tylko, że tym razem nie upadłam na piasek, ale na coś przyjemnie zimnego i twardego.
Lód? Ale jak? Aisu.
Poczułam, że znów się poruszam. Ostrożnie podniosłam głowę. Aisu biegła z zawrotna prędkością, a fala lodu, na której leżałam wiernie sunęła za nią.
Wszystko dookoła było zamazane. Od patrzenia na szybko mijane kształty robiło mi się niedobrze. Zamknęłam oczy, skuliłam się w pozycji embrionalnej, skrzyżowałam ręce w nadgarstkach i ułożyłam na nich głowę. Przez chwilę cieszyłam się chłodem lodu i świecącym na twarz słońcem, a potem zasnęłam.

Strasznie bolała mnie głowa. Byłam zmęczona. Chciałam znów zasnąć, ale jeszcze bardziej byłam spragniona. Przez chwile wahałam się co zrobić, aż w końcu postanowiłam znaleźć ,,złoty środek". Podniosłam się na łokciu i rozejrzałam dookoła. Leżałam na podłodze w jakimś obcym, skromnym pokoiku. Stał tu stolik z dwoma krzesłami, szafa i łóżko. Łóżko! A ta cholerna Śnieżynka położyła mnie na podłodze. Nie daruję jej tego. Chciałam zakląć pod nosem, ale gardło miałam tak suche, że nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
Usiadłam i wyciągnęłam jeden ze swoich zwojów. Duch zwykłego mężczyzny. Dobrze. Zwyczajnych ludzi łatwiej było kontrolować. Po ostatnich wydarzeniach z duchem wykonującym techniki w oparciu o chakrę natury wiatru, wolałam nie ryzykować.
Ostrożnie rozwinęłam  zwój, czekając na znajomy podmuch chakry. Wiedziałam, że ucieka ona ze mnie, wyrywa dusze z ich świata, zakłóca spokój, trzyma je tutaj wbrew woli, zasila każdy ruch, ale i tak kochałam to uczucie. Spojrzałam na stojąca przede mną postać. Widziałam ją dość wyraźnie. Odetchnęłam z ulga.
Przynieś mi wadę - rozkazałam w myślach.
Duch pochylił głowę i wyszedł przez drzwi, nie otwierając ich.
Zaczęłam sprawdzać w jakim stanie jest moje ciało. Skórę miałam wysuszoną i szorstką od zbyt długiego przebywania na słońcu, a na ramieniu pojawił się wielki siniak. Aisu! Pewnie rzuciła mną o podłogę, zamiast normalnie mnie położyć. Od razu też nasuwa się pytanie, jakim cudem się wtedy nie obudziłam? Musiałam być naprawdę zmęczona.
Przypomniałam sobie, co się właściwie wydarzyło. Bieg, kamienie, historie, zmęczenie. Znów zapomniałam, gdzie jestem, co robię i po co. Zdarzało się to odkąd pamiętam. Rodzice zawsze myśleli, że żartuję, nigdy mi nie wierzyli. Jednak ostatnio zaniki pamięci zdarzały się coraz częściej. Zaczynałam się martwić. Co jeśli pewnego dnia stracę wspomnienia i one nie powrócą? Zapomnę kim jestem, po co żyję, nie zostanie po mnie nic oprócz żyjącego ciała, bo moja tak strasznie poraniona dusza rozpadnie się na milion kawałeczków. Może właśnie o to chodzi. Może zbyt mocno ranię swojego ducha, może chce on wydostać się z tego ciała i nie musieć oglądać jego wspomnień.
Czy właśnie dlatego członkowie Akatsuki potrafią tak bezwzględnie zabijać? Nie chciałam tego wiedzieć. Wystarczyło, że zajrzałam w oczy Sasoriego. Mogłam zagłębić się w nie jeszcze bardziej, ale nie potrafiłam znieść tego, co było tylko cieniem jego duszy, nie mówiąc już o tym co było dalej. Powiadają, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Na własnej skórze przekonałam, się, że  maja rację. Chociaż moje piekło i tak by mnie dopadło niezależnie od tego, czy spojrzałabym w te oczy, czy nie.
Usłyszałam skrzypnięcie drzwi i gwałtownie poderwałam się na nogi. To był tylko duch. Odebrałam od niego kubek z zimną wodą.
- Dziękuję - powiedziałam bezgłośnie, uśmiechając się smutno.
Jego twarz wykrzywił grymas bezsilnej wściekłości, ale nic nie odpowiedział. Ciężko było żyć, wiedząc, że ci, którzy są twoja siłą, nienawidzą cię.
Odstawiłam kubek na stolik i powoli zwinęłam zwój. Nie chciałam, żeby cierpiał dłużej niż to konieczne.
Nigdy w życiu zwykła woda tak bardzo mi nie smakowała. Działała na moje gardło lepiej niż jakiekolwiek lekarstwo.
Drzwi znów skrzypnęły. Tym razem się nie przestraszyłam, choć powinnam. Do pokoju jak burza wpadła jakaś kobieta. Miała długie jasne włosy splecione w dwa warkocze, była wysoka i pulchna, kilka lat starsza ode mnie.
- Gdzie ona jest?! - krzyknęła przez łzy.
Patrzyłam na nią bezmyślnym wzrokiem, zastanawiając się, o kim ona mówi.
- No gdzie?! Odpowiadaj jak cie pytam! - Podbiegła do mnie i zamachnęła się ręką. Chciała mnie uderzyć
Odskoczyłam w bok. Wtedy jej wzrok padł na kubek, który wciąż trzymałam w dłoni.
- Skąd to masz?! Jak możesz pić z tego kubka?! On należał do niej! - Łzy zaczęły jeszcze obficiej płynąć po jej policzkach. Upadła na kolana i zaczęła przeraźliwie szlochać.
Współczułam jej. Tak strasznie cierpiała... Podeszłam do niej, dotknęłam jej twarzy i popatrzyłam w oczy.
Kilka dni temu zginęła jej matka. Bardzo za nią tęskni. Gdy widzi jej kubek dryfujący w powietrzu stwierdza, że ona ciągle tutaj jest i daje jej znak, jak ma się z nią skontaktować. Mamusia ją kocha, chce jej szczęścia, nie opuści jej. Wszystko będzie dobrze. Razem przetrwają wszystko.
Odsunęłam się od dziewczyny, ale wciąż czułam jej ból i tęsknotę. Nie mogłam odizolować się od tych emocji, widząc ją płaczącą i moich stóp.
- To nie była twoja matka - wyszeptałam przepraszająco. - To był inny duch. Jednak myślę, ze mogę ci pomóc.
Podniosła głowę i popatrzyła na mnie wielkimi szarymi oczami.
- Jak?! Ona nie żyje!
- Będziesz mogla z nią porozmawiać. - Mój głos brzmiał dziwnie spokojnie. Tak bardzo chciałam jej pomóc, tak bardzo pragnęłam jej szczęścia...
Poderwała się gwałtownie z podłogi.
- Naprawdę możesz to zrobić?
- Tak.
Utonęłam w jej uścisku. Poczułam się jak małe dziecko. Była ode mnie dużo wyższa, nie sięgałam jej nawet do ramienia, ale z nas dwóch to ja byłam silniejsza. Chociaż raz mogłam cieszyć się tym uczuciem.
- Chodźmy już.
- Gdzie? - pisnęła nienaturalnie wysokim głosem.
- Na cmentarz. Musisz mi pokazać grób swojej matki.
Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą na korytarz, a potem na zewnątrz. Nie miałam nawet czasu przyjrzeć się domowi,  w którym przebywałam. No i gdzie jest Aisu? Czyżby mnie zostawiła?
W mgnieniu oka znalazłyśmy się na cmentarzu. Wyglądał niesamowicie w świetle zachodzącego słońce. Tak strasznie, tak pięknie. Wszystko dookoła zdawało się wołać do mnie, abym zatrzymała się na chwilę i wysłuchała historii, pochowanych tu ciał, abym zobaczyła, jak odchodzą z nich dusze.
Jednak stojącą obok mnie dziewczynę interesowała tylko jedna dusza.
- Jak się nazywasz? - zapytałam, w końcu spoglądając na grób jej matki.
- Jun - odpowiedziała cichutko.
Podeszłam kilka kroków bliżej. Odetchnęłam głęboko, musiałam się skupić.
Splotłam palce obu dłoni i zatoczyłam nimi maleńkie kółeczko. Zamknęłam oczy, koncentrując się na Jun, jej uczuciach związanych z matka. Już prawie, jeszcze tylko chwila.  Gwałtownie rozprostowałam palce. Wokół grobu dostrzegłam delikatna połyskująca nić, a po chwili przede mną stała kobieta łudząco podobna do Jun.
Była zdezorientowana. Rozejrzała się dookoła. Jej wzrok padł na mnie, a potem na Jun. Spojrzała na córkę z miłością i spróbowała jej dotknąć. Nie mogła. Nie mogła dotknąć niczego i nikogo bez mojego wyraźnego  polecenia. Chyba to sobie uświadomiła, bo popatrzyła na mnie lodowatym wzrokiem.
- Czego chcesz? - warknęła.
- Daj jej znak, że tutaj jesteś - poleciłam chłodno.
Jej ręka powędrowała w stronę policzka Jun, która wzdrygnęła się pod tym dotykiem.
- Mamo? - pisnęła. - Naprawdę tu jesteś? Mamo! tak za tobą tęskniłam.
I wtedy jej ciało zaczęła pokrywać warstwa lodu. Nie wiedziałam co się dzieje, dopóki nie zobaczyłam stojącej u bram cmentarza Aisu. Zanim zdążyłam zareagować zacisnęła pięść, miażdżąc dziewczynę zamkniętą w lodowej bryle.Ukryłam twarz w dłoniach, chroniąc ją przed strumieniem krwi. Odwróciłam się i ujrzałam ducha unoszącego się nad tym co pozostało z ciała Jun. Nie było tego dużo. Wszystko zamieniło się w dziwną papkę przypominającą mielone mięso. Między nagrobkami leżała jej dłoń i kilka innych części ciała. Ale w najlepszym stanie była głowa. Oczy wypadające prawie z orbit, strużka krwi wypływająca z rozchylonych ust. Rozerwany policzek odsłaniający wszystkie zęby. Wiedziałam, że długo nie zapomnę tego widoku. W tym momencie cieszyłam się, że nie miewam snów.
Westchnęłam i uwolniłam matkę Jun z łączących ją ze mną więzów. Teraz obie mogły spokojnie przejść na drugą stronę.
- Jak mogłaś to zrobić?! - krzyknęłam.
Nie odpowiedziała. Jak zawsze. Podeszłam do niej powoli i spojrzałam w jej zimne złote oczy. Nie zauważyłam nawet śladu duszy. Nie miałam zamiaru szukać głębiej. Bałam się, że znajdę tam tylko pustkę.
Wyminęłam ją i ruszyłam w stronę gospody. Byłam cała we krwi. Dusiła mnie, miażdżyła. Tak jak lód Jun.
Jun. Była taka energiczna, porywcza, pełna życia. Wszystko odczuwała całą sobą. A teraz resztki jej ciała leżały porozrzucane między nagrobkami. Przynajmniej znów będzie z matką, którą tak kocha.
Dlaczego Aisu ją zabiła? Nie wiedziałam. Czy w ogóle miała jakiś powód? Nie miałam zamiaru pytać. Nie chciałam stać się taka jak ona, jak inni w Akatsuki. Miała zamiar walczyć o swoje człowieczeństwo do samego końca. Do samej śmierci.



Aisu

Noc na pustyni była zadziwiająca, jej porywisty wiatr, sypiący się dookoła piasek i chłód łudząco przypominający mi cieplejsze dni w Yukigakure. Dopiero teraz to dostrzegłam. Kiedy zrobiłam się tak nieuważna? Kiedy zaczęłam rozpamiętywać miejsce, którego nienawidziłam? Przez pobyt tutaj zaczęłam niszczyć wszystko czego potrzebowałam do przetrwania. Nie był to dobry znak. Nic nie było dobre. Zmusiłam się do otwarcia oczu i gdyby była we mnie choć minimalna cząstka człowieczeństwa, pewnie natychmiast bym tego pożałowała. Czemu? Piasek, który leciał prosto w stronę moich oczu zamarzł i opadł ciężko na ziemię. Wzięłam głęboki oddech. Jeden, drugi... dziewiąty i wciąż czułam, że się duszę, w swojej obecności. Paradoksalnie nie działałam destrukcyjnie tylko na innych, na siebie również. Powoli odwróciłam się w stronę, z której usłyszałam szmer. Znalazłam się przed Liderem. Oczy miałam szeroko otwarte choć nie byłam zdziwiona widząc go przed sobą, wiedziałam, że nadchodzi. Może byłam tylko zbyt przestraszona żeby je zamknąć. Jego mroczna sylwetka, o idealnych proporcjach, odcinała się na tle księżyca. Samo w sobie było to piękne i przerażające. Idealne. Czułam, że Jemu też się podoba.
- Pójdziecie na południe. Cel znajduje się w jednej z ukrytych wiosek. Wiadomość, że Morderca z Kraju Śniegu opuścił granicę już się rozniosła, więc sami zaczną was szukać. Masz zabić szybko, ale boleśnie wszystkich, którzy nosić będą sygnety z kwiatem wiśni, ten którego sygnet nie będzie miał jednego płatka ma widzieć ich śmierć. Gdy będzie po wszystkim, spytasz się go o Sutingu, jeżeli nie odpowie zrób to bardzo boleśnie i wolno. Mei Hayashi zajmie się nim po ewentualnej śmierci. Będzie wiedziała co robić. Daję wam dwa dni. Pierwszego dnia, rankiem spotkamy się w siedzibie, wiesz jak to zrobić. - Jego głos odbijający się echem wtłaczał każde słowo do mojej głowy, stawał się moją mantrą. Nie przewidywałam komplikacji podczas tej misji. Zabić, zdobyć informacje, zabić.  Robiłam to przedtem wiele razy, jednak z tą idiotką u boku wszystko mógł trafić szlag.
- Ona zginie - powiedziałam, pozwalając swoim powiekom opaść. Nawet przez ułamek sekundy nie wątpiłam, że to się nie stanie. Przez twarz Lidera przemknął gniew. On też o tym wiedział.
- Więc będziesz ją chronić. - Widziałam, że chciał coś dodać, ale zbyłam go machnięciem ręki. Nie wiem czy w obecności szefa organizacji morderców było to stosowne zachowanie, ale kto by się tym przejmował.
- Wtedy zginiemy obie. - Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego co powiedziałam, gdybym tylko coś czuła pewnie zaczęłabym się śmiać. Zabicie mnie, zabicie go... potencjalnie problematyczne.
- Wierzysz w to, że istnieje osoba, która będzie w stanie cię zabić? - spytał, a nuta ironii w jego głosie mówiła sama za siebie. - Ja dałbym radę, ale obawiam się, że to działa w dwie strony. Zabić, przesłuchać, zabić. - Już go nie było, ale nie zostałam sama. Była tu jeszcze jedna osoba, którą miałam ochotę zlikwidować.
- Nie przyszłaś. - Spojrzałam na idącego w moją stronę mężczyznę. Jak zwykle odsłaniał w uśmiechu wszystkie rekinie zęby, tym razem jednak pod tą maską widziałam niemą groźbę. Bardzo słabo kamuflował swoje emocje, szkoda. W jednej sekundzie otworzyłam oczy, a w drugiej obserwowałam Kisame trzymającego Samehadę przy mojej szyi. Wielka szkoda. Klon zniknął chwilę przed odcięciem głowy.
- Zawsze jeden krok przed wszystkimi, tak? - Szept dochodził zza moich pleców, tych prawdziwych o ile jakakolwiek cząstka mnie była realna. Wiedział, że nie może mi zaszkodzić w żaden sposób, choć krzywdzenie mnie nie było jego celem.
- Nie jestem twoim wrogiem dziecinko. Nadejdzie dzień, w którym staniemy razem do walki przeciwko całemu światu. Tylko my wiemy jak to jest żyć z nim, tylko my damy radę to przetrwać, dlatego musisz przeżyć. - Przez chwilę zastanawiałam się jaka ludzka reakcja była najlepsza do skwitowania tych słów. Śmiech.
- Niczego już nie muszę, niczego już nie chcę, na niczym już mi nie zależy. Uczucia zniknęły razem z chęcią i przymusem, choć nie nazwałabym tego co mam teraz wolnością. Wszystko sprowadza się do jednego. Cel. Otrzymać, namierzyć, zlikwidować, przesłuchiwać, zabijać, torturować. Przeżycie straciło znaczenie, przedstawienie trwa, tak długo jak chcę, by trwało. - Patrzył na mnie, ale nie tak jak poprzednio, coś się zmieniło, coś odeszło, coś się ujawniło.
- Morderca z Yukigakure, huh? - Zdziwił mnie fakt, że mimo złości zdobył się na żartobliwy ton. Byłam gotowa na atak, na krew, lód, słodki zapach śmierci. Cholera. - Nie jestem twoim wrogiem, nie chcesz żebym nim był.
- A kim jesteś? Nikim. Tak samo żałosny jak wszyscy. Możesz mieć być trochę silniejszy od reszty, ale wciąż jesteś nikim. Jeżeli staniemy do walki przeciwko sobie, zginiesz. Równie dobrze możemy być wrogami. - Nie mogłam pojąć czego nie rozumie w moich wypowiedziach. Samotność, była jedynym właściwym wyborem. Nie potrzebowałam go, nigdy nie prosiłam o przyjaciół.
- Trochę silniejszy od reszty... uznam to za komplement, a skoro to był komplement to myślę, że nie będziemy wrogami. - Byłam już tym zmęczona. Rozmowa, wiele pustych, niczego nie wnoszących słów. Dość.
- Odejdź - powiedziałam po chwili ciszy. Nie posłuchał.
- Będę cię obserwował, dziecinko. Zawsze będę w pobliżu żeby ci pomóc, bo musisz przeżyć. Bo oni chcą żebyś przeżyła. Wbrew temu co ci się wydaje, to nie ty decydujesz o swoim przeznaczeniu. Powinnaś to wiedzieć Morderco z Yukigakure. Powinnaś wiedzieć. - Było coś w jego słowach, coś co nie dawało mi spokoju nawet długo po jego odejściu. Przede wszystkim to, że miał rację. Czemu nie mógł się mylić? Choć raz mógł się mylić. Kisame, potwór próbujący wkraść się do mojego umysłu. Czemu się nie mylił? Zostałam sama, tego właśnie chciałam, ale było coś jeszcze. Chaos. Chaos panujący w moich myślach. Wszystko w co wierzyłam, wszystko co właśnie rozpadało się, tak jak moje wnętrze dawno temu, na maleńkie kawałeczki, coraz mniejsze, w końcu tak małe, że już nie dało się ich pozbierać. Przykre.
  Mei Hayashi zjawiła się wcześnie. Po treningu jaki ze mną odbyła nie powinna być w stanie dojść w to miejsce, interesujące. W samo południe, gdy słońce było w zenicie, otworzyłam oczy świadoma tego jak bardzo zirytowałam swoją partnerkę. Nie kazałam jej być wcześniej. Ruszyłam na południe, tak jak tego chciał lider. Zdawałam sobie sprawę, że ta misja nie będzie przebiegała tak łatwo. Nie z nią u boku. Biegłam wolno, jednak dla Mei moje tempo było zbyt szybkie. Nie mogłam zwolnić. Na wykonanie zlecenia dostałyśmy dwa dni, poza tym byłam świadoma tego, że gdy ta głupia mała Kunoichi opadnie z sił będę mogła powrócić do swojego normalnego tempa. Badanie okolicy, która nie była skuta lodem również nie poprawiało sytuacji.  Jak mam do cholery zrobić w dwa dni?! Instynkt powoli przejmował nade mną kontrolę, sprawiając, że skupiałam się tylko na celu i przeszkodach stających na mojej drodze. Dzięki małym śnieżynkom wiedziałam, że już za nami wyruszyli. Podejrzewałam, że będą nas śledzić.
  Po kilku godzinach Mei wreszcie osłabła. Przez całą drogę słyszałam jej ciężki oddech i coraz głośniejsze kroki, czekałam tylko aż się podda, by móc zamknąć ją w lodowej klatce. Nareszcie. Już nic mnie nie ograniczało. Rozwinęłam pełną prędkość jeszcze bardziej skupiając się na okolicy. Drzewa, krzewy, zieleń, wszędzie mógł kryć się wróg. Założyłam kapelusz, nie mogłam ryzykować zbyt szybkiego rozpoznania, przedwczesnego pojedynku. Z tego co zrozumiałam czekać miała na nas armia shinobi, a przecież nie mogłam osiągnąć limitu. Czemu akurat za wykorzystywanie potęgi lodu płaci się taką cenę? Cholera. Powoli zbliżałyśmy się do małej wioski, to nie ona była celem misji, ale mogłam w niej porzucić swoją partnerkę i udać się na mały zwiad. Wzbiłam się w powietrze i niemal bezdźwięcznie opadłam na dach budynku. Słońce powoli zachodziło, ludzie rozchodzili się do swoich domów bardzo szybko. Nie podobało  mi się to. Przeskoczyłam przez kilka dachów, a gdy zobaczyłam najbliższą gospodę zeskoczyłam w alejkę i powoli, starając się, by nie przyciągnąć uwagi ruszyłam w jej stronę. Zniszczyłam klatkę, w której znajdowała się Mei i złapałam jej bezwładne ciało nim uderzyło o ziemię. Otworzyłam drzwi budynku, głupi krok. Dzwonki wiszące nad wejściem zadźwięczały ściągając uwagę trzech osób, będących w środku. Powoli podeszłam w stronę właściciela. Czułam jego strach, pozostałej dwójki również. Spojrzałam na dziewczynę spoczywającą na moich rękach po czym zamknęłam oczy.
- Pokój dla jednej osoby, na jedną noc- powiedziałam chłodno. W mojej głowie pojawił się obraz jego ruchów. Widziałam jak sięga po kluczyk, widziałam spojrzenia dwóch mężczyzn stojących obok niego. Jedną ręką zdjęłam z głowy kapelusz i wyciągnęłam z kieszeni płaszcza pieniądze.
- Ludziom bardzo śpieszy się do domów, a mamy taki malowniczy zachód słońca. Czy to nie dziwne? - Mężczyźni spojrzeli po sobie, po czym jeden z nich skiną głową.
- Wszyscy się boją. Po wioskach krążą plotki, że Morderca z Yukigakure opuścił swój kraj, każdy obawia się ataku. Nawet my prości ludzie wiemy, że ta osoba sieje spustoszenie w Kraju Śniegu. Cóż... Panienkom również radziłbym już nie wychodzić po zmroku. - Właściciel podał mi klucz do pokoju, a ja położyłam na stoliku pieniądze. Nie mogłam pozwolić wejść mu w kontakt z moją skórą, zapewne nikt nie miał jej tak chłodnej.
- Morderca z Yukigakure... - Uśmiechnęłam się tajemniczo i z powrotem nałożyłam na głowę kapelusz.
- Pokój znajduje się na piętrze, na prawo od schodów. Miłej nocy. - Ruszyłam w kierunku schodów, uważając, by nie uderzyć głową Mei w ścianę. To nie tak, że wizja tego nie była kusząca. Gdy weszłam do pokoju musiałam zastanowić się nad kolejnym krokiem. Rzuciłam dziewczynę na ziemię, nie zastanawiając się czy dozna jakiegoś poważniejszego urazu. Mało prawdopodobne było to, że jej mózg może jeszcze bardziej ucierpieć.
Właściciel gospody na pewno zaczął coś podejrzewać. To dobra wiadomość. Nie musiałam sama szukać tych, którzy szukali mnie. On ich ściągnie. Kwestia czasu. Czas, czas, mam go coraz mniej. Tik-tak, tik-tak. Wyskoczyłam oknem, nie mogłam się dłużej ociągać. Wyruszyłam do następnej wioski, by zobaczyć z kim będę musiała walczyć.
Było ich dużo, dużo więcej niż przypuszczałam, jednak nie było to wielkim zagrożeniem. Nawet w takiej ilości byli zbyt słabi, by mnie pokonać. Wszyscy nosili sygnety, o których mówił lider. Organizacja, klan? To pytanie nie dawało mi spokoju od dłuższego czasu. Przesyłany przez śnieg obraz również niewiele mi na ten temat mówił. Jedyne czego byłam pewna to to, że nie ma wśród nich osoby, której szukam.
   Wróciłam dopiero rano. Mei nie było już w pokoju, zapowiadały się kłopoty. Mała, głupia kunoichi, gdzie jesteś? Westchnęłam ciężko, rozsyłając po okolicy śnieg. Nie wiedziałam, gdzie mogła się udać, a nie miałam czasu na szukanie. Jeden dzień. Został nam jeden cholerny dzień na wymordowanie tylu osób i powrót. Znalazłam ją na cmentarzu. Była z jakąś dziewczyną. Dobrze wiedziałam co chciała zrobić. Czułam, że przenosi mnie do bram cmentarza. Idiotka. Wyciągnęłam rękę odsłaniając trupiobladą skórę. Ciało dziewczyny stojącej obok mojej partnerki zaczął pokrywać lód. Zacisnęłam dłoń w pięść, sprawiając, że jej ciało zostało zmiażdżone.
- Jak mogłaś to zrobić?! -  Mei przez chwilę stała w bezruchu, ale w końcu zdecydowała się na podejście w moją stronę. Spojrzała w moje złote oczy, stając do pojedynku, którego nie mogła wygrać. Porzuciła moje spojrzenie i wyminęła mnie. Idź mała kunoichi, idź i żyj.
   Zamknęłam oczy i w jednej chwili przeniosłam się do siedziby Akatsuki. Wszyscy oprócz Mei już tam czekali. Jedni wyglądali normalnie, inni, znajdujący się na misjach tak jak ja, pojawili się w formach przypominających hologramy. Specyficzna umiejętność.
- Spóźniłaś się - warknął Pain, zajmujący w kręgu miejsce naprzeciwko mnie.
- Małe komplikacje. Nie powiedzieli? - Spojrzałam na Hidana i Kakuzu, którzy stali obok mnie. Więc to tak... Lider wysłuchiwał raportów z zakończonych misji innych członków, ale ja niezbyt zwracałam na nich uwagę. Przeniosłam wzrok na mężczyznę w pomarańczowej masce, stojącego obok Paina, Tobiego. Nie pasował tu. Chyba wyczuł moje spojrzenie, bo obrócił głowę w moim kierunku.
- Koniec spotkania, rozejść się. - Na chwilę moje serce zamarło. Gdy płomień świec znajdujących się w pomieszczeniu zamigotał dostrzegłam jego oko. Wszędzie byłam w stanie je rozpoznać. Powróciłam do swojego normalnego ciała. Stałam przed bramą cmentarza zastanawiając się czy to w ogóle możliwe. Oczywiście, że to było możliwe. Witaj Obito, tyle lat się nie widzieliśmy. 

[ Witamy ponownie ;) Trochę nas nie było, ale powracamy do pisania! Mamy nadzieję, że ten dość obszerny rozdział wynagrodzi, chociaż w najmniejszym stopniu, czas oczekiwania. Zapraszamy do komentowania i dziękujemy za poprzednie wypowiedzi. Do następnego ^^ ] 

środa, 19 lutego 2014

Rozdział 3

 Aisu

Długo stałam przy oknie, obserwując zachód słońca i pojawiający się księżyc. Niebo było zachmurzone, ale piasek, unoszony przez wiatr, skrząc się zastępował gwiazdy. Chciałam się położyć, zasnąć, lecz znów byłabym świadkiem tych samych koszmarów, koszmarów nawiedzających mnie każdej nocy. Leżąc spokojnie, walcząc ze zmorami, jak w pułapce. Właśnie dlatego wybierałam ucieczkę w samotność, bezczynność, ucieczkę w towarzyszący mi strach i pustkę. Koło północy ruszyłam się od okna, by wyjść z pokoju. Korzystając z tego, że w siedzibie był tylko Kisame, Itachi, Pain, Hidan i mężczyzna, którego imię było wymienione na spotkaniu, Deidara. Wcześniej był jeszcze jeden. Czerwonowłosy lalkarz, mistrz marionetek, Sasori, jednak opuścił siedzibę kilka godzin temu, wiedziałam dokąd się skierował, wiedziałam co robił. Wszystko było pod moją kontrolą, ale wcale jej nie potrzebowałam. Przez chwilę analizowałam obraz przesyłany przez śnieg, by uniknąć kolejnego nieprzyjemnego spotkania. Czułam, jak na samo wspomnienie oczu starszego Uchihy dopada mnie strach. Tak mroczny, tak nienawistny, tak niebezpieczny. Skierowałam się w kierunku ukrytych schodów, które prowadziły na wyższe piętra. Wiedziałam, że wszyscy oprócz tej głupiej, małej dziewczyny, słyszą moje kroki. Zupełnie jakby stali tuż obok mnie, patrzyli na każdy mój ruch. Wyższe piętro niczym nie różniło się od tego, na którym miałam swój pokój. Jeden, dwa, trzy... Gwałtownie zatrzymałam się przy czwartych drzwiach. Coś było nie tak. Zapach, który się zza nich wydobywał był mi tak znajomy. Przez chwilę stałam wpatrując się przed siebie, jednak w końcu to zrobiłam. Spojrzałam na obraz tworzący się w mojej głowie. Nie myliłam się. Była tam krew, cała masa krwi, Hidan i jakaś kobieta, która niewątpliwie była ofiarą. Wspomniał o nich, gdy po mnie przyszli. Ruszyłam dalej. Byłam już zobojętniała na śmierć. Tak się musiało dziać, słaby przegrywa z silnym, silny pożera słabego. Dalej, oprócz małego okna, nie było już niczego. Podeszłam do niego i zrobiłam to samo co ostatniej nocy, bez namysłu wyskoczyłam, ale nie opadłam na ziemię, używając lodu wzbiłam się w powietrze lądując na szczycie skały. Przez chwilę przyglądałam się okolicy, ziarenkom piasku unoszonym przez wiatr, jaśniejącemu na niebie księżycowi i ciemności, która nadciągała z oddali. Zastanawiałam się, w którym momencie do tego wszystkiego, w którym momencie zostałam sama, w którym momencie się zatraciłam, w którym momencie inni mnie znienawidzili, w którym momencie stałam się osobą godną wstąpienia w progi Akatsuki. Z daleka wyglądałam na wysoką, ciemną i samotną postać odcinającą się od rozjaśniającego się nieba, a kim na prawdę byłam?
Ludzie zaczynają się ciebie bać, a wkrótce nienawidzić jeżeli cię nie rozumieją, jeżeli się wyróżniasz, jeżeli masz siłę, jednak aby zapanować nad człowiekiem trzeba sprawić żeby się bał. Gdy już to osiągniesz zostajesz samotny, tak musi być. Siła rodzi się z przymusu. Nie ma nikogo kto w ciebie wierzy, nie ma nikogo kto cię kocha, to boli, ale tylko przez pewien czas, bo przywiązując się do innych ograniczasz sam siebie. Wkrótce te przeszkody znikają, po raz pierwszy dotykasz potęgi, a gdy już raz to robisz, chcesz więcej. Przestaje się liczyć cena jaką płacisz, przestaje się liczyć to ile tracisz, przestaje się liczyć to kim jesteś, bo już jesteś blisko, prawie na szczycie. Nikt cię jednak nie ostrzegł, że gdy już na niego dotrzesz tam niczego nie będzie, bo to właśnie jest to do czego zmierzałeś, nicość. Jesteś tylko ty, ty i nic więcej, a ty choć tak potężny jesteś nikim. Nikim w nicości.
Zaakceptowanie tego przez pewien czas było trudne, bo w końcu ta wspinaczka była długa, pełna bólu, cierpienia i śmierci, ale bycie nikim w nicości to koniec tylko dla niektórych. Są jeszcze inni, tacy jak ja, którzy na górze zrozumieli, że coś jednak na niej czekało. Najpierw była tylko pustka, ale wkrótce zrozumiałam, że ona też tam była, cały czas. Ukryta w ilości ofiar zostawionych na mojej drodze, w myślach uwolnionych od udręk, w ciele pozbawionym ran i duszy. 
To właśnie jest potęga. Osiągając ją sama się nią stałam. Potęga.
Stałam tam do wschodu słońca, nie ruszając się, nie zmieniając pozycji, nie wykonując zbędnych ruchów. Nie otwierając oczu obserwowałam pierwsze promienie przedzierające się przez mrok. Byłam wypoczęta, medytacją i spokojem zastępowałam sen. Lata temu nauczyłam się tego oszustwa. Było ono trudne, ale działało. Przy okazji koncentrując się na śniegu używałam absorpcji na pojawiających się shinobi, dzięki czemu powiększałam swoje zasoby chakry. Wróciłam do swojego pokoju, wzięłam krótki prysznic, przebrałam się w czyste ubrania i nałożyłam płaszcz Akatsuki. Mimo wszystko było to dziwne, choć łatwo przyzwyczajałam się do zmiany otoczenia, stylu życia i otaczających mnie ludzi na to ciężko mi się było przestawić.Wzięłam głęboki wdech, napawając się zapachem śniegu, zapachem, który towarzyszył mi w Yukigakure. Chwilę później stałam już na szczycie skały. Nie musiałam czekać długo, by usłyszeć ciche kroki. Otworzyłam oczy i odwróciłam się w stronę, z której dochodziły. Kisame szedł w moją stronę z szerokim uśmiechem. Ubrany był tak jak ja w płaszcz, tyle że do pleców miał przypiętą Samehadę.
- Witaj, Aisu - rzucił, stając naprzeciw mnie. Wydawał się taki duży, taki mocny w porównaniu do niego byłam drobna, choć swoim wzrostem wykraczałam ponad przeciętność. Nie odpowiedziałam. Z naturalną dla mnie obojętnością i chłodem patrzyłam mu prosto w oczy, czekając na jakiś ruch. Wyglądał na lekko zirytowanego, jakby w tym miejscu cisza mogła mu przeszkadzać. Być może liczył na więcej, ale z mojej strony nikt nie mógł liczyć na więcej niż byłam skłonna od siebie dać.
- Daj spokój, Śnieżynko. Czyżby bezsenna noc spędzona na skale tak na ciebie działała?- spytał, pokazując w uśmiechu wszystkie rekinie zęby.
- Zaczniemy? - Nie miałam ochoty na rozmowę, chyba zauważył to po tonie głosu jakim go obdarzyłam. Skinął głową, lekko mrużąc oczy. W jednej sekundzie wzbił się w powietrze, a w drugiej stał kilka metrów przede mną. Ledwo mogłam dostrzec jego twarz, ale to nie było problemem, biorąc pod uwagę mikroskopijny śnieg, który unosił się w okolicy. Im bardziej zwiększał dystans tym korzystniejsze to dla mnie było. Nie lubiłam walki wręcz, choć nie sprawiała mi ona żadnych problemów. 
- Mam nadzieję, że jesteś gotowa na pękający lód. Nie lubię walczyć, ale rozkaz to rozkaz, dziecinko.- Po tych słowach zaatakował. Jego wodne klony znalazły się przede mną, próbując utworzyć wodną klatkę, na marne. Nie tylko on posługiwał się wodnymi technikami, a atakując w ten sposób zdecydowanie  ułatwił mi zadanie, bo mogłam wszystko zamienić w lód i obrócić przeciwko niemu. Raczej szybko to sobie uświadomił, bo już więcej nie użył wodnej techniki. Lot spadającego śniegu, te trzy słowa wystarczyły, by zerwał się ostry wiatr, który z każdym podmuchem wyrzucał z siebie lodowe ostrza. Zaczynało mi się to nie podobać, było tak nieemocjonująco. Żadnej krwi, żadnych jęków, krzyków i błagań o litość. Uniknął ataku, który sprawił, że wielkie skalne odłamy zaczęły spadać z góry. Zgięłam dwa ostatnie palce lewej ręki, a wiatr utworzył w okół niego tunel, który zacieśniając się wbijał ostre sople w ciało przeciwnika. To również było na nic. Wszystko ucichło, gdy jednym ruchem Samehady rozproszył skumulowane powietrze. Ku mojemu zdziwieniu jego broń nieznacznie się powiększyła. Chciałam to przeanalizować, lecz Kisame pojawił się przede mną w mgnieniu oka. Wziął szybki, duży zamach, z niesamowitą precyzją zadając cios, który natychmiast zablokował lód. Czułam, że nieznaczna część mojej chakry znika, a jego broń znów odrobinę się powiększa. W tamtym momencie zrozumiałam o co chodzi, nie tylko on posługiwał się absorpcją. Wycofałam lód z miecza i skierowałam go na jego ciało zwiększając prędkość. Nie był w stanie uniknąć niektórych ataków, ale mimo to wciąż był nienaruszony, ponadto przy każdym zetknięciu z moim lodem zyskiwał nową chakrę. Przejął kontrolę, napierał na moją osłonę, która delikatnie zaczęła się kruszyć. Jego broń nie cięła, ona rozszarpywała. Jak najszybciej stworzyłam twór, który wyglądem przypominał zdeformowaną, ludzką postać. To ona odpierała wszystkie ciosy, gdy ja zastanawiałam się jak rozegrać ten pojedynek. Nie łatwo było znaleźć sposób, którym mogłam go pokonać nie pokazując zbyt wiele technik i nie nadużywając siły. Fizycznie był bardzo mocnym przeciwnikiem, nie męczył się, niewielkim kosztem używał niezwykłej siły, ale to było za mało do pokonania trzech żywiołów.
- Jeszcze nie rozumiesz, dziecinko? Twój atak niczego nie da, jeżeli będziesz dalej w ten sposób walczyć, wkrótce zabiorę ci całą chakrę. Mówiłem ci już, że twoje Kekkei Genkai nie jest niczym wyjątkowym, lód prędzej czy później się skruszy, a ty razem z nim- powiedział, uśmiechając się szeroko. Najwyraźniej był zbyt pewny siebie. Chyba nie wiedział o mnie zbyt wielu rzeczy. Zrobiłam gwałtowny ruch ręką, a lód oplótł jego nogi i jedną rękę. Drugą zamachnął się i w niego uderzył, licząc na to, że Samehada pochłonie coś czego tam nie ma i rozbije coś, czego nie da się rozbić. Przechyliłam głowę na prawą stronę, patrząc na jego zaskoczoną minę. Wykorzystałam moment, w którym on robił uniki na zmienienie składu chemicznego wody, którą zamrażałam. Teraz była twardsza od stali, nie do skruszenia. Nie byłam tylko ostatnią użytkowniczką Uwolnienia Lodu, było coś jeszcze, co drzemało uwięzione głęboko we mnie, czekając na swój czas, który nieuchronnie nadchodził, właśnie dlatego do kontroli nie potrzebowałam chakry. Lód sam mnie bronił, bez mojej siły, bez uwzględniania mojej woli. To, że tak łatwo mnie zlekceważył było godne pożałowania. Od najmniejszego uczono nas, że nie wolno nie doceniać przeciwnika. W chwili, w której miałam zacisnąć lód, zdołał się uwolnić, ale to nie miało już znaczenia. Chyba o tym wiedział. Dorwałam go drugi i ostatni raz. Stał kilkanaście metrów ode mnie. Taniec władcy lodu. Kolce ze wszystkich stron delikatnie wbijały się w jego ciało. To był koniec tego starcia. Byłam tak skoncentrowana na walce, że nie zauważyłam kruszącej się góry i obserwujących nas ludzi. To był mój błąd. W jednej chwili kolce opadły, a mój klon znalazł się przed Kisame, ledwie dostrzegalnie, ale z całej siły, uderzając go w brzuch.
- Może kiedyś poznasz prawdziwą potęgę lodu, na razie na to nie zasługujesz - oznajmiłam, patrząc na mężczyznę upadającego kilka metrów od miejsca, w którym stał mój klon. Przez całą walkę nie ruszyłam się z miejsca, to mi się podobało, choć w pewnym stopniu już się do tego przyzwyczaiłam. Wciąż brakowało mi tryskającej krwi, cudownego zapachu śmierci, ale to jeszcze nie był ten moment. Kisame podniósł się z ziemi i otrzepał, posyłając mi uśmiech.
- No, no. Całkiem nieźle, dziecinko. Chyba dalsze treningi będą zbędne, ale z rozkazu Lidera masz poćwiczyć walkę wręcz ze swoją partnerką. Mam nadzieję, że przed misją jeszcze porozmawiamy. - Patrzyłam jak odchodzi, pewnym, dumnym krokiem. On nie przegrał, a ja nie wygrałam. Wszystko to było tylko pozorami, oboje wiedzieliśmy, że nie jest to nawet pierwszy stopień naszych umiejętności, ale o to w tym wszystkim chodziło. Poznać się bliżej, ale budzić drzemiących w nas demonów, zaczekać z nimi do ostatecznego pojedynku, który być mógł mieć kiedyś miejsce. Mimo wszystko podobał mi się przebieg walki, wiele się dowiedziałam, wiele o sobie i o nim. Czułam, że muszę wrócić do swojego pokoju, by nie pragnąć krwi. Zabijanie mi się podobało, było obiektem moich fascynacji. Śmierć, mogłam tylko marzyć, że kiedyś czeka mnie tyle bólu. Szybko sprowadziłam się na ziemię, uświadamiając sobie, że dziś mogę zadać choć trochę cierpienia tej małej, głupiutkiej Kunoichi. Uświadomiłam sobie, że nie pamiętałam nawet jej imienia, albo raczej nie chciałam pamiętać. Była po prostu nic nieznaczącym, niewartym uwagi natrętem.
Kisame i przyglądający się nam członkowie organizacji już zniknęli. Sama również przeniosłam się do siedziby czując narastające odrętwienie. Użyłam zbyt słabych technik, by doprowadzić do paraliżu, ale mimo wszystko czułam, że moje ciało robi się mniej posłuszne niż dotychczas. W każdej chwili mogłam stracić nad nim panowanie i runąć na podłogę, ale stałam na korytarzu, zauważając, że znajduję się w przyjemnym półmroku. Nikłe światło świec sprawiało, że moje oczy mogły odpocząć od rażącego słońca. To była dobra odmiana, w chwili, w której miałam zacząć szukać drogi do pokoju zostałam sparaliżowana. Poskromiłam przekleństwa dotyczące skutków ubocznych mojego Kekkei Genkai. Byłam przygotowana na upadek, ale ktoś przyszpilił mnie do ściany. Jego chłodna dłoń była zaciśnięta na moim gardle. Itachi Uchiha. Wypowiadając jego imię poczułam strach, a lód słuchając moich myśli posłusznie oplótł jego rękę, bardzo mocno ją ściskając. Nie mogłam sobie pozwolić na atak paniki, ale patrząc w te czerwone oczy nie potrafiłam być spokojna. Budził we mnie najgorszą z emocji, przerażenie. Jego wygląd, dotyk zimnej skóry na moim policzku, zapach i głos sprawiały, że nie mogłam zapanować nad paraliżem. Byłam pokonana.
- Jeżeli jeszcze raz dostrzegę śnieg w swojej okolicy to cię zabiję. - Jego niski, głęboki ton sprawił, że przez chwilę nie mogłam dojść do siebie. Już go nie było. Leżałam na podłodze w swoim pokoju, pozbawiona czucia w rękach i nogach. Gdy Uchiha mnie wypuścił, lód jednej sekundzie przeniósł moje ciało do miejsca, które uznawał za bezpieczne. Jeszcze długo pozostawałam unieruchomiona, ale nie wiele pamiętałam, bo towarzyszące mi utraty przytomności na to nie pozwalały. Wspomnienia były tylko strzępkami. Itachi, śnieg, śmierć, strach, groźba, sharingan, Uchiha. To właśnie było prawdziwe Akatsuki, brutalność, nienawiść, śmierć i potęga, bo każdy z nich, z nas dotarł na szczyt swoich możliwości. Pasowałam do tego miejsca, bo zawsze byłam mordercą, pozbawionym sumienia, duszy, wszelkiej moralności. Splamionym krwią mordercą z Yukigakure.
Podniosłam się. W końcu miałam jeszcze kilka spraw do załatwienia. W jednej chwili przeanalizowałam siedzibę, a w następnej przeniosłam się do pokoju Mei. Leżała na swoim łóżku z twarzą schowaną w poduszce. Nie zorientowała się, że była obserwowana. Wątpiłam w to, że była aż w takim stopniu żałosna, ale wszystko stało się jasne. 
- Trening - powiedziałam, a ona uniosła się do góry i spojrzała na mnie zupełnie zaskoczona, jednak ze zrezygnowaniem wróciła do poprzedniej pozycji. Miałam ochotę ją zabić. Nie, nie byłam zła. Wciąż nie odzyskałam ludzkich uczuć, ale chciałam zobaczyć jej śmierć, moment, w którym jej serce przebijane jest nieskazitelnie czystym lodem i pustą głowę toczącą się po ziemi. Przecież nikt niczego nie straciłby na śmierci takiego śmiecia. Więc czemu? Wyciągnęłam do przodu swoją nienaturalnie chłodną, kościstą i trupiobladą dłoń i oplotłam wokół jej szyi, po czym uniosłam jej nic nie warte, słabe ciało do góry i przyszpiliłam do ściany tak, jak Uchiha moje. Strach w jej oczach mnie fascynował, sprawiał, że chciałam, by było go jeszcze więcej.
- Idziemy. - Wypuściłam ją i skierowałam się do wyjścia, pewna, że tym razem posłucha. Nie myliłam się, jak prawie zawsze. Dziewczyna, poruszając się niezwykle niezgrabnie i głośno, pozbierała się z podłogi i ruszyła za mną. Więcej się nie odezwałam. Szłam prosto do wyjścia z siedziby. Wielki właz odsunął się, a fala światła, o dziwo, nas nie zalała. Zdałam sobie sprawę, że nastał już wieczór, a zachodzące słońce schowało się za górą, na której szczyt przeniosłam nas w ułamku sekundy. Gdyby mały natręt miał się na nią wspinać pewnie trwałoby to o wiele dłużej. Mei chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z tego co zrobiłam, bo rozglądała się dookoła zupełnie zbita z tropu. Potwierdzało to tylko moje przypuszczenia. Kolejny śmieć. Stanęłam tyłem do słońca, które musiało ją w tamtej chwili razić w oczy, ale tak właśnie miało być. Każdy element, nawet tak zwyczajny powinien być przeciwko niej. Rozpięłam płaszcz, sprawiając, że jego czarne poły łomotały na wietrze. Dla niej było to ułatwienie, przez ten dźwięk bardzo łatwo mogła zorientować się, z której strony nadchodzę. Była zbyt głupia, by dojść do tego wniosku. 
- Atakuj. - Przez chwilę patrzyła na mnie zdezorientowana, jednak widząc moje chłodne spojrzenie zacisnęła dłoń w pięść i wycelowała w moją twarz, wykonując najprymitywniejszy cios jaki widziałam. Chwyciłam jej rękę i w ułamku sekundy kopnęłam ją w brzuch. Dziewczyna chciała się zgiąć, ale na to nie pozwoliłam. Utrzymałam ją w pozycji pionowej, a potem uderzyłam w bok głowy, dbając przy tym o siłę, bo nie mogła stracić przytomności. Odruchowo chciała wyrwać rękę, by dotknąć bolącego miejsca. To był błąd. W jednej chwili leżała na ziemi, a ja walczyłam z chęcią spuszczenia z niej odrobiny krwi. Była tak potwornie słaba, choć zauważyłam u niej oznaki zmęczenia, które niewątpliwie wynikały z kradzieży chakry, której dopuściłam się poprzedniego dnia. Mimo wszystko instynkt samozachowawczy powinien dodać jej siły, ale nic z tych rzeczy nie nastąpiło. Przypomniały mi się moje pierwsze treningi. Lata temu, również leżałam jako pokonana, pierwszy i ostatni raz w życiu. Właśnie wtedy wola walki jaką mi wszczepiono, siła, która we mnie rosła i lód, nieodłączny towarzysz, sprawiały że się podniosłam i po raz pierwszy dokonałam tego w czym później się pławiłam. Zabiłam. Teraz wszystko było tylko odruchem, nie dopuszczałam do siebie przeciwnika, nie upadałam, zwyciężałam niosąc ze sobą śmierć. Mei w przeciwieństwie do mnie nie miała żadnej z niegdyś tak ważnych dla mnie rzeczy, dlatego leżała na ziemi wijąc się z bólu. Jednym szarpnięciem podniosłam ją do góry. Ledwie trzymała się na nogach.
- Atakuj - powiedziałam ostrzejszym tonem. Tym razem zaczęła od niepewnego ciosu w brzuch połączonego z uderzeniem w kolano. Ta kombinacja nie miała szans, na pewno nie ze mną. Za każdy nieudany atak, odpłacałam jej potężnym uderzeniem, po którym znów musiałam ją zbierać do kupy. Wątpiłam w sens tych ćwiczeń, ale nie zamierzałam sprzeciwiać się rozkazom, więc posłusznie odpierałam jej ciosy i uderzałam tak, by widziała jak naprawdę powinny wyglądać. Nie zdawałam sobie sprawy z upływającego czasu. Dopiero widok księżyca wznoszącego się wysoko za moimi plecami i krew Mei, która stworzyła już niewielką kałużę, sprawiła, że to sobie uświadomiłam. Spojrzałam obojętnym wzrokiem na wykrzywioną bólem, zakrwawioną i poobijaną twarz dziewczyny.
- Idź do Sasoriego. Ja z tobą skończyłam. W południe na tej skale, misja - powiedziałam, po czym przeniosłam się do swojego pokoju. To już nie był mój problem.




Mei 

Powoli zaczynałam się budzić. Po raz kolejny nie miałam, żadnych snów. Zaczynało mnie to przerażać. Odkąd pamiętam, co noc coś mi się śniło. Często były to koszmary. Stanowczo zbyt często. Jak byłam mała, rodzice często byli zmuszeni wstawać około północy i uspokajać swoją wrzeszczącą wniebogłosy córeczkę. Potem nauczyłam się tłumik krzyki i rodzina myślała, że wszystko jest już w porządku. Nie było. Aż do teraz. Od kilku dni nie przyśniło mi się absolutnie nic. I choć powinnam być z tego zadowolona, martwiłam się.
Otworzyłam oczy.
Dlaczego leżę na podłodze? Mama i tata będą źli, jeśli mnie tutaj zobaczą.
Spróbowałam się podnieść. Nie mogłam. Kończyny miałam dziwnie odrętwiałe, gardło ściśnięte, a pulsujący ból w głowie nie pozwalał logicznie myśleć. Przymknęłam powieki i chciałam głębiej wciągnąć powietrze. To był zły pomysł. Poczułam, że gula w krtani powiększa się, w dłoniach i stopach straciłam czucie, a przed oczami pojawiły się ciemne plamy. Po chwili ogarnęłam mnie ciemność.

Budziłam się jeszcze kilka razy. Za każdym przypominałam sobie jakiś ważny szczegół, który pomógł mi zorientować się, że nie jestem już w domu, że już nawet nie uciekam, że jest gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
W końcu ocknęłam się na dobre. Byłam całkowicie świadoma wszystkiego, co się wydarzyło i nie miałam pewności, czy jestem z tego zadowolona. Chciałam powrócić do świata, gdzie moim największy  zmartwieniem była kłótnia z rodzicami czy wściekłość Kinji'ego. Kinji... Jak ja za nim tęskniłam. Był moim jedynym przyjacielem, jedyna osobą, która akceptowała mnie taką jaką byłam i nie chciała zmieniać. Często kłóciliśmy się, o byle drobiazgi, ale za to właśnie tak go uwielbiałam. Wiedział, że potrzebuję czasem się wykrzyczeć. Uwielbiałam, kiedy się złościł, ale gdy wpadał wściekłość, wiedziałam, że usze go przeprosić. Wściekał się tylko wtedy, gdy zrobiłam coś ryzykownego, gdy naraziłam siebie albo kogoś z wioski na niebezpieczeństwo. A zdarzało mi się to dość często. Tylko ja wpadałam na takie głupie pomysły, żeby skakać z klifu do rzeki, albo wspinać się po spróchniałym drzewie. On zawsze był przy mnie. Krzyczał, żebym tego nie robiła. Zawsze sprzątał bałagan, który zrobiła.. Kilka razy odnosił mnie do domu na rękach, gdy za mocno się poobijałam, naprawiał łopatę sąsiada, po tym jak próbowałam nią wykopać tunel w skale, bronił mnie przed mamą, kiedy pocięłam jej płaszcz, żeby zrobić z niego linę... To był cały Kinji. A ja go tak po prostu zostawiłam. Jak wszystkich innych. bez słowa. Bez wyjaśnienia. Bez przeprosin. Bez marnego dziękuję.
Dość! Roztrząsanie przeszłości nie miało sensu. Liczyło się tylko tu i teraz. Liczyło się tylko przeżycie. A żeby przeżyć musiałam być posłuszna. Musiałam...być na treningu z Sasorim.
Gwałtownie usiadłam. Poczułam przeszywający ból w każdym mięśniu i mój umysł znów zaczęła zalewać ciemność. Powstrzymałam ja jedynie siłą woli.Wiedziałam, że to będzie koszmarny dzień. Przez Aisu byłam osłabiona. A dzięki mojemu kochanemu duchowi na moim ciele pojawiły się kolejne siniaki, nie wspominając o tym, że policzek miałam pewnie cały czerwony i dziwnie pulsował. Kiedy zbliżyłam do niego dłoń wyczułam rozcięcie biegnące wzdłuż kości policzkowej.
- O cholera - jęknęłam. - Po tym na pewno zostanie blizna.
Zacisnęłam zęby i podniosłam się z podłogi. Całe moje ciało krzyczało, żebym tego nie robiła, ale rzadko go słuchałam. Podeszłam w stronę zwojów, wypróbowując sprawność swoich nóg. Strasznie bolało, ale poza tym nie było tak źle. Musiałam jeszcze sprawdzić, czy mam jeszcze chociaż tyle chakry, żeby przywołać ducha. Przy okazji mogłam go trochę wykorzystać. Chwyciłam zwój, w którym była zamknięta dusza jedynej kobiety w mojej kolekcji. Za życia sama potrafiła stać się niewidzialna, a teraz ukrywała dla mnie przedmioty albo mnie samą. jej umiejętności bardzo by mi się w tej chwili przydały. Potrzebowałam kawy, a nie miałam zamiaru błąkać się po siedzibie Akatsuki, szukając jakiejś kuchni i przez to jeszcze bardziej spóźnić się na trening.
Po chwili duch był już w drodze, a ja schylałam się pod łóżko, aby wyciągnąć czyste ubranie. Pod powiekami zbierały mi się łzy, na samą myśl, że będę musiała zejść po schodach. Nogi drżały mi przy minimalnym wysiłku, a ręce nie mogły nawet przesunąć przesunąć pudła.
Uch! To będzie ciężki dzień.
Chwyciłam swoje rzeczy i weszłam do łazienki. Ciepła woda uśmierzyła na chwilę ból. Zmyłam z siebie całą  krew. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że duch zranił mnie tak mocno.
Umyłam się najszybciej, jak mogłam. Jednak ciągle za wolno. Chwyciłam kubek gorącej kawy i nakazałam duchowi zaprowadzić mnie na zewnątrz. Najpierw szłam powoli, starając się przyzwyczaić nogi do ruchu. Co jakiś czas podnosiłam kubek do ust i piłam gorzki płyn. Z każdą sekundą odzyskiwałam jasność umysłu, a moje myśli stawały się płynniejsze, bardziej poukładane.
On mnie zabije! Zabije! Zabije!
Przyśpieszyłam. Resztki kawy wylewały się z naczynia, patrząc mi dłonie. Nie zwracałam na to uwagi.
On mnie zabije!
Była to jedyna myśl krążąca po mojej głowie. Nie wiedziałam, która jest godzina, ale na pewno byłam spóźniona. Powinnam zostać w pokoju i udawać wariatkę. Może wtedy zginęłabym szybko i bezboleśnie. Teraz czeka mnie powolne umieranie na skutek braku chakry. Byłam pewna, że Sasori nie da mi chwili wytchnienia. Odrzuciłam na bok kubek nie zwracając uwagi, gdzie poleci.
W końcu znalazłam się w ślepym zaułku. Czyżby duch się pomylił? Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie nie dostrzegłam kobiecej sylwetki. Co jest? Może moja chakra, była już na całkowitym wyczerpaniu i nawet nie poczułam, kiedy dusza mi się wymknęła... Czy byłam w gorszym stanie niż podejrzewałam? Nie... Ona ciągle tu była. Czułam jej obecność. Podeszłam dwa kroki bliżej i... ściana przede mną zaczęła się ruszać.
Chciałam się cofnąć, ale moje obolałe ciało odmówiło posłuszeństwa. Stałam więc i patrzyłam, jak wielki kamień unosi się do góry. Przede mną ukazało się wyjście z siedziby Akatsuki. Miałam ochotę zostać tu i gapić się bezmyślnie przed siebie, ale nie miałam pewność, że za chwile kamień znów nie opadnie w dół, odgradzając mnie od reszty świata. Z westchnieniem, ruszyłam przed siebie.
Było około dziewiątej rano. Przynajmniej tak wnioskowałam po położeniu słońca. Ale nie mogłam być pewna.
Wyszłam na zewnątrz. Musiałam zmrużyć oczy przed zbyt ostrym światłem. Przede mną rozciągała się ogromna pustynia. Wszędzie, gdzie nie spojrzałam, oprócz kamieni i piasku, była pustka. Nużący krajobraz. Zakręciło mi się od niego w głowie. Jak można żyć w takim miejscu? Przecież tu można zwariować... Hm...Patrząc na to z tej strony, to wszyscy członkowie Akatsuki już są szaleni, więc im nie robi to pewnie zbytniej różnicy.
Odetchnęłam głęboko gorącym, suchym powietrzem i wyciągnęłam zwój, aby zapieczętować ducha. W odróżnieniu od innych moich broni, ta kobieta była raczej milcząca. Nie rzucała się na mnie, nie wrzeszczała, że mnie zabije, nie szarpała się, nie próbowała uwolnić. Patrzyła tylko na mnie tymi pełnymi smutku, bólu, nienawiści oczami. Przy niej uświadamiałam sobie, że jestem podła i słaba.Spojrzałam na nią ostatni raz.
- Przepraszam - szepnęłam, spuszczając głowę i zamykając przed jej twarzą zwój. Po chwili byłam już sama.
Pora spotkać się z Sasorim. Ruszyłam przed siebie. Mój zasób wiedzy na temat członków Akatsuki był niewielki, ale jednego byłam pewna - potrafią znaleźć każdego. Więc niezależnie od tego, w którą stronę się udam, on tam będzie przede mną. Oczywiści jeżeli ciągle zależy im na moich umiejętnościach. Schodziłam powoli w dół. Teren był strasznie nierówny i kilka razy niemal się przewróciłam, bo potknęłam się o jakiś wystający kamień.
W końcu go zobaczyłam. Przynajmniej miałam nadzieję, że to on. Stał w cieni rzucanym przez duży głaz. Nie widziałam go wyraźnie. Postanowiłam podejść bliżej. Zamknęłam na chwilę oczy, a kiedy je otworzyłam, był kilka metrów przede mną. Jak? Rozejrzałam się na boki. licząc że piasek odpowie na moje nieme pytanie.
Znów na niego spojrzałam. Ubrany był w płaszcz Akatsuki. Ale nie wyglądał, jak człowiek, którego oczy tak mnie zafascynowały. Był znacznie niższy, miał zasłoniętą twarz, a spod płaszcza wystawał ogon skorpiona. Ale to na pewno była ta sama osoba. Czułam to. Co on ze sobą zrobił? Dręczyło mnie jeszcze sporo pytań, odezwała się moja ciekawość, która zawsze pakowała mnie w tarapaty. W końcu nie wytrzymałam.
- To coś potrafi chodzić po schodach?
Od razu pożałowałam, tego że się odezwałam. Za późno dotarło do mnie, że nie powinnam go wkurzać. Był członkiem Akatsuki, mógł mnie zabić jednym skinieniem palca. A ja zamiast okazać jakąkolwiek skruchę, posłałam mu radosny uśmiech. Nie zareagował, jeszcze przez chwilę stał z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a potem odwrócił się do mnie plecami i zaczął schodzić w dół. Chyba musiałam iść za nim. Czułam się strasznie głupio. Nie lubiłam tego uczucia. Szliśmy w całkowitej ciszy. Po kilku minutach zrobiło się przeraźliwie gorąco. Jak długo będziemy musieli jeszcze iść? Ledwie zdołałam się powstrzymać przed wypowiedzeniem swoich myśli na głos. Na pewno nie pomogłoby mi to w przeżyciu, ale z natury byłam osobą, niepotrafiącą trzymać gęby na kłódkę. Czułam jak żołądek ściska się z głodu,  oczy zamykają ze zmęczenia, a przy każdym kroku ból przenika moje wyczerpane ciało. Miałam dość!
Usiadłam na ziemi w tej samej chwili, w której Sasori zatrzymał się przed wielką stertą głazów. Byliśmy na miejscu. Ciekawiło mnie, co przygotował na trening. No bo coś przygotował. Prawda? Nie ciągnąłby mnie taki kawał drogi, tylko po to, żeby mnie zmęczyć.
Poczułam nagły zawrót głowy, jęknęłam i oparłam ją na kolanach. Starałam się wyrównać oddech, ale nie było to łatwe. Miałam wrażenie, ktoś dźga moje płuca ostrym nożem. Trochę to trwało zanim zdołałam dojść do siebie.
Zacisnęłam zęby i podniosłam się. Stał w tym samym miejscu co wcześniej, nie ruszył się ani o krok, ale tym razem wyglądał, jak przy naszym pierwszym spotkaniu, patrzył na mnie tymi samymi brązowymi oczami, a ja  nie mogłam się nie wyszczerzyć jak głupia, na sam jego widok.
- Tak wyglądasz znacznie mniej przerażająco - palnęłam.
Nie odpowiedział. Znowu. Czułam się jakbym gadała do ściany. To było denerwujące.
Odwrócił się do mnie plecami i obszedł stertę głazów. Poszłam za nim. Moim oczom ukazał się wielki, warczący pies. Stanęłam jak wryta i bezmyślnie gapiłam się jak Sasroi wyciąga kunai. Dopiero w ostatniej chwili zdałam sobie sprawę z tego, co zamierza zrobić. Rzuciłam się na przód, ale było już za późno. Ostrze wbiło się w bok zwierzaka. Padł na ziemię. Chciałam coś powiedzieć, ale wiedziałam co. Otworzyłam tylko usta i przeniosłam wzrok na Sasoriego. Moje pełne wyrzutu spojrzenie nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.
- Ulecz go - powiedział wyzutym z emocji głosem.
Po raz pierwszy się przy mnie odezwał.
- Ja? - pisnęłam, zerkając na warczące zwierzę. - Mam do niego podejść?
Skinął głową.
Zrobiłam krok w stronę rannego psa. Potem następny. Kolejny. Zwierze podniosło swój wielki łeb zawarczało wściekle i szczeknęło ostrzegawczo.
Krzyknęłam i odskoczyłam do tyłu. Omal nie wpadłam na stojącego tuż za mną Sasoriego.
- To na mnie szczeka! - wrzasnęłam nienaturalnie wysokim głosem.
- Zdziwiłbym się, gdyby zaczął mówić.
Prychnęłam cicho i podjęłam kolejną próbę zbliżenia się do ofiary. Tym razem udało się. Był zbyt osłabiony, stracił za dużo krwi, żeby się bronić. Leżał i czekał na śmierć. Przypominał mi mnie samą. Tylko, w przeciwieństwie do niego, ja miałam mniejsze szanse na przeżycie.
- Skup się! - Usłyszałam za sobą hipnotyzujący głos Sasoriego. - Połóż mu dłonie na ranie. Bądź spokojna. Przelej w niego swoją chakrę.
Łatwo mu było powiedzieć. To nie jemu Aisu zabrała wczoraj większość chakry. Z drugiej strony, on by jej na to nie pozwolił.
Mocniej przycisnęłam dłonie do rany, starając się przynajmniej zatamować krwotok. Pies warknął z bólu. Odskoczyłam od niego, niemal się przewracając.
- Skup się! - Ciągle ten pozbawiony emocji ton.
- Przecież się staram! - krzyknęłam, za późno zdając sobie sprawę, do kogo mówię. - Robiłam to już kilka razy. Wiem jak leczyć rany.
Jego wzrok powędrował w stronę zwierzaka, a potem znów spojrzał na mnie. Zrozumiałam, że chce żebym pokazała, na co mnie stać. Przyjęłam to nieme wyzwanie. Znów zbliżyłam się do psa.
Musi się udać, po prostu musi!
Miałam zamiar udowodnić mu, że do czegoś się nadaję. Zamknęłam oczy i poczułam przeszywający ból po wewnętrznej stronie dłoni. Coś się działo! Z nadzieją spojrzałam na swoje dzieło i... nic. Rana wcale się nie zasklepiła. Co więcej,  wydawała się krwawić jeszcze mocniej.
Mam dość!
Zwierzę popatrzyło na mnie smutnymi oczami, jakby błagało mnie o pomoc. Ukryłam twarz w jego sierści i z trudem powstrzymałam łzy bezsilności. Spróbowałam jeszcze raz. Nic! Nie potrafiłam. Nie mogłam. Coś się we mnie zablokowało. A może miałam za mało chakry, może byłam zbyt wyczerpana.
- Zrób coś - wyszeptałam łamiącym się głosem, podnosząc głowę i patrząc na Sasoriego. - Proszę...
Miałam gdzieś to, że się upokarzam. Nie obchodziło mnie, co o mnie pomyśli. Chciałam po prostu, żeby uratował tego psa. Czułam się winna, widząc jego cierpienie i doskonale zdawałam sobie sprawę, że gdyby nie ja, w ogóle by się tu nie znalazł. Teraz liczyło się tylko, aby nic mu się nie stało.
Odetchnęłam z ulgą, widząc jak lalkarz się do nas zbliża. Odruchowo odsunęłam się na bok, chcąc zrobić mu więcej miejsca. Niczego nigdy tak nie żałowałam jak tej decyzji. Znów zbyt późno dostrzegłam ostrze kunai. Znów nie zdążyłam zareagować. Znów byłam za daleko. Tylko, że teraz broń nie wbiła się w bok psa, ale w jego serce. Zginął na miejscu
Nie wierzyłam własnym oczom. Jak on mógł coś takiego zrobić? Zabił zwierzę tylko po to, żeby mi uświadomić,że jestem słaba, że nie potrafię nikogo ochronić, że nie nadaję się na członka Akatsuki. Cała nienawiść jaką do niego żywiłam jeszcze wczorajszego dnia, powróciła ze zdwojoną siłą.
Cofnęłam się o kilka kroków, zasłaniając dłońmi usta. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Chciałam być jak najdalej od niego.
I wtedy usłyszałam głośny huk, dochodzący od strony siedziby. Niewiele myśląc, odwróciłam się i pobiegłam w tamtym kierunku. Im byłam bliżej, tym coraz mniejszą czułam złość. W jej miejsce pojawiało się zaciekawienie i strach. Dźwięki stawały się coraz głośniejsze. Nie zważając na ból, biegłam dalej, aż w oddali zobaczyłam wielkie wzniesienie, a na nim dwie sylwetki. Podeszłam bliżej, tym razem powoli, ostrożnie. W końcu byłam na tyle blisko, żeby odróżnić walczące postacie. Serce mi zamarło na widok stojącej w bezruchu Aisu .
Zrób coś! On cie zabije! - krzyczałam w duchu zbyt przerażona, żeby wykrztusić z siebie słowo.
Kątem oka dostrzegłam, że tuż obok mnie pojawił się Sasori. Kilkadziesiąt metrów na prawo, w cieniu stała jeszcze jedna osoba. Wysoka przerażająca. Z tej odległości widziałam jedynie czarny płaszcz. Wiedziałam, że tak jak ja przygląda się walczącym.
W tym samym czasie członek Akatsuki skoczył na dziewczynę, unosząc broń nad głowę. Pisnęłam przerażona i w jednej chwili znalazłam się  za plecami lalkarza. Znów chowałam się za nim jak małe dziecko. Parę głazów oderwało się od stromego zbocza i spadło kilkanaście metrów przed nami.
Stanęłam na palcach i ostrożnie wyjrzałam ponad ramieniem Saroriego. Spodziewałam się ujrzeć rzekę krwi, porozrzucane wszędzie kawałki ciała Aisu i jej triumfującego przeciwnika. Ale ona ciągle tam stała. Nie ruszyła się nawet o milimetr. Dookoła wirowały odłamki rozbitego lodu. Patrzyłam zafascynowana na jej dumną postać, próbując sobie wyobrazić siebie w takiej sytuacji. Już bym nie żyła. Ale dla niej odbieranie ataków zawodowego zabójcy było niczym. Przyglądałam się bitwie z rosnącym zainteresowaniem. Była przerażająca, ale oboje walczyli z takim wdziękiem, że nie mogłam wyjść z podziwu dla ich idealnie wytrenowanych ataków. To było niesamowite wrażenie. Nigdy w życiu nie widziałam nic piękniejszego niż starcie lodu i wody, starcie dwóch potężnych wojowników. Poruszali się szybciej niż jacykolwiek ludzie jakich do tej pory spotkałam. Widziałam tylko zarysy ich ruchów. Reszta rozmazywała się pod wpływem coraz szybszych ataków. Przed Aisu pojawiła się karykatura ludzkiej postaci. Przynajmniej przez chwile wydawało mi się , że to ludzka postać, bo zaraz dosięgła ja bron. W powietrze wzbijały się coraz to nowe odłamki lodu i kolejne głazy spadały na ziemię.
Usłyszałam czyjś głos. Nie potrafiłam rozróżnić słów. Ale ona chyba tak. Wzdrygnęłam się, kiedy gwałtownie uniosła w górę rękę. To był jej pierwszy dostrzeżony przeze mnie ruch w ciągu całego pojedynku. W następnej chwili nogi i jedna ręka jej przeciwnika zostały uwięzione w lodzie. Uderzył go kilka razy, ale nie zdołał się uwolnić. Aisu przechyliła głowę głowę na prawą stronę i przyglądała się swojemu więźniowi. Wyglądała przerażająco. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę, tylko ja jestem w Akatsuki nowa. Ona od lat zabijała. Pasowała tu jak nikt inny. To było jej miejsce.
- A ja jutro idę z nią na misję - wyszeptałam łamiącym się głosem, nieświadomie opierając policzek o ramię Sasoriego i dalej przyglądając się walce.
Mężczyzna zdołał się uwolnić. Odskoczył kilka metrów dalej. Otoczyły go lodowe kolce, które po sekundzie spadły na ziemie wzniecając tuman piasku. Myślałam, że to w wyniku jakiegoś jego ataku, ale myliłam się. Teraz to nie on kontrolował ten pojedynek.
 W końcu przed nim pojawiła się osoba wyglądająca identycznie jak Aisu. Uderzyła go w brzuch, a ten poleciał kilka metrów do tyłu i upadł na ziemię. Chwilę zajęło mu pozbieranie się, ale gdy wstał na jego ustach igrał pewny uśmiech. Już po wszystkim. Odetchnęłam głęboko, rozejrzałam się dookoła i wróciłam do rzeczywistości. Mój wzrok padł na mężczyznę stojącego w cieniu. Przez cały czas nawet nie drgnął. Przyglądałam mu się jeszcze przez kilak sekund, zanim zdałam sobie sprawę, że nie bez powodu wybrał miejsce w ukryciu. Nie chciał zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Jak prawie każdy członek Akatsuki. Poczułam się jak intruz, tak bezwstydnie się na niego gapiąc.
Zawstydzona spojrzałam na swoje dłonie i stwierdziłam, że kurczowo zaciskam palce na płaszczu Sasoriego Stałam na kamieniu i wychylałam się ponad jego ramieniem, żeby lepiej widzieć. Zawstydzona cofnęłam się kilka kroków. Nie poruszył się. Obeszłam go dookoła i stanęłam tuż przed nim. Odchrząknęłam znacząco, żeby zwrócić jego uwagę. Nie zareagował.
Westchnęłam zrezygnowana.
- Jak zdążyłeś pewnie zauważyć, niewiele potrafię - zaczęłam. - Nie wiem, dlaczego tu trafiłam, nie wiem czego ode mnie chcecie, ale wątpię, żebym potrafiła sprostać waszym oczekiwaniom. Mam do ciebie żal, za to, że mnie tu sprowadziłeś. Mogłeś od razu mnie zabić, okazać choć trochę litości, wiedząc, co mnie tu czeka. Teraz Aisu zrobi to za ciebie. Nie śpieszy mi się zbytnio na tamtą stronę, ale oboje wiemy nie mam szans na przeżycie. Co nie oznacza, że nie będę próbować.
Uśmiechnęłam się do niego wesoło.
- Mimo wszystko miło było cię poznać. Do zobaczenia w innym życiu.
Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Nie chciałam widzieć w nich tej bezwzględnej obojętności. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę siedziby. Każdy kolejny krok, był coraz trudniejszy. Byłam wyczerpana, ledwo mogłam ustać na nogach.
Na szczęście siedziba była niedaleko. Dotarłam na miejsce, akurat w chwili, gdy wielki głaz otwierał się przed mężczyzna mającym na plecach dziwną kosę z trzema ostrzami. Ignorując zawroty głowy puściłam się biegiem w jego stronę. Nie wiedziałam, kiedy znajdzie się kolejna okazja, żeby wejść do środka, a sama nie miałam pojęcia, jak poruszyć głaz. Zdążyłam w ostatniej chwili. Jeszcze sekunda, a zostałabym zmiażdżona przez opadający kamień.
- Uch! - sapnęłam.
Mężczyzna posłał w moją stronę mordercze spojrzenie. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, czy chce mnie zabić. Doszłam do wniosku, że lepiej nie ryzykować.
Przywołałam na twarz pełen sztucznej radości uśmiech i rzuciłam się biegiem przed siebie.
Zatrzymałam się dopiero przed swoim pokojem. Pchnęłam drzwi. To był najgorszy dzień w moim życiu. Nigdy jeszcze nie byłam tak wykończona i obolała. Powlekłam się do łóżka i opadłam na nie. Leżąc, na brzuchu czułam, jak każdy mięsień w moim ciele pulsuje niewyobrażalnym bólem. Zamknęłam na chwilę oczy i postarałam się uspokoić oddech. zapadłam w krótką drzemkę.

- Trening. - To jedno, cicho wypowiedziane słowo zdołało mnie obudzić. Podniosłam głowę. W moim pokoju stała Aisu! Popatrzyłam na nią, nie dowierzając własnym oczom. Co ona tu robi? Byłam zbyt zmęczona, żeby się nad tym zastanawiać, potrzebowałam snu. Znów ukryłam twarz w poduszce, udając, że jej nie zauważyłam. Może jak nie będę się ruszać, pomyśli, ze jestem martwa i sobie pójdzie. Tak, to był dobry pomysł. Nie miałam najmniejszej ochoty na kolejny trening, a tym bardziej z nią.
Nagle poczułam zimną dłoń na swojej szyi. Po chwili Aisu przyciskała mnie do ściany.
Nie wiedziałam, czy bardziej bałam się jej, czy tego treningu.
- Idziemy.
Wypuściła mnie, a ja bezwładnie osunęłam się po ścianie. Zdusiłam w gardle jęk i podniosłam się.
Aisu była już przy wyjściu. Ruszyłam za nią. Zacisnęłam zęby i starałam się nie chwiać. Poruszała się szybko, ledwie mogłam za nią nadążyć. Wyszłyśmy z siedziby. Był już wieczór. Słońce schowało się zza górami, tworząc wokół nich złoto-pomarańczową aureolę. Zafascynowana obserwowałam ten nieziemski widok i nagle zalała mnie fala światła. Nie rozumiałam, co się stało. Czyżby wzgórze wybuchło. Rozejrzałam się dookoła i uświadomiłam sobie, że jestem w całkowicie innym miejscu niż przed chwilą. Ale jak? Co się właściwie stało?\
Spojrzałam na stojąca tyłem do słońca Aisu. Wyglądała na niewzruszoną, niepokonaną. Poły rozpiętego płaszcza łopotały wokół niej, sprawiając, że dziewczyna wyglądała jakby unosiła się w powietrzu. Była taka piękna, silna, wielka. Nic nie mogło się równać z jej mocą. Mimowolnie porównałam ja do siebie. Przewyższała mnie we wszystkim.
- Atakuj - powiedziała wyzutym z emocji głosem.
Przez chwilę żywiłam skrytą nadzieję, że żartuje, ale potem spojrzałam w jej złote oczy i zdałam sobie sprawę, że ona należy do osób, które nie wypowiadają zbędnych słów.
Niewiele myśląc zamachnęłam się i wycelowałam pięścią w jej twarz. Nie było szans aby ten atak dosięgnął celu, ani ten, ani żaden następny. Każdy mój ruch obracała przeciwko mnie, z każdą upływającą sekundą, na ziemię spadało coraz więcej mojej krwi, z każdym uderzeniem byłam coraz bardziej wyczerpana. Co jakiś czas Aisu musiała chwytać mnie za nadgarstek i stawiać z powrotem na nogi. Sama nie byłabym w stanie się podnieść. Najlżejszy cios mógł mnie powalić. Godziny dłużyły mim się w nieskończoność. Niewiele brakowało, a zaczęłabym błagać, żeby mnie zabiła.
- Idź do Sasoriego. - Usłyszałam jej głos przebijający się prze ogarniający mój umysł ból i ciemność. - Ja z tobą skończyłam. W południe na tej skale, misja.
I już jej nie było. Upadłam na ziemię, łapiąc spazmatycznie oddech. Już wszystkim. Mogłam odpocząć. Przełknęłam głośno ślinę. Wyczułam w gardle krew. Z wielkim trudem podniosłam się znów na nogi. Musiałam dojść do swojego pokoju. Musiałam. Powoli zaczęłam poruszać się w dół zbocza. W głowie mi się kręciło, raz po raz upadałam, ale nie poddawałam się.
Nie miałam zamiaru iść do Sasoriego. Wolałabym już umrzeć, niż kolejny raz narzucać mu się. Poza tym, już się z nim pożegnałam. Gdybym teraz znalazła się przed drzwiami jego pokoju, musiałabym jeszcze raz z nim porozmawiać. Nie znosiłam pozostawiać spraw niedokończonych. Chciałam żyć w całkowitej harmonii, w zgodzie z naturą, otaczającymi mnie ludźmi i samą sobą. Nie  potrafiłam znieść myśli, że odejdę, znienawidzona przez kogoś. Z moich oczu próbowały wydostać się łzy, na samo wspomnienie rodziców i tego jak ich potraktowałam. Nie wiedzieli gdzie jestem, co się ze mną dzieję. Cierpieli. Przeze mnie. I już nigdy nie zdołam tego naprawić.
Dotarłam do swojego pokoju. Nie wiedziałam jak. Było zbyt ciemno. Albo to ja miałam zamknięte oczy. Wszystko mi się mieszało. Miałam mętlik w głowie.
Podeszłam do łóżka i po raz kolejny dzisiaj rzuciłam się na nie, mając nadzieję na odpoczynek.

[Dziękujemy za komentarze i obserwację, to naprawdę wiele dla nas znaczy :) ]

środa, 29 stycznia 2014

Rozdział 2

Mei

Nie wiedziałam, jak znalazłam się w pokoju. Po ostatnich słowach Peina ogarnął mnie tak wielki strach, że mój umysł się zawiesił. Ciało przejęło nad nim kontrolę. Najpewniej wybiegłam z gabinetu lidera Akatsuki i instynktownie znalazłam drogę do pokoju, w którym się obudziłam. Mam nadzieję, że nie krzyczałam po drodze jak opętana.
Teraz leżałam skulona na łóżku i zastanawiałam się, która jest godzina. W południe miałam się wstawić w Sali Cienia. Nie wiedziałam po co. Pewnie w końcu dowiem się, dlaczego zostałam tu sprowadzona. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nie czeka mnie nic oprócz śmierci. Albo zostanę zabita, bo nie będę chciała im pomóc, albo bo komuś się narażę. A nawet jeśli uda mi się przeżyć, to i tak zabiją mnie, kiedy przestanę być potrzebna. Już niedługo stanę się jedną z tych duchów, które przez całe swoje życie tak nękałam. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak się na mnie zemszczą, kiedy do nich dołączę.
Duchy... Przypomniałam sobie, że odkąd się obudziłam, nigdzie nie widziałam swoich zwojów. Pewnie mi je zabrali. Zbędne środki ostrożności. Byłam tak przestraszona, że nawet nie pomyślałam, żeby ich użyć. Ale teraz naprawdę by mi się przydały. Nie chodziło o to, że miałam zamiar przy ich pomocy jakoś uciec, czy coś w tym stylu. Po prostu chciałam z kimś porozmawiać. Nawet wyzwiska byłyby lepsze niż ta ogłupiająca cisza. Nie znosiłam ciszy. Sprawiała, że czułam się samotna, niechciana i nic nieznacząca.
Zaklęłam pod nosem i uderzyłam pięścią w poduszkę. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś teraz przy mnie był. Obecność drugiej osoby dawała mi siłę. Natomiast obecność duchów... pokazywała, że przede mną byli lepsi, których droga na tym świecie też się skończyła i nie jestem jedyną, która swoje życie zmarnowała.
Wstałam z łóżka. Musiałam się ruszyć. Gdybym jeszcze przez chwilę poleżała, zwariowałabym. Zaczęłam krążyć po pokoju, jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Tak też się czułam. Potrzebowałam wolności. Tak bardzo chciałam się stąd wydostać. Klaustrofobia tylko pogłębiała to pragnienie.
Moje serce przepełniał strach pomieszany z krystaliczną nienawiścią. Wszystko się we mnie gotowało. Wydawałoby się, że emocje zaraz rozniosą to pomieszczenie w drobny pył. Po co byłam im potrzebna? Nie byłam nikim wyjątkowym. Jak teraz o tym pomyślę to żałowałam, że opuściłam dom. Wolałabym już zostać kurą domową i usługiwać mężusiowi, który do końca życia wypominałby mi, jak to on dla mnie ciężko pracuję i jaka ja jestem niewdzięczna. Rodzice mięli rację. Do niczego innego się nie nadawałam. A teraz, przez swoją głupotę, tkwię w samym sercu piekła na ziemi - w siedzibie Akatsuki. Miałam ochotę krzyczeć. Ale najbardziej na świecie pragnęłam, żeby ktoś przy mnie był.
Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie naznaczyć tego pokoju i nie przywołać duchów ludzi, którzy tu umarli, ale po chwili namysłu stwierdziłam, że wiedza kogo tutaj zabili i w jakich męczarniach zginęła ta osoba nie pomoże mi przetrwać. Sprawiłaby tylko, że jeszcze bardziej bym spanikowała.
Jedynym wyjściem pozostają zwoje. Ale gdzie one do diabła są!
- Spokojnie Mei, uspokój się - powiedziałam, chcąc dodać sobie odwagi. - Histeria w niczym nie pomoże. Myśl logicznie.
Przecież nie mogli mi ich zabrać. Musieli zdawać sobie sprawę, że jeśli na dłużej stracę z nimi kontakt,  to więź łącząca mnie z zamkniętymi w nich duchami zostanie przerwana, a dusze uciekną. Skoro byłam im potrzebna, nie mogli pozwolić sobie na taki uszczerbek w mojej sile. One musiały gdzieś tu być. W pokoju nie było prawie żadnych mebli, wątpiłam, żeby chciało im się montować tu jakieś skrytki, czy coś w tym rodzaju, więc nie miałam zbyt wielu miejsc do przeszukania. Najpierw zajęłam się stolikiem. Przewróciłam go do góry nogami i dokładnie obejrzałam. W słabym świetle nie za wiele mogłam dostrzec, więc polegałam na zmyśle dotyku. Kochałam drzewa. Potrafiłam rozpoznać prawie każdy ich rodzaj, ale tego, z którego zrobiony był stolik, nie znałam. Szybko wyrzuciłam te myśli z głowy i skupiłam się na szukania jakiejś szczeliny, wgłębienia, czegokolwiek. Po pięciu minutach znałam każdą rysę mebla, w dłoniach miałam powbijanych co najmniej z dziesięć drzazg, ale zwojów nie znalazłam.
Z niedowierzaniem odwróciłam się w stronę łóżka. Popatrzyłam na nie podejrzliwie i podeszłam bliżej. Czyżby moje zwoje leżały w najbardziej prymitywnej kryjówce jaką zna świat. Przecież to niedorzeczne. O członkach Akatsuki można było powiedzieć prawie wszystko, ale nie to, że są głupi.
A może oni wcale nie chcieli ukryć moich zwojów... A może nie myśleli, że będę ich szukać... A może wcale ich tu nie ma... Przez głowę przeleciały mi setki podobnych myśli. Jednak zmusiłam się, żeby odsunąć je na bok i po prostu schyliłam się. W dzieciństwie zawsze myślałam, że pod łóżkiem jest jakieś przejście do innego świata, i że jeśli tam spojrzę, to za mną pojawi się potwór i wepchnie w inny wymiar. Teraz ten strach powrócił. Wiedziałam, że jestem dziecinna, ale nic na to nie mogłam poradzić. Postanowiłam więc, jak najszybciej rozejrzeć się i wskoczyć na łóżko, żeby nic mnie nie porwało. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z absurdu tej sytuacji. Przecież ja, tak jakby, już zostałam porwana. Nie znajduję się przecież w siedzibie Akatsuki z własnej woli.
Uśmiechnęłam się sama do siebie i spojrzałam pod łóżku. Przez kilka sekund mój wzrok przyzwyczajał się do ciemności. Potem dostrzegłam jakieś ubrania i duże pudło stojące w samym rogu. Spróbowałam go dosięgnąć, ale było za daleko. Musiałam tam wejść. Wiedziałam, że niektóre dzieci uważają to miejsce za najlepsze schronienie na świecie. Nie mogłam pojąć, dlaczego. Przecież pole widzenia jest tu ograniczone i nie masz pojęcia, czy ktoś przypadkiem nie czai się na górze i nie zabije cię, przebijając łóżko mieczem lub nożem. To była czysta głupota. Ja wolałam wiedzieć, co mnie czeka i chciałam patrzeć w twarz swojemu katowi. Ale... gdybym tu została, może członkowie Akatsuki, nie znaleźliby mnie... Skarciłam się za tą niedorzeczną myśl. Oni wiedzą wszystko.
Szybko chwyciłam pudło w dłonie i zaczęłam wycofywać się spod łóżka. Jednak pośpiech nigdy nie działał na moją korzyść. Zbyt szybko podniosłam się i uderzyłam głową w ramę. W efekcie, jak długa z powrotem poleciałam na ziemię. Przed oczami pojawiły się mroczki i byłam pewna, że z tyłu głowy wyrośnie mi ogromny guz. Tylko tego jeszcze brakowało. Po prostu super.
Westchnęłam cicho i na kolanach podpełzłam do pudełka. Kamień spadł mi z serca, kiedy zobaczyłam leżące na samym wierzchu zwoje. Złapałam pierwszy z brzegu i przytuliłam do szyi. Niemal słyszałam, jak duch w nim zamknięty, szepcze do mnie słowa obelgi.
Jak najszybciej wyjęłam resztę zwojów i rozłożyłam przed sobą na podłodze. Sam dotyk znajomego przedmiotu mnie uspokajał, leczył poszarpane nerwy. W pudle znalazłam tez całe mnóstwo świec. Nie zastanawiając się długo, złapałam kilka z nich i porozstawiałam po całym pokoju. Możliwe, że później przez wiele dni będę musiała siedzieć w ciemnościach, ale w tej chwili potrzebowałam otuchy jakiej może udzielić tylko światło. Potem usiadłam z powrotem przed zwojami i z obłąkanym uśmiechem na ustach parę razy przesunęłam po nich dłonią, zanim zdecydowałam, którego przywołać. Wybrałam tego, którego jako pierwszego wyjęłam z pudełka. Był to duch mogący wykonywać techniki w oparciu o chakrę natury wiatru.
Nie wiedziałam, jakie nosił imię za życia. Nigdy nie pytałam. Uznawałam to za zbyt wielkie naruszenie prywatności. A poza tym, myślę, że gdybym wiedziała , jak się nazywali to nie potrafiłabym traktować ich jak zwykłe przedmioty służące do walki i zabijania. Utożsamianie ich z konkretnymi osobami, które miały rodzinę, może dzieci, na pewno nie pomogłoby mi w życiu.
Podniosłam zwój i rozwinęłam go. Przez chwilę wpatrywałam się bezmyślnie w wyryte tam znaki. Po plecach, jak zawsze w takiej chwili, przeszły mnie dreszcze i już wiedziałam, że przede mną stoi mężczyzna odziany w długi biały płaszcz. Nie podniosłam jednak wzroku. Przez chwilę chciałam się napawać samą jego obecnością. Nie byłam sama.
- Czego chcesz? - zapytał w końcu zniecierpliwiony. Jego słowa jak zwykle ociekały jadem.
Czego od niego chciałam? Żeby po prostu był. Ale przecież tego mu nie powiem. Musiałam szybko coś wymyślić, bo jeżeli duch wyczułby, że w tej chwili jestem słaba, niezdecydowana, to może spróbowałby się uwolnić. Wiedziałby, że po tym co przeszłam, nie będę w stanie go zatrzymać. Wykorzystałby okazję. Nie mogłam sobie pozwolić, na utracenie tak potężnej broni jak on.
- Potrzebuję informacji - powiedziałam najpewniejszym głosem na jaki było mnie w tej chwili stać.
- Oczywiście - wysyczał duch. - Czego innego można się spodziewać po takiej idiotce jak ty? Niczego nie potrafisz załatwić sama. Wykorzystujesz ludzi, który już swoje na tym świecie wycierpieli, bo nie potrafisz sobie poradzić z najprostszymi sprawami.
Wiedziałam, że ma rację. Byłam słaba. Chciałam udowodnić wszystkim, że sobie poradzę, niestety bez ,,pomocy" duchów nigdy bym nie przetrwała tych kilku lat po opuszczeniu domu. Jednak do tej pory byłam pewna, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym nie będę ich tak rozpaczliwie potrzebować. Niestety teraz już wiedziałam nie mogłam się łudzić. Wykorzystam duchy aby przetrwać tu jak najdłużej, aby jak najdalej odroczyć godzinę swojej śmierci. Postanowiłam nie mieć skrupułów.
- Chcę wiedzieć jak najwięcej o człowieku, którego nazywają Sasori. - Byłam dumna z tego, że mój głos nie zadrżał przy wypowiadaniu jego imienia.
- Mogłabyś go po prostu zapytać, idiotko! - wrzasnął duch, a potem wyrzucił z siebie wiązankę przekleństw pod moim adresem.
Udawałam, że nie słucham. Choć tak naprawdę, każde jego słowo odczuwałam, jak pchnięcie nożem w brzuch.
- Masz dziesięć minut - warknęłam, przerywając mu.
Duch rzucił mi nienawistne spojrzenie i po chwili zniknął.
Tak naprawdę nie chciałam wiedzieć absolutnie nic o tym całym Sasorim, nienawidziłam go, ale potrzebowałam preteksty, żeby móc zatrzymać przy sobie ducha. Ten temat równie dobrze nadawał się do rozmowy, jak każdy inny.
Przez kilka minut siedziałam nieruchomo na podłodze kompletnie o niczym nie myśląc. To była miła odmiana po godzinach zadręczania się wspomnieniami i zastanawiania się, co ze mną zrobią, kiedy przestanę być im potrzebna. Mój umysł mógł w końcu odpocząć. Chciałam, żeby ten stan odrętwienia trwał jak najdłużej. Jednak wkrótce powrócił duch. Zbyt szybko. Mogłam dać mu więcej czasu. Ale wtedy myślałam, że te dziesięć minut będą dłużyć mi się w nieskończoność. Nie wiedziałam, że świadomość, że za chwilę z kimś porozmawiam da mi tyle spokoju.
Duch znów odezwał się pierwszy.
- Długo masz zamiar mnie jeszcze tu trzymać? Może w końcu zapytałabyś, czego się dowiedziałem i pozwoliłabyś mi odejść? - zapytał głosem tak przesyconym nienawiścią i pogardą, że aż się wzdrygnęłam.
Podniosłam na niego wzrok i skinieniem głowy dałam mu znak, że może mówić.
- Jedyny Lalkarz w Akatsuki - zaczął duch. - Tworzy lalki, a potem nimi steruje, potrafi przerobić ludzkie ciała na marionetki. Używa też techniki medicjutsu. Doskonale zna się na truciznach i odtrutkach. Jego rodzice zginęli na misji. Wychowywała go babcia. Nie udało mi się zdobyć żadnych informacji na temat bliskich osób. Prawdopodobnie nikt taki nigdy nie istniał.
Patrzyłam z otwartymi ustami na stojącą przede mną postać. Mówił zimnym, twardym głosem, jakby przekazywał mi informację na temat kamienia leżącego na pustyni. W ciągu dziesięciu minut dowiedział się o Sasorim więcej niż ja, prawdopodobnie, dowiem się do końca swojego marnego życia.
- Ile ma lat? - wydukałam w końcu, chcąc cokolwiek powiedzieć.
Mężczyzna przewrócił oczami.
- Trzydzieści pięć.
- Co?! - wyrwało mi się
- Głucha jesteś? Nie mam zamiaru tracić swojego cennego czasu, bo jakaś debilka nie zna się na liczbach - warknął.
Ale ja już go nie słuchałam.
Trzydzieści pięć... Trzydzieści pięć... Jak to możliwe? Lalkarz... Skorpion... Oczy... Ból... Obojętność... Okrucieństwo... Sasori.
To on mnie tutaj sprowadził. Nienawidziłam go. Chciałam, żeby umarł... Nie, nie chciałam jego śmierci. Nie chciałam śmierci nikogo. Każdy zasługuje na życie. Nawet on. Nie miałam prawa nawet pragnąć, żeby ktokolwiek opuszczał ten świat. Zwłaszcza, że mi samej tak często powtarzano, że powinnam to zrobić.
Wstałam z podłogi i ruszyłam w stronę drzwi. Prawdopodobnie już dawno powinnam być w Sali Cienia. Starałam się ignorować wrzeszczącego za mną ducha. Był wściekły, chciał żebym go już wypuściła. Jednak ja potrzebowałam jego obecności. Nie mogłam znowu zostać sama. Nie kiedy wkroczę w te ciemne korytarze. A poza tym był świetnym wojownikiem. Gdyby coś poszło nie tak, miałabym możliwość obrony.
- Chodź - szepnęłam cicho, nawet nie odwracając się w jego stronę.
Wiedziałam, że musi mnie posłuchać. Jak na razie miałam nad niem pełną władzę. Gorzej będzie, gdy moja chakra się wyczerpie.
Tym razem korytarze nie wydawały się tak przerażające. Pewnie dlatego że teraz gdzieniegdzie były poustawiane świece. A może po prostu nie byłam sama?
Szłam przed siebie, starając się nie zgubić. Kilka razy musiałam prosić ducha o pomoc. Za każdym razem dostawałam za karę piękną wiązankę przekleństw. W końcu jednak dotarłam na miejsce. Stanęłam przed wejściem do Sali Cienia. Nie było tu drzwi, tylko wielki prostokątny otwór wykuty w ścianie. Nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś były tu wrota, ale zostały wyważone, podczas którejś ze sprzeczek. Zdobyłam się na odwagę i spojrzałam w głąb pomieszczenia. Serce na chwile stanęło mi ze strachu. Jedyne, co widziałam w środku to wielki pomnik. Zasłonięte oczy, rozłożone dłonie. Powinnam coś o nim wiedzieć.
- Demoniczna statua zewnętrznej ścieżki - wysyczał mi do ucha duch. - Zabiją cię tu.
Miał rację. Nie miałam już gdzie uciec. Przytrzymałam się ściany, żeby nie upaść. Mój oddech stał się płytszy. Już po mnie. Zza placów dobiegł mnie drwiący śmiech ducha.
- Nie bój się ich - powiedział. - Lepiej martw się, co cię spotka, kiedy oni już z tobą skończą.
Zignorowałam go. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby wszyscy pomyśleli, że jestem wariatką. Zacisnęłam zęby i weszłam do środka. Nikt nawet nie zauważył mojego przybycia. Odetchnęłam z ulgą. Wiedziałam, że się spóźniłam. Stanęłam pomiędzy dwoma mężczyznami. Obaj byli sporo ode mnie wyżsi, co tylko powiększyło mój strach. Przesunęłam wzrokiem po zebranych. Wszyscy ubrali czarne płaszcze. Chciałam sprawdzić, czy tylko ja się spóźniłam... Nie uwierzyłam. Policzyłam jeszcze raz i znowu to samo. Niemożliwe. Wiedziałam, że Akatsuki ma dziesięciu członków, a w kręgu, oprócz mnie, stało ich jedenastu.
Usłyszałam głos lidera. Spojrzałam w jego kierunku. Stał tuż pod statuą. Nie słuchałam tego, co mówił. Zajęłam się gapieniem na każdego, kto był w zasięgu mojego wzroku. W gardle miałam wielką gulę. Modliłam się, żeby nie wybuchnąć płaczem. Stałam wśród zabójców. W każdej chwili moja głowa mogła zostać oddzielona od reszty ciała i potoczyć się po podłodze.
W uszach mi szumiało, ledwie słyszałam głos lidera. Nie mogłam się jednak na nim skupić. Jak przez mgłę dotarło do mnie, że do organizacji dołączyła jedna osoba, a kolejna będzie przez jakiś czas im pomagać. Mówił o mnie... I o kimś jeszcze. O kim?
Mój wzrok padł na dziewczynę stojącą naprzeciw mnie. Ona. Tak. Ona wyglądała normalnie... Nie!
Ona wyglądała NORMALNIEJ od całej reszty. Bo nikt noszący płaszcz Akatsuki nie może wyglądać normalnie. W każdym razie była tu nowa, tak jak ja. Powinnam się jej trzymać.
Jeszcze raz popatrzyłam jej w oczy, a ona odwzajemniła moje spojrzenie. Była silna. Cholernie silna. Przerażała mnie. Nie miała nic do stracenia. Była podobna do NICH. Ale nie taka sama. Inna. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle. Będę musiała na nią uważać. Jeszcze przez chwilę mierzyłyśmy się wzrokiem, a potem spuściłam głowę.
No, dobra. Uspokoiłam się trochę. Teraz trzeba wrócić do rzeczywistości i dowiedzieć się czego ode mnie oczekują. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w opanowany głos Peina.
- Mei Hayashi, choć nie jest pełnoprawnym członkiem organizacji, stworzy parę z Aisu. Oczekuję, że będą się wzajemnie pilnować. Za dwa dni wyruszają na misję. Do tego czasu będą trenować.
Lider chyba nie miał już nic więcej do powiedzenia. Wszyscy zaczęli się powoli rozchodzić. Każdy szedł w swoją stronę. Parę osób rozpłynęło się w powietrzu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przecież niektórzy w tym czasie wykonują misję, a na zebranie przybyli jako hologramy. Tylko ja stałam ciągle na swoim miejscu. Otaczały mnie potwory. Każdy z nich był gotów zabić bez zastanowienia. Wbrew swojej woli spoglądałam w ich twarze. Jeden miał dziwne, czerwone oczy, mogące przejrzeć wszystko i każdego. Bałam się go... Inny przypominał ludożerczą roślinę - jego też się bałam. Zakryta twarz, usta na dłoni, ręka zmieniająca się w kartkę papieru... Miałam ochotę krzyczeć. Wydawało mi się, że to tylko sen. Że zaraz się obudzę pod jakimś drzewem, wstanę i dalej będę zmuszona iść przed siebie. Jednak nie miałam już, gdzie uciec. Nie było dla mnie nadziei. Nawet śmierć nie mogła mnie wybawić. Mój los został przesądzony, kiedy wyszłam z domu, zostawiając za sobą rodzinę i bezpieczeństwo. Ani na tym świecie, ani na tamtym nie było nikogo, kto by chciał mi pomóc. Byłam sama. Sama. W piekle.
Wciągnęłam ze świstem powietrze. Znów zaczynałam wpadać w panikę. I wtedy je zobaczyłam... Te oczy. Mijał mnie. Nasze spojrzenia spotkały się tylko na chwilę. Ale to wystarczyło, żeby ogarnęła mnie wściekłość. Jak on może po tym wszystkim patrzeć mi w oczy? Mógłby mieć, choć tyle przyzwoitości, żeby omijać mnie szerokim łukiem. Nagle coś sobie uświadomiłam. Przecież od jutra zaczynam z nim trening... Staniemy twarzą w twarz i... Nawet nie chce sobie wyobrażać, co może mi zrobić, kiedy go zdenerwuję.
Potrząsnęłam głową i rozejrzałam się za dziewczyną, której przyglądałam się podczas przemowy Peina. Nigdzie nie mogłam jej dostrzec.
- Zaprowadź mnie do niej - szepnęłam, ledwo poruszając wargami.
Duch miał chyba cichą nadzieję, że o nim zapomniałam. Ta... jakby można było zapomnieć o czymś, co cały czas pochłania twoją chakrę. Nie był zadowolony z faktu, że znów proszę go o pomoc, jednak nie kłócił się. Pobytem na ziemi był równie mocno wyczerpany, jak ja trzymaniem go tu. Rzucił mi wściekłe spojrzenie i zniknął w ciemnym korytarzu. Podążyłam za nim.
Wydawało mi się, że idę ta samą drogą co wcześniej. Nie miałam jednak pewności. Byłam w siedzibie Akatsuki. Tutaj niczego nie można być pewnym.
Korytarze wydawały się być niekończąca dziurą. Starałam się stąpać ostrożnie, jakby każdy krok miał zbudzić mieszkającego w tym miejscu ducha. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z absurdalności tego stwierdzenia. Nie mogłam nie uśmiechnąć się pod nosem. Mimo całej tej sytuacji, niebezpieczeństwa, w którym się znalazłam i strachu, ciągle potrafiłam się uśmiechać. To graniczyło z cudem. Nie! Z cudem graniczył fakt, że jeszcze żyłam. Ale to już niedługo się pewnie zmieni. No cóż... Musiałam się pogodzić z tym, że śmierć czeka tuż za rogiem.
Jak na ironie przede mną pojawił się zakręt. Duch przystanął przy pierwszych drzwiach.
- To tutaj? - wyszeptałam, starając się uspokoić oddech.
- Nie, idiotko, w Kraju Śniegu - warknął. - Skoro się tu zatrzymałem to chyba logiczne, że jesteśmy na miejscu. Uwierz mi, nie należysz do osób, na których wszyscy czekają, żeby tylko móc spędzić z nimi trochę więcej czasu.
Westchnęłam cicho i położyłam dłoń na klamce. - Ej, może byś mnie tak, z łaski swojej, wypuściła? - syknął. Zignorowałam go. Zawsze to robiłam. Nie było innego sposobu, żeby nie zwariować. Weszłam do pokoju i szybko rozejrzałam się dookoła. Nie różnił się zbytnio od mojego. Takie samo małe okno, takie samo łóżko, taka sama niewielka przestrzeń. I wtedy mój wzrok padł na komodę... Przymknęłam oczy, próbując lepiej jej się przyjrzeć w półmroku. No super! Ona miała gdzie trzymać ubrania, a moje muszą walać się pod łóżkiem.Co za jawna niesprawiedliwość. I to tylko dlatego, że ona jest lepszym zabójcą.
W pomieszczeniu było przeraźliwie zimno, a wszędzie wirowały białe drobinki. Wydawało mi się, że widziałam je wcześniej na korytarzu, ale było zbyt ciemno, żebym mogła być pewna.
Zamknęłam za sobą drzwi i zdałam sobie sprawę, że zapomniałam zapukać. Przygryzłam nerwowo wargę. Czyżby to był koniec mojego marnego życia?
Aisu Sugi stała przy oknie, odwrócona do mnie plecami. Zebrałam się na odwagę i postąpiłam dwa kroki do przodu.
To był błąd.
Jeden z największych jakie do tej pory popełniłam.
W jednej sekundzie słałam na środku pokoju, a w drugiej byłam przyszpilona przez lód do ściany. A więc na tym polega jej technika... Nigdy nie słyszałam o nikim posługującym się Uwolnieniem Lodu. Nie byłam specjalistką w tej dziedzinie, ale sporo się naczytałam, próbując uświadomić sobie kim jestem. Jednak ani razu nie natknęłam się na tą technikę. Podziw prawie całkowicie przesłonił mi strach. Prawie...
- Cześć! - powiedziałam, starając się nie zwracać uwagi na zimno ogarniające całe moje ciało. - Ty pewnie też jesteś tu nowa. Jestem Mei Hayashi. Z tego, co zdążyłam usłyszeć od lidera, to mamy razem wyruszyć na misję.
Ona, zapewne, też o tym słyszała. Pein mówił to przy wszystkich. Jednak ja musiałam coś powiedzieć. Chciałam, choć trochę, poznać osobę, od której będzie uzależnione moje życie. Chciałam ukryć swój strach. Chciałam sama sobie udowodnić, że mimo wszystko jestem silna. Chciałam zasłużyć na śmierć.
- Dobrze się składa. Nie chciałaby nigdzie iść z osobą, która jest członkiem Akatsuki od lat. Takie miejsce jak to, zmienia ludzi. Trzeba bardzo uważać. Wiesz, nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek będę miała styczność z tą organizacją, ale los bywa nieprzewidywalny. Będziemy musiały sobie jakoś radzić. Nie wiem jak ty, ale ja się strasznie boję. A to miejsce, jeszcze tylko bardziej mnie przeraża. Nie mogę się doczekać, aż wyruszymy na misję. Pewnie dadzą nam na początek coś łatwego. Może będziemy musiały złapać jakieś rzadkie zwierzę, czy ochraniać kogoś ważnego. Nie jestem pewna, czy oni dokładnie tym się zajmują, ale jakoś sobie poradzimy. Mam nadzieję, że nie każą nam nikogo zabijać. Nie dałabym rady. Nie lubię posyłać ludzi na inny świat. Znaczy, jeszcze nigdy tego nie zrobiłam, ale wydaje mi się, że nie polubiłabym tego uczucia. Zresztą, nieważne. Ważne, że nie będziemy tam same. Umarłabym ze strachu, gdyby kazali mi iść w pojedynkę. Jeszcze gorzej byłoby, gdyby szedł ze mną ktoś z nich. Chyba sama skoczyłabym z klifu, jeśli miałabym przebywać z którymś z tych morderców. Oni nie szanują ludzkiego życia. To straszne. Nie wiem, jak można patrzeć w lustro ze świadomością, że twoje ręce są splamione krwią. Nie wytrzymałabym, czegoś...
- Zamknij się.
Przerażona zamarłam z otwartymi ustami. Aisu miała cichy, hipnotyzujący głos. Zimny jak lód. Zimny jak ona sama. Nie odwróciła się w moją stronę. Nawet się nie ruszyła.
Lód powoli zaczął ustępować. Najwyższy czas. Powoli zaczynałam tracić czucie w kończynach. Opadłam na podłogę. Czułam się dziwnie. Byłam wyczerpana.
- Ja już pójdę - szepnęłam, ledwie poruszając wargami.
Oparłam się o ścianę, wstałam i jak najszybciej opuściłam to pomieszczenie. Przeszłam kilak kroków ciemnym korytarzem, gdy uświadomiłam sobie, że nie wiem jak trafić do swojego pokoju. Rozejrzałam się w poszukiwaniu ducha. Był tam. Metr ode mnie. Jak mogłam go wcześniej nie zauważyć? Coś było nie tak. Uważniej mu się przyjrzałam. Był prawie przezroczysty! Wcześniej widziałam go tak wyraźnie, jak każdą żywą osobę.
- Zaprowadź mnie do pokoju - poleciłam, starając się nie okazywać ile wysiłki kosztuje mnie utrzymywanie go przy sobie.
Bez słowa poleciał w stronę kolejnych drzwi. Co za ulga. Nie wiem, czy dotarłabym na własnych nogach gdzieś dalej. Przebycie tych kilku metrów było dla mnie trudne.
Szarpnęłam za klamkę. Nic. Pociągnęłam mocniej. Dalej nic. Stojący obok duch zanosił się głośnym śmiechem, ale tego też nie słyszałam tak wyraźnie jak kiedyś.
- Może byś tak nacisnęła tą klamkę, debilko? Chyba że próbujesz ją wyrwać.
Przełknęłam ślinę. Wszystko mnie bolało, nie mogłam logicznie myśleć. Posłuchałam jednak rady ducha i po chwili siedziałam oparta o drzwi swojego pokoju.
- No maleńka, teraz my zaczniemy zabawę. - Usłyszałam nad swoim uchem złowrogi szept.
Poderwałam się na równe nogi, tylko po to, żeby po chwili znów upaść na podłogę. Czyjaś dłoń uderzyła mnie w twarz.
- Stój! - wrzasnęłam, wyciągając przed siebie dłoń. - Nie możesz mi nic zrobić. Jestem twoją panią. Masz mnie słuchać.
Jako odpowiedź dostałam wybuch śmiechu i kolejny cios. Tym razem w brzuch. Zwinęłam się z bólu.
- Jaka ty jesteś głupia... - zaczął duch. - Nie wyczułaś nawet, że Aisu Sugi kradnie ci chakrę. Byłaś zbyt zajęta swoją marną paplaniną. Nic nie możesz mi już zrobić. Jesteś żałosna.
Prawdziwość każdego zdania potwierdzał uderzeniem. Chwytałam spazmatycznie powietrze. Starałam się zwinąć w kłębek, ale nie dał mi takiej możliwości. Zacisnęłam zęby. Musiałam to coś zrobić. Z jednej strony chciałam pozbyć się ducha, mogłam po prostu odciąć dopływ chakry, ale z drugiej - nie mogłam sobie pozwolić na nawet minimalne uszczuplenie mojej siły. Zebrałam się w sobie i zaczęłam czołgać w stronę łóżka. Uznał to chyba za próbę uniknięcia jego ciosów i bił jeszcze mocniej. Dobrze, niech myśli, że nie wiem, co robić, że jestem przerażona i zmęczona. Prawdę mówiąc, byłam, ale nie na tyle, żeby stracić wolę przetrwania.
Jeszcze tylko kilka centymetrów, już prawie. Mam!Chwyciłam zwój obiema rękami i skierowałam w stronę atakującego. Po chwili byłam już sama w pokoju. W gardle miałam olbrzymią gulę. Chciało mi się płakać, ale nie miałam siły nawet na to. Położyłam głowę na podłodze i po chwili już spałam.



Aisu

Nie zmrużyłam oka. Siedząc przy jedynym oknie znajdującym się w pokoju, próbowałam odpierać zalewające wspomnienia. Było tego wiele, zbyt wiele jak na dwa dni bez snu. Wszystko wracało do mnie falami. Śmierć rodziców, własne przekleństwo, lata samotności, pojawienie się nadziei i jej równie szybkie zniknięcie. Tak bardzo chciałam poczuć ból jaki odczuwałam, gdy to wszystko się działo. Byłam z nim tak silna, tak potężna i właśnie wtedy, gdy osiągnęłam szczyt swoich możliwości wszystko zniknęło. Znów byłam sama, bez rodziny, przyjaciół, bez bólu. Spojrzałam na swoje odbicie w szybie zastanawiając się, czy obojętność kiedyś odejdzie. To wszystko było jak znikanie, zatracanie cząstki osobowości, z każdym dniem większej, i zastępowanie jej prawdziwą pustką. Otworzyłam okno, bez chwili zastanowienia wyskoczyłam, z gracją lądując na pustynnym piasku. Patrzenie w przeszłość niczego nie zmieniało, ale było zbyt uzależniające, bym mogła przestać. Mimo skrajnego wyczerpania musiałam się do tego zmusić, a jedynym sposobem był trening, ćwiczenia ponad swoje siły. Rozejrzałam się upewniając się, że teren jest czysty i zaczęłam. Ataki, uniki, szybkość, moc szlifowałam wszystko, po kolei, najlepiej jak umiałam, dając się złapać w wir walki. To było zbyt mało. Wciąż, z każdym dniem, z każdą chwilą słabości potrzebowałam większej siły. Uniosłam ręce wysoko do góry i czekałam. Po chwili piasek pod moimi stopami zaczął drżeć aż rozstąpił się, a jego miejsce zajął lśniący, krystalicznie czysty i niesamowicie twardy lód. Opuściłam ręce i rękawem otarłam pot z czoła. Choć miałam w sobie ogromne pokłady chakry utrzymywanie w pozycji stojącej swojego zmarnowanego ciała wiele mnie kosztowało. Spuściłam głowę, skupiając wszystkie swoje myśli na ogromnej ilości stworzonego lodu, który unosił się stopniowo i tworzył wielką falę przekształcającą się we mnie, powiększoną do niebotycznych rozmiarów. Chciałam spojrzeć na swoje dzieło, w swoje oczy zaatakowane pustką, ale nie mogłam. Poleciałam do przodu, z głuchym dźwiękiem uderzając o lód. Znów ten sam scenariusz. Byłam przyzwyczajona do upadków do tego stopnia, że już nie bolało, nic mnie nie bolało. Cholera. Nie mogłam się ruszyć, po raz kolejny nadużyłam Kekkei Genkai, tym samym wywołując paraliż całego ciała. Lód nie znikał, w tej chwili zdałam sobie sprawę, że znów wymknął się spod mojej kontroli. Zaczęło się robić zimno, a dźwięk, który słyszałam nie był mi obcy. Wszystko dookoła mnie zaczęło zamarzać. Doświadczyłam tego trzy razy w życiu, zawsze gdy byłam bezbronna. Lód pokrywał wszystko, by zapewnić mi bezpieczeństwo, atakował każdego napotkanego na swojej drodze, bez względu na moją wolę. Próbowałam się poruszyć, ze wszystkich sił, wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, ale jedyne, co udało mi się zrobić to, na ułamek sekundy unieść powieki. W chwili, w której moje ciało zaczęło drżeć z zimna poczułam, że unoszę się w powietrzu. Przez moment zastanawiałam się, czy nie jestem unoszona przez lód, jednak stopniowo zaczynało docierać do mnie ciepło, ludzkie ciepło. Ktoś mnie podnosił, to była moja ostatnia myśl nim straciłam przytomność.
    Powoli wybudzałam się ze snu, choć mocno się przed tym broniłam. Stopniowe odzyskiwanie świadomości było przykrym powrotem do otaczającego mnie świata, świata pełnego krwi, morderców i śmierci. Ostrożnie otworzyłam oczy, przygotowana na nagły napływ światła, którego nie było. Dookoła mnie panował przytulny półmrok. Rozejrzałam się powoli, zauważając, że pod ścianą, na krześle siedzi jakaś postać.
- Nieźle nas wystraszyłaś, dziecinko. Gdybyśmy nie wracali z misji byłoby już po tobie. - Niski, męski głos, który usłyszałam utwierdził mnie w przekonaniu, że wciąż znajduję się w siedzibie Akatsuki.
- Kim jesteś - spytałam, unosząc się do pozycji siedzącej. Mężczyzna wstał, a nade mną zawisł wielki, mroczny cień. Jak każdy z członków organizacji ubrany był w czarny płaszcz, ale wyglądem nie przypominał zwykłego człowieka. Jego skóra była niebieska, a oczy niewielkie, ponadto miał skrzela. Wyglądał trochę jak... rekin.
- Może najpierw, dziękuję za uratowanie życia - powiedział, uśmiechając się z niezwykłą pewnością.- Kisame Hoshigaki - dodał po chwili, poszerzając uśmiech, którego nie odwzajemniłam.
- Nic, by mi nie było - odparłam i wstałam z łóżka. W głębi duszy dziękowałam mu za pomoc, ale nie chciałam mówić tego na głos. Co za dużo to niezdrowo. Skinęłam do niego głową, po czym skierowałam się do drzwi zupełnie tak, jakbym przed chwilą nie była zmorzona snem, zupełnie jakbym wiedziała i miała gdzie iść.
- Nie tak szybko dziecinko, lider kazał nam spotkać się w Sali Cienia, gdy odzyskasz przytomność. Niedługo wieczór, nie możemy dłużej czekać. - Spojrzałam na niego, wzdychając ciężko. Szykował się długi dzień.
- Prowadź - powiedziałam gotowa na szarpnięcie za ramię i ciągnięcie zawiłymi korytarzami. Nic takiego się nie wydarzyło, zamiast tego Kisame otworzył drzwi, puszczając mnie przodem. Przez chwilkę zastanawiałam się, czy to co widzę przy jego plecach to, to o czym myślę. Samehada powiedziałam w myślach, uświadamiając sobie równocześnie, że mimo swoich manier niczym nie różni się od innych członków Akatsuki, w tym także ode mnie. Wszyscy robią co muszą żeby przetrwać, czepiają się usilnie życia, a ono daje nam nowe, coraz to lepsze szanse, nadzieje dzięki, którym żyjemy. Jakby śmierć była czymś złym... Ruszyłam korytarzem, próbując odnaleźć się w półmroku. Analizowałam, oglądałam, dotykałam, robiłam wszystko, by zapamiętać choć w małym stopniu drogę, którą wskazywał mi mężczyzna.
- Właściwie to jak masz na imię - spytał, gdy schodziliśmy po schodach. Zatrzymałam się i odwróciłam twarzą do niego. Nie sądziłam, że może mnie nie znać skoro kazano mnie tu ściągnąć.
- Aisu Sugi - powiedziałam, obserwując jego reakcję. Najwyraźniej nie miał pojęcia kim jestem, bo patrzył na mnie pytająco. - Morderczyni z Kraju Śniegu - dodałam, a jego twarz rozjaśniła się i po chwili wpłynął na nią szeroki uśmiech.
- Więc to ty, nie sądziłem, że kiedykolwiek się spotkamy. Witaj w Akatsuki, Aisu.- Wydawał się szczerze rozbawiony, czego ja nie rozumiałam. Nie było w tym nic śmiesznego. Wyciągnął do mnie rękę, w której trzymał czarny połyskujący materiał. Płaszcz Brzasku.
- Załóż to i dopóki jesteś jedną z nas nie zdejmuj. - Wykonałam jego polecenie zauważając, że rękawy kończą się tam, gdzie moje palce, gdy wyciągam przed siebie rękę, a kołnierz sięga do połowy policzka. Zupełnie jakby był szyty na miarę. Zapewne był, cholerna organizacja, zawsze krok przed wszystkimi.
Dotarliśmy do Sali Cienia. Spodziewałam się czegoś bardziej mrocznego, tymczasem wnętrze oświetlone było przez setki małych świec. Kisame ruszył przodem i zajął miejsce w kręgu, a ja patrzyłam na nich z lekkim uśmiechem skrytym pod płaszczem. Stali przede mną, cała potężna dziesiątka.
- Dołącz do kręgu - niski, mroczny głos Paina odbijał się echem od ścian. Moje ciało pokryła gruba warstwa lodu, a po sekundzie zniknęła. Stałam teraz obok Kakuzu i Hidana, zajmując jedenaste miejsce. Statua wznosząca się za plecami lidera na chwilę odwróciła mój wzrok od zebranych. Przerażająca. Cholerny strach, czemu akurat on musiał zostać?
- Tobi, gdzie ona jest - powiedział lider najwyraźniej zniecierpliwiony. Ona? Jaka ona? Spojrzałam na Konan, która, jak wynikało z moich źródeł, była jedyną kobietą w Akatsuki. Więc o to chodzi... Będzie ciekawie.
Nie musiałam czekać długo, by część moich przypuszczeń się potwierdziła. Wkrótce usłyszałam powolne kroki, które w końcu umilkły. Kimkolwiek była zatrzymała się, ale. Nie minęła jednak sekunda, gdy w progu pojawiła się niska, czarnowłosa dziewczyna. Nie przyglądałam się jej długo. Nie miała płaszcza, nie była członkinią, nie była nikim ważnym. Zastanawiałam się tylko kiedy chcą ją zabić, przed czy po spotkaniu.
- Jak wiecie przebywają tu z nami dwie nowe osoby. Część z was wie kim są. Pomogą nam w osiągnięciu celu, dwie wspaniałe bronie w naszych rękach. Już niedługo przejmiemy władzę...- Nie słuchałam długo. Czekałam aż Pain przejdzie do konkretów. Domyślałam się, co jest ich celem i czemu się tu znajduje, choć z drugiej strony wiedziałam, że to wszystko nie może być takie proste. Spojrzałam przed siebie, natrafiając na spojrzenie nieznajomej dziewczyny. Nie pasowała tu. Słaba, taka słaba. Wystarczyłby tylko jeden ruch ręką żeby ją uśmiercić. Tak mało... Żałosne. Żałosne było jej zachowanie, żałosny był strach w jej oczach, żałosna była jej słabość.
- Aisu Sugi, morderczyni z Kraju Lodu. Jedyna żyjąca osoba, która posługuje się uwolnieniem lodu.- Wszystko co mówił lider było takie bezsensowne, niepotrzebne. Dobrze wiedzieli kim jestem, kolejnym pionkiem w tej piekielnej grze, jedną z nich.
- Mei Hayashi, choć nie jest pełnoprawnym członkiem organizacji, stworzy parę z Aisu. Oczekuję, że będą się wzajemnie pilnować. Za dwa dni wyruszają na misję. Do tego czasu będą trenować.- W tym momencie skończyło się moje fantazjowanie o zabiciu tej małej dziewczynki. Cholerne żarty. Nie, to nie był dowcip, którego nie mogłam zrozumieć. Nikt się nie śmiał. Na prawdę miałam ruszać do walki z dzieckiem. Przygryzłam wargę, z której po chwili zaczęła lecieć ciemnoczerwona ciecz. Wsiąkała w płaszcz. A więc już był splamiony. Moją własną krwią.
Zebranie dobiegło końca. Lider niczego więcej nie powiedział. Nie sprzeciwiałam się. Patrzyłam jak wszyscy znikają lub rozchodzą się w różnych kierunkach, ja wybrałam ten pierwszy sposób, w ułamku sekundy przenosząc się do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku, nerwowo wykręcając palce i słuchając coraz głośniejszych trzasków. Ból pękniętych kości, jakie to ludzkie. Uśmiechnęłam się pod nosem wniebowzięta tym uczuciem, ale i to nie trwało długo. Moje ręce pokryła warstwa lodu, która skutecznie uniemożliwiła mi dalsze łamanie. Gdybym mogła pewnie byłabym zdenerwowana tym, że nie mogę się nawet lekko uszkodzić, a co dopiero zabić. Przez chwilę patrzyłam na wirujące w powietrzu, maleńkie płatki śniegu. Takie niewinne, jak kurz. W rzeczywistości to dzięki nim kontrolowałam ruch każdej osoby znajdującej się obecnie w siedzibie. Wstałam i podeszłam do okna, za nim też wirowały śnieżynki, wszystko było pod moją kontrolą. Wspaniale, w okolicy znajdował się jakiś shinobi. Kącik moich ust nieznacznie uniósł się do góry, gdy poczułam przypływ nowej chakry. To również potrafiłam robić. Wykorzystując padający, czy też wirujący śnieg pobierałam chakrę osoby, której dotykał. Oczywiście nie zostawiałam mu niczego, a sama rosłam w siłę. Tym razem przerwałam. Przed moimi drzwiami znajdowała się jakaś osoba, jej kroki słyszałam już wcześniej. 
Mei Hayashi wkroczyła do mojego pokoju, nawet nie pukając. Co prawda dobrze wiedziałam, że tam jest, nawet gdyby zapukała nie odezwałabym się. Nie była tego warta. Nim wydałam polecenie o schwytaniu jej pozwoliłam, by przeszła dwa kroki. To i tak było zbyt wiele. Przeszkodziła mi w absorpcji, musiałam dostać coś w zamian. Gdy lód przyszpilił ją do ściany sprawiłam, że białe drobinki osiadły na niej i zabierały jej chakrę. Zdawało się, że dziewczyna niczego nie czuje. Głupia, mała kunoichi. Ofiara... zabić. Za dużo mówiła. Patrzyłam przez okno, zastanawiają się ile ta głupia maskarada jeszcze potrwa. Szkoda, że nie mogłam jej zgładzić. Lider byłby zły. Głupi lider.
-Zamknij się- powiedziałam, słysząc uwagi dotyczące zabijania. Ludzkie życie nie było warte tylu słów, nie było nic warte. W myślach wydałam polecenie, a lód zaczął uwalniać jej ciało. Ciekawiło mnie to, czy zrozumiała, co zrobiłam, czy zrozumiała, że ja nie byłam do niej ani trochę podobna. Byłam mordercą, najlepszym z najlepszych. Ona była małą kunoichi, natrętem, nikim. Czego od niej chcesz Liderze? Po co ci taki śmieć? 
Słyszałam jak odchodzi, w głowie miałam obraz, który również pokazywał mi tą scenę. Ledwo trzymała się na nogach. Uśmiechnęłam się pod nosem. Tak jak myślałam była żałosna, a ja pełna jej mocy. Otworzyłam okno i usiadłam na parapecie. Robiło się coraz ciemniej, a był to tylko wczesny wieczór. Patrzyłam na ziarenka piasku unoszone przez wiatr. Chciałam już wyruszyć na tą misję. W siedzibie nic mnie już nie trzymało, ćwiczenia nie miały sensu, mogłam tylko czekać, albo zająć się zabijaniem osób, które ciągle wchodziły do mojego pokoju.
- Tylko nie uciekaj, dziecinko. Znowu narobisz nam problemów, już nie pamiętasz, co działo się zeszłej nocy?- Zaśmiałam się cicho, niemal niedosłyszalnie. Po co mnie tu sprowadzili, skoro byłam tak problematyczna. Wyciągnęłam kunai, próbując robić to co wcześniej, zadać sobie choć odrobinę bólu. Tak mi go brakowało.
- Czego chcesz? - powiedziałam cichym, ale jak zwykle chłodnym i opanowanym głosem. Mężczyzna stał przede mną z uśmiechem na twarzy, nie patrzyłam na niego, ale dobrze o tym wiedziałam. 
- Porozmawiać. Królowa lodu nie w humorze? A szkoda, jutro zaczynamy razem trening. Bądź gotowa, bo umrzesz.- Przez chwilę zastanawiałam się, czy on jeszcze nie zrozumiał.
- Śmierć nie wchodzi w grę. Powinieneś wiedzieć, że mnie się nie da zabić.
- To się okaże. Może jesteś kunoichi klasy S, ostatnią z takim Kekkei Genkai, ale są tu potężniejsi od ciebie. Jeszcze się o tym przekonasz. Oni są w stanie zabić cię bez wahania. - Słuchałam go, próbując wbić kunai w częściowo pokrytą lodem nogę. Nie udało się. Zsunęłam się z parapetu i stanęłam przed poirytowanym mężczyzną. 
- Patrz uważnie, bo więcej tego nie zobaczysz- szepnęłam w tym samym czasie wbijając kunai prosto w swoje serce, na próżno. Lodowa pokrywa, wbrew mojej woli, skutecznie zasłoniła fragment ciała, w który celowałam. - Nie można mnie zabić, on na to nie pozwoli, obroni mnie, bez względu na to czy tego właśnie chcę. Wierny towarzysz. Możesz próbować wszystkiego, wody, ognia, metalu, życzę szczęścia- Kisame patrzył na mnie z mieszanką zaciekawienia, podziwu i czegoś w rodzaju strachu, choć na pewno się nie bał. 
- Zobaczysz, dziecinko. Lodowa zbroja szybko pęka.- Pokręciłam przecząco głową, pozwalając sobie na uśmiech.
- To nie tylko zbroja. Jeszcze tego nie zauważyłeś? On jest na zewnątrz mnie i wewnątrz, nie pozwoli mi zginąć, bo to tak jakby sam giną. Jestem ostatnią osobą, która potrafi stworzyć lód z niczego, to ja zapewniam mu przetrwanie- Wciąż nie był przekonany, widziałam to. Nie mogłam powiedzieć niczego więcej. Nie mogłam zdradzić mu więcej niż sam mógł się domyślić. Prawdziwa potęga tego żywiołu jest nie do powstrzymania. Wkrótce się o tym przekona, już niedługo, gdy wszystko wymknie się spod kontroli.
- Jutro zobaczymy ile potrafisz, dziecinko- powiedział, po czym zaśmiał się kpiąco i skierował do drzwi.
- Nie nazywaj mnie tak- warknęłam, choć wcale nie byłam zdenerwowana. Nie lubiłam, gdy ludzie nie odnosili się do mnie z szacunkiem, nic więcej. Kisame zaśmiał się jeszcze głośniej, po czym zniknął, zostawiając mnie samą. Mężczyzna sam w sobie był intrygujący. Ta pewność siebie, siła, która bez wątpienia w nim drzemała, jak w każdym z członków Akatsuki. Samehada przymocowana do jego pleców dawała sporo do myślenia. W przeciwieństwie do mojej partnerki nie był byle kim i właśnie dlatego nie chciałam mieć w nim wroga, chociaż w pojedynku mógłby nie okazać się tak silny. Przez chwilę zastanawiałam się czy powinnam sprawdzić jego umiejętności. Doszłam do wniosku, że to dobry pomysł, bo dopóki nie wiedziałam z kim miałam do czynienia, nie mogłam czuć się pewnie w organizacji, a prędko miałam z niej nie odejść, w zasadzie nigdy. Gdybym odeszła znaleźliby mnie i zabili, byli do tego zdolni, jeżeli ktoś mógł mnie uśmiercić to tylko któreś z nich. Na pewno nie Kisame, on posługiwał się wodnymi technikami, które z łatwością mogłam wykorzystać przeciwko niemu, samehada utrudniałaby mi walkę, ale nie przegrałabym. Hidan i Natręt również nie byli w stanie mnie zatrzymać, ale kto wie co z resztą. Co do jednej osoby nie miałam wątpliwości, Pain byłby w stanie mi zaszkodzić, Kakuzu pewnie też, reszta wciąż stała pod znakiem zapytania. Czułam się przy nich taka słaba, a przecież byłam potężna, przecież niczym się nie różniliśmy.
Wyszłam z pokoju i skupiłam się na obrazie przesyłanym przez śnieg do mojej głowy. Według niego powinnam skręcić w prawo i wejść po schodach. Wykonałam szybki skręt, wpadając na kogoś. Gdybym nie była tak skupiona, a on tak szybki nawet byśmy się nie spotkali. Cholera, niedobrze.  Spojrzałam na wysoką, stojącą przede mną osobę. Był to mężczyzna ubrany w płaszcz organizacji. Nie odwrócił się w moją stronę, stanął bokiem, a po chwili, wciąż się nie ruszając, skierował na mnie swój wzrok. Czułam, że strach mnie paraliżuje. Kończyny powoli stawały się bezwładne, ale jeszcze stałam, wpatrując się w czerwone tęczówki mężczyzny. Sharingan, a więc to jest słynny Itachi Uchiha. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam, ledwo trzymałam swoje ciało w pozycji stojącej. Strach, który mnie wypełniał nie pozwolił mi na nic więcej. W skąpym świetle świec dostrzegłam jego złość, nienawiść, która emanowała z całej jego osoby. Już go nie było. Zniknął, a ja skierowałam się do schodów wciąż oszołomiona. Był przerażający, choć nie powiedział ani jednego słowa, nic mi nie zrobił, sprawił, że strach prawie mnie obezwładnił. Jego oczy, tak niezwykłe, pełne mrocznej potęgi. Zapukałam do drzwi Kisame, zauważając, że już do nich dotarłam. Wszystko było odruchem, instynktem, który mnie do nich prowadził. Tak już się działo, gdy ciało żyło, dusza była nieobecna.
- Wejść. - Głos dobiegający zza drzwi nie napawał mnie już strachem, teraz nic nie wydawało się tak groźne. Otworzyłam drzwi i spojrzałam w stronę mężczyzny, który siedział na łóżku pochylony nad Samehadą.
- O której zaczynamy? - spytałam, patrząc na niego wyzywająco. Teraz nie musiałam już czekać na misję, mogłam wypełnić ten czas walką, z prawdziwym przeciwnikiem.